• 2018

  • wrzesień
  • sierpień
  • lipiec
  • czerwiec
  • maj
  • kwiecień
  • marzec
  • luty
  • styczeń
  • 2017

  • 2016

  • 2015

  • 2014

  • 2013

  • wrzesień, środek lata

    17 września 2018, 13:27

    Nadeszła jesień, a wraz z nią moje ulubione, ukochane programy. Rolnik szuka żony to ten, który mnie porusza najbardziej. W tegorocznej edycji jedną z kandydatek jest niejaka Jessica. Kto ogląda, ten wie, że jest to postać kontrowersyjna pod względem wizualnym i nie tylko, ale zgódźmy się, nie jestem osobą, która mogłaby z czystym sumieniem krytykować czyjkolwiek wizerunek, więc ja nie o tym. Wśród komentarzy na temat jej uczestnictwa dość często pojawia się mem z napisem "DŻESIKA BEJBE PLIS DONT MEJK MI KRAJ" i nie rozumiałam go, dopóki mi dziecko nie pokazało utworu na yt pod tymże tytułem, z którego właśnie pochodzi fragment tekstu. Obejrzałam teledysk i przysięgam, on zmienił moje życie, chociaż nie dotyczy tej konkretnej dziewczyny. To dzieło nadzwyczajne wręcz, pod względem estetycznym, audiowizualnym, artystycznym, lingwistycznym, po obejrzeniu go i wysłuchaniu dosłownie zabrakło mi tchu na długo. Każdy szczegół jest dopracowany perfekcyjnie i tworzy fantastyczną, spójną całość. Przy czym oczywiście sam teledysk pochodzi sprzed dwóch lat, audio ma 30 mln wyświetleń i jak zwykle z opóźnionym refleksem dowiaduję się o najważniejszych osiągnięciach polskiej sceny muzycznej. Ja to tak zawsze ech.
    O tu o można zobaczyć, POLECAM USIĄŚĆ NAJPIERW I FUlL KONCENTRACJA.

    https://youtu.be/s8Px2LI2Frs

    W samym rolniku me serce skradł niejaki Marek, który ma mój albinosowaty typ urody, połączony z chłodem w zachowaniu i nawet mieszka bardzo niedaleko! i gdyby nie planowana na koniec wakacji operacja kolanka, to pewnie bym w końcu przezwyciężyła wrodzoną nieśmiałość i napisała, ale tak to stwierdziłam, że dam szansę innym kobietom. Wśród nich jest taka Aneta, dziewczyna przepiękna [tym bardziej, że kręconowłosa <3] , delikatna, kobieca, uśmiechnięta, strażniczka domowego ogniska, moim zdaniem pasująca do niego idealnie, więc życzę im obojgu z całego serca, żeby im się udało. Co za emocje. A jak im się nie uda, [oby jednak się udało!], co stwierdzę w odcinku specjalnym w Boże Narodzenie, to przysięgam, że piszę do niego osobiście. Już będę na chodzie.

    Mama wzięła do siebie ambitny cel, który postawiłam - czyli w październiku do roboty. Codziennie wydłuża ćwiczenia, dodaje nowe, nie wykazuje specjalnych odruchów litości na moje wycie i cierpienia, wyzwiska, pot i krew, w ogóle nieczuła jest strasznie. To wszystko przynosi efekt w postaci malutkich, codziennych sukcesików, o których śmiech w ogóle pisać, bo kogo może poruszyć fakt, że HURA! udało mi się usiąść na kibelku, ale ze zgięciem kolana, a nie w półszpagacie. Albo że już umiem [co prawda wolno] schodzić prosto ze schodów. Kurde, to było ciężkie. Albo wsiadłam w końcu na rower stacjonarny z drugiej strony. Albo, że przesypiam już noc bez pobudek przy każdej próbie zmiany pozycji i to bez tabletek. Idzie szybko. Dzięki Mamuś :* Już wiem, jakim cudem ta kobieta osiągała tyle sukcesów za młodu, gdyby nie kompletny brak przedsiębiorczości w naszych genach, to ta kobieta powinna być mega bogata, opływać w luksusy i mieć własną sieć klinik rehabilitacyjnych.

    Udało mi się na działce zarządzić co trzeba. W ogóle wnerwiłam się. Kupiłam w Bricoarche wspaniały szlauch, taki pomarszczony, rozciągający się, bardzo komfortowy w użytku. Niestety po 4 miesiącach pękł. Kupiłam więc nowy, bardzo podobny, i wytrzymał miesiąc!!! NO KUR#A!!! I to pękł w najgorszym momencie, kiedy mi akurat lekki, poręczny szlauch jest bardzo potrzebny. One nie są tanie, te szlauchy, wiecie, są lekkie, wygodne, ale jak widać, bardzo nietrwałe, więc wnerwiłam się nieco. Na przyszłą wiosnę muszę wymyślić inne rozwiązanie, a póki co, życzę Bricomarche, aby im wszystkie rynny popękały tak, jak mi popękały szlauchy od nich, flejtuchy jedne, jak można takie buble sprzedawać. Co polecacie ze szlauchów?

    Korzystając z wolnego, przygotowałam sobie elegancki, excelowy grafik prac na działce. Tylko to, co naprawdę mam lub chcę mieć. Oczywiście, są Działkowce, jakieś tam inne publikacje, ale one dotyczą wszystkiego chyba, co istnieje na ziemi, i dokopać się tam do tego, co mnie interesuje, jest ciężko. A tak to mam tylko to co moje. I dopóki będę początkującym działkowcem, to będę sobie takie grafiki robiła co rok i się ich trzymała. Na przykład teraz powinnam rozsadzić posiane chyba ze dwa miesiące temu goździki. Jeszcze tydzień ćwiczeń i rozsadzę, boże, jak mi się już tęskni do tego grzebania w ziemi.

    Grzybów u nas nadal nie ma. Całe szczęście! Bo ze stresu bym chyba na serce padła. Póki co, oglądam sobie znaleziska z reszty Polski, zazdroszcząc zawzięcie, i ciesząc się, że dzięki suszy u nas nie cierpię jeszcze bardziej. Bo byłam na spacerze w lesie, przeszłam o kulach ze 100 m po płaskiej, twardej drodze, i to było na tyle. W ogóle samo chodzenie o kulach jest mega męczące. Już niedługo, mama obiecała, będę mogła chodzi po domu bez nich, a potem i poza domem.




    Komentuj (4)



    artroskopia

    11 września 2018, 20:57

    Żyję jakby coś. W szpitalu przemiał ludzi. Kiedy ja weszłam do szpitala, czekałam aż poprzednia pacjentka wyjdzie, zaś kiedy ja jeszcze leżałam! już kolejna czekała na mój wypis. Było tak jak myślałam, czyli pierwszego dnia tylko przyjęcie, pobranie krwi, jakieś badania, spotkanie z anestezjologiem. Drugiego zabieg, trzeciego wypis i do domu. Znieczulenie zewnątrzoponowe - trochę się go bałam uczucia niepanowania nad swoimi kończynami i w szczególności układem wydalniczym, więc nic nie piłam, i nie chciałam cewnika, założyłam więc sprytnie pieluchomajty przed samym zabiegiem. Szczęśliwie organizm chyba wyczuł, że nie czas na żarty, i pieluchomajty pozostały czyste i suche [jak w reklamie:D]
    Ze szpitala wyszłam 3 dnia [pierwszego przyjęcie, drugiego zabieg, trzeci wyjście]. Teraz jest niemal 2 tygodnie po, mam zdjęte szwy, ale kolano nadal bardzo sztywne i obolałe. od samego wyjścia mama mnie rehabilituje mniej lub bardziej drastycznymi metodami, wyjątkowo nie komentuję, nie sprzeciwiam się, ale i tak, wskazany przez lekarzy trening na ergometrze [rower stacjonarny] okazuje się niemożliwy, nawet jak w końcu udało mi się wleźć na niego, to wykonanie obrotu pedałem jest myszyn ęposibel, nie daje rady tak zgiąć kolana i już. No nic, będziemy nad tym pracować.
    Z durnych spraw - obecność Młodej jest nieoceniona. Teoretycznie mogę chodzić na obu nogach, lekko kulejąc, ale mam absolutny nakaz chodzenia o 2 kulach, aby jak najmniej obciążać kulawą nogę. A jak się chodzi o 2 kulach to nie przeniosę nawet herbaty, talerza, telefonu, nic! więc nauczyłam się już nosić ciuchy z kieszeniami na telefon, a reszta, niestety, pozostaje w gestii Młodej. Staram się nie wymagać za wiele, bo to w końcu jej wakacje - 2 miesiące ciężko pracowała - ale niestety, jest pies do wyprowadzenia, zakupy u mnie i u mamy, wożenie dziadków po lekarzach, sprzątanie, podawanie matce rozmaitych rzeczy, wożenie na rehabilitację, przykro mi, że tak ją obciążam, może ponad miarę, ale nie mam wyjścia.

    Ten wpis pisze już szósty dzień, wrzucam, co mam.

    jest 13 dzien po zabiegu, udało mi się w końcu pokręcić na rowerku huraaaaa

    Komentuj (8)



    trzęsę tyłkiem

    24 sierpnia 2018, 22:14

    Szczerze powiem, że lapa włączam raczej rzadko. Czy nie wydaje się Wam, że lepiej jednak prowadzić takiego bloga na fejsie? Mam go odpalonego na komórce i na bieżąco tam bym wrzucała notki, cokolwiek mi do głowy przyjdzie, bo niestety ale umyka. Tym bardziej, że starość nie radość i pamięć już nie ta.

    Powiem Wam, że zaczyna mnie ten zabieg niepokoić z kolanem. Jakoś boję się chwili, kiedy zamelduję się w szpitalu, tych wszystkich formalności, procedur przygotowawczych, bólu, znieczulenia, skrobania kolana, rehabilitacji i chodzenia o kulach potem. No boję się. I też okazuje się, że coraz więcej imprez mnie ominie. Panieński wieczór koleżanki, jej ślub, firmowa impreza, impreza u dostawców, dość ważne targi, fajna impreza z chórem, jakoś wszystko skumulowało się na wrzesień. Trochę niefajnie.

    Nadszedł czas na przegląd auta. Szczęśliwie audi w doskonałej kondycji, pan nie miał się do czego przyczepić, alleluja, ponieważ pod samym końcem wakacji dopadło mnie nieopisane ubóstwo finansowe. Faktem jest, że odłożyłam na konto rezerwowe dużo więcej niż zazwyczaj, poza tym miałam do zapłacenia ubezpieczenie auta, znienacka dentysta, jedna szafka do kuchni, no i teraz ten przegląd, poza tym muszę jechać do Młodej odebrać jej klamoty, 450 km w dwie strony jak nic. A jeszcze na oku mi jakiś parch wyskoczył, i nastraszona przez koleżanki, że przez zakażenie bakteryjne mi kolana mogą odmówić, popędziłam do lekarza i jeszcze 80 na leki. A z racji, że upały, jeździłam dwoma autami, audi i bmw wujka gdzie jest klima, więc musiałam zatankować oba. W środowy wieczór biegałam po domu jak szalona szukając źródła szybkiego dochodu. Jak weszłam na konto rezerwowe i zobaczyłam, że w końcu udało mi się osiągnąć okrągłą sumkę, to zwątpiłam - nie chciałam jej pękać. Znalazłam porzucone jeszcze od ojca 20 usd, 43 złote w puszce kuchennej, 100 odebrałam długu od koleżanki, wyczyściłam konto do ostatnich sześciu zł [oczywiście zaraz dostałam smsa od banku z propozycją karty kredytowej, spierdalać mi z tymi kredytami, ale już] i dojadę do tego Gdańska, ale wrócę już na oparach. Szczęśliwie w poniedziałek wypłata :D Ale gdybym jeszcze musiała naprawiać auto, toooooooooooo już nie.

    Kiedy się wprowadziłam tutaj, do nowego mieszkania, cieszyło mnie BARDZO wszystko, ale najbardziej, że to takie spokojne miejsce, cisza, spokój. Kurwa, no. Rok, dwa po wprowadzce wszystkie trzy pozostałe rodziny powiększyły się. I teraz te dzieci mają 2-3 lata. Metodą wychowywania tych dzieci, zwłaszcza teraz, latem, jest rozbieranie ich do golasa i puszczanie luzem na parkingu, podczas gdy rodzice z kawą, obiadem, praniem, sąsiadami, znajomymi, piwem, kawą, siedzą na schodach. Doprowadza mnie to już do białej gorączki. Nie mam szans na jakieś cishe wprowadzenie kogokolwiek, np znajomego, bo oczywiście natychmiast wszystko [poza drącymi się dzieciarami] cichnie i włącza się tryb obserwacyjny. Popołudnie i wieczór to jakaś masakra, wrzaski dzieci, rodziców, muzyka, gadanie przez telefon, wychowywanie dzieci za pomocą histerycznych wrzasków, to jest nie do zniesienia. Plan na sezon zimowy - zamontować na raty wewnętrzną klimatyzację. Bo kolejnego takiego sezonu nie zniosę - muszę mieć okna zamknięte na amen i koniec. Kurde, ja przecież pamiętam, jak Młoda była młoda - latem po robocie jeździło się nad jezioro, morze, chodziło na plac zabaw, na basen, czemu do chuja ciężkiego oni wszyscy okupują te pieprzone schody! I jeszcze rodzina i znajomi! Wiecie, ze huśtawka i zjeżdżalnia dla dzieci jest 20 m obok? i są tam ławki dla rodziców, i trawa, i cień. A 100 m dalej - wielki plac zabaw połączony z ternem piknikowym. Na tym naszym parkingu dzieci nie mają NIC do robienia, więc i energia je zwyczajnie roznosi. Co ciekawe, dzieci, co do których myślałam kiedyś, że to podejrzana rodzina, są względnie najgrzeczniejsze. Dziecko tych, którzy wydawali mi się Ą i Ę jest OKROPNE i totalnie niewychowane. Ma chyba z półtora roku, może dwa i nikt nad nim nie panuje. Rok temu zgodziłam się, żeby na trawniku pod moim oknem stanął basenik. Spoko - przecież tu super zabawa dla dzieci. W tym roku nikt baseniku nie postawił, ani pod moim, ani pod żadnym innym oknem, a pogoda sprzyjała wyjątkowo. Dzieci mi żal, mają za rodziców leniuchów i wszystkich bym pozamykała w swoich chałupach, niech siedzą i pilnują ogniska domowego i w nosie mam, że 30 stopni. Patola, fuck. Żeby wychowywać dzieci za pomocą ganiania z gołą dupą po parkingu. Nie dziwne, że dzieciaki rozrabiają, nie znają żadnych innych rozrywek, poza tym pieprzonym parkingiem.
    Uff, wykrzyczałam się. Może jak się zrobi chłodek, to wygodni ich do domów w końcu i będzie spokój.

    Komentuj (16)



    sorki, że tyle zeszło.

    13 sierpnia 2018, 22:18

    Wsiąkłam w tę działkę. Pogoda nas wyjątkowo rozpieszcza – od kwietnia było u nas maksymalnie 5 dni z deszczem, a dwie jabłonki i śliwka [bez owoców] daje cudowny wręcz cień. W zasadzie nic mi tam nie brakuje. Mam stolik, krzesła, luksusowy fotel dla specjalnych gości, parasol, grill, ognisko, dżunglę pomidorową, kwiaty przecudne, kreta, lodówkę, radio, kibelek znośny, oczko wodne, w którym jest 10 sztucznych lotosów i 15 liści, które sama wyhodowałam. Nic nie muszę – robię to co chcę i to co czuję. Strzałem w dziesiątkę okazały się sadzoneczki aksamitki, które mama, nie wiedzieć, po co, posiała jeszcze w lutym. Sadzonki cynii, kupione w lipcu w nędznym stanie, które rozrosły się do niesłychanego bogactwa, dając takie kolory, od których chce mi się ze szczęścia płakać. Jakieś cudo, szkarłatka chińska, ponoć rzadkość, znienacka urosła koło beczki. Zaraz ją wywalę, bo ma super silny system korzeniowy i jest trująca, a ja chcę mieć wnuki i jak nie teraz, to już nigdy się jej nie pozbędę. W tym roku z warzyw tylko ogórki, słabo wyszły i pomidory, których jest zatrzęsienie. A za rok to plus fasolka szparagowa, buraki, cebula i czosnek i nic więcej nie chcę. Kto by to potem robił i kto by to potem jadł. Chcę kwiaty, dużo kolorów. Zdarza się, że idę i nic nie robię. A czasami np. uprzątam gruz za altanką po budowie, albo matę przyczepiam. A potem znowu nic.
    I poza tym naprawdę nic się nie zmieniło. Młoda na wakacje w Gdańsku w pracy. Ja nadal wożę mamę po szpitalach, lekarzach, robię jej zakupy, sprzątam, piorę itd. Mama się skarży, że za mało czasu mnie widuje, ze chciałaby więcej i ją rozumiem, bo ja też marzę o tym, aby widywać moją córkę jak najczęściej, ale czuję, że to toksyczna mimo wszystko relacja – która wykorzystuje fakt, że jestem sama. Bo przecież gdybym była z kimś, to nie bywałabym tam tak często. Czuję się z tym źle, że nie mam za wiele czasu dla siebie. Więc wpadam po pracy, robię zakupy, zgarniam pranie, jem szybko obiad, zgarniam psa i spierdalam jak mogę najszybciej, do domu, na działkę, czy na spacer do lasu z psem. Absolutnie się z mamą nie kłócimy, konfliktów żadnych nie ma, ale potrzebuję mieć czas dla siebie na nicnierobienie i już, nie chcę, aby moim jedynym towarzystwem była mama, już wolę swoje własne.

    Za osiedlem jest drenażowa oczyszczalnia ścieków, do której są zwożone osady z pobliskiej oczyszczalni. Te osady to po prostu mega żyzne podłoże. Kiedyś wzięłam parę worków na rabaty pod domem – wtedy mi wyrosła armia pomidorów. I teraz byłam tam z pieskiem – a tam po prostu mega plantacja pomidorowa, tony, miliony pomidorów, każdej wielkości, koloru, odmiany.
    Na działkach jest zabawnie – wszyscy się wszystkim kłaniają. Rozdają sadzonki, nasiona, plony. Dają rady. Taka dość towarzyska społeczność.
    Blondas oczywiście, osaczony moją seksualną zachłannością, która ewidentnie ode mnie musiała bić, znikł zupełnie, chociaż sam się napraszał, że mi elektrykę poprawi na działce, dooobra tam.
    Mirka po kuracji Carprodylem poprawiła humor. Byłam z nią nad pobliskim jeziorem – kocha się kąpać, ale pływać nie umie i nie będę ją stresowała nauką, w tym wieku zbędną. Co mnie wkurwiło, że nad jeziorem ani jednego kosza na śmieci. Spytana właścicielka, która kasuje po dychu od auta, wykręciła się, że mają coraz fajniejszych i milszych gości, którzy po sobie sprzątają i oczekują od wszystkich. Zapytana, co ja mam zrobić z psią kupą w woreczku, bo jak ta frajerka posprzątałam po piesku, wzruszyła ramionami, a to trzeba było w krzak wrzucić jakiś. Nie zasługują oni na moje sprzątanie – zwyczajnie chciwią na wywozie odpadów, chcą zgarniać kasę za nic, a worków na śmieci nikomu się nie chce opróżniać – i tyle. Życzę im tony śmieci na plaży. „A bo potem nikt nie chce leżeć koło pełnego śmietnika” – bo śmietniki się opróżnia, paniusiu!
    Za dwa tygodnie idę na operację kolana, wyczekaną od ponad roku. Jeszcze byłam kontrolnie na ponownym USG, ale o ile zerwane więzadło wyszło ze stanu zapalnego, o tyle łąkotka się sama nie naprawiła. Ponoć jest to dość banalny zabieg, niemniej potem ze 6 tygodni na zwolnieniu. Trochę lipa, bo mam sporo zadań w pracy do wykonania no i niestety czas na nie mi się skróci, ale nic nie poradzę. Już tam pikuś, że kolano boli i klęczeć nie mogę – kiedy w końcu, do cholery, będę mogła szpilki włożyć! Półtora roku już ich nie miałam na nogach, poza dwoma razami, które skończyły się spektakularną wywrotką. Z powodu zwolnienia ominie mnie impreza firmowa, która zawsze, ale to zawsze jest okazją do doskonałej zabawy – nie mogę odżałować:( a może 3 tygodnie zwolnienia wystarczy? :) co prawda i tak nie byłabym w stanie za bardzo wywijać z nogą w gipsie. Ale co bym się napiła i naśmiała z przyjaciółmi, to moje.

    Na jesień mam już kupione dwa bilety – na 10 tenorów i na Chór Alexandrova. Ale jeszcze mi się rzucił w oczy koncert Havasi w gdańskiej Ergo Arenie. Nie wybiera się ktoś? Szukam towarzystwa, zanim kupię bilet, samej tak niefajnie, zawsze się milej dzielić emocjami.

    Na koniec taka prośba – proszę o wpisanie się na liczbę obecności w komentarzach poniżej. Dziękuję.

    Postaram się kolejny wpis dać szybciej. :) pewno po operacji kolana. Jaka to będzie jazda – znieczulenie zewnątrzoponowe ma spowodować bezwładne leżenie przez 24 godziny i robienie pod siebie. Na ile to jest prawdą – nie wiem.

    Komentuj (150)



    taki fajny blondas

    03 czerwca 2018, 21:17

    Nooo, poczułam przez chwilę, ze żyję znowu. Na działkę kupiłam troszkę mebli, krzesła ogrodowe, lodówkę, ławę, szafki, i dodatkowo szafki do domu - ponieważ chwilowo po działce nowa kuchnia odpłynęła w siną dal, postanowiłam wziąć szafki, okleić je jak reszta mebli i jakaś okryjbida będzie. Do końca Młodej studiów odkuję się i wtedy może stanie nowa kuchnia. Facet sprzedający mi te klamoty na olxie był BARDZO w moim typie, takim blond-ryżym-albinosowatym typie z białymi rzęsami, który doprowadza mnie do gorączki i wybuchu hormonów. Boże złoty, jak mnie to kręci. Facet obiecał mi powiesić te szafki w kuchni i zamontować okap, więc spędziłam z nim błogie 4 godziny na rozmowie w trakcie montażu i wieszania, obserwując bokserki wyłażące ze spodni do kolan, które uwielbiam, napięte włochate blond łydki w adidaskach, przy wieszaniu, ramiona w mięśniami w niedbałej koszulce. Już dawno się tak nie obśliniłam. Facet niesamowicie miły, co za głos w ogóle, ogarnięty jak rzadko ktoś i w sumie siedziałam koło niego zaciskając mocno kolana tak, jak ostatnio przy Ogniu. Niestety z amoku wyrwał mnie telefon od jego kobiety, jak wyjaśnił pogodnie, to nie żona, ale taki zdrowy układ. Och, człowieku, ja bym Ci rozdarła te Twoje dzinsiki do kolan nie bacząc na zdrowe układy, chore układy, szarpałabym jak reksio szynkę. No ale ja nie z tych, co wchodzą w czyjeś układy, więc zmilczałam, cierpiąc w duszy z niespełnionej żądzy. Najchętniej bym teraz powiesiła się na tych szafkach, żeby spadły, a on je przyszedł raz jeszcze powiesić, ale w obecnej sytuacji to zapewne lepiej będzie, jak wykasuję jego numer całkiem, bo nie chcę się skompromitować. Ale facet mi się śnił po nocach. Że też ja jakoś nie mogę sobie zrobić zdrowego układu, w mordę!

    Działka, jak przypuszczałam, stanowi dla mnie źródło błogości. Wpycham w ziemię kolejne cebulki, wyrywam skrzypy z kwiatków [jak się pozbyć tego gówna??], ustawiam w skrzynkach sadzonki, sikam w majty z zachwytu, bo ogórki zakwitły i pomidorki także, przeklinam, bo kupiłam lampki słoneczne ledowe, a nie mam kiedy obserwować ich słodkich światełek, wszak świecą w nocy. Chyba następny weekend będę spała sobie na działce, a warunki są jak mało gdzie.

    Młoda przyjechała na długi weekend z chłopakiem, którego już wcześniej poznałam, ale w biegu. Wyjątkowo ogarnięty młody człowiek. Wziąwszy pod uwagę, że Młoda ma 20 lat i mieszka od roku w akademiku, byli przez tydzień w górach, trudno, abym udawała, że nie wiem, co ich łączy, więc wyraziłam zgodę na wspólne spanie, bez sensu by było podtrzymywac jakąś iluzję. Oczywiście w duszy burza, jakoś wydawało mi się to nieprzyzwoite, no ale nie będę tu przecież siała hipokryzji. Pomogli mi bardzo w różnych sprawach, nie da się ukryć, że wielki chłop się przydaje.

    Mirka coś bardzo apatyczna i osowiała. Ożywiła się na przyjazd Młodej, ale wystarczyło, że dziecko znikło, pies powrócił do niemrawego leżenia bez kiwnięcia ogonem. Mam nadzieję, że jest zdrowa, a to po prostu starość, albo może pogoda upalna ją wykańcza.

    Komentuj (15)



    Z serii co głupiego zrobiłam w życiu

    20 maja 2018, 10:06

    Jak miałam 9 lat, tuż przed Komunią, rodzice dostali nowe mieszkanie. Osiedle daleko za miastem, całkiem nowe, budowane od podstaw. Na poczatku były tylko dwa bloki, trzeci zaczynali stawiać. Wszędzie walały się rusztowania, doły z wapnem, jakieś pręty, płyty, jak to na budowie. Za sklep robił barakowóz postawiony pomiędzy dwoma blokami. Jakie tam były zabawy w berka, a jakie boskie możliwości zabawy w chowanego! Rusztowania dawały wyjątkowe możliwości gry w gumę! Oczywiście, dzieciaki, jak to dzieciaki, połączone koniecznością wspólnych dojazdów do miasta do szkoły, a i po szkole jakoś trzeba było spędzać czas, zaraz pozbijały się w paczki wiekowo / klatkowe.

    Było dwóch takich braci. Tzn było ich trzech, ale trzeci w wózku. Najstarszy musiał się nim opiekować. Wszędzie targał ze sobą wózek, a potem małego bachorka - w sumie dziś się zastanawiam, dlaczego na jego głowie była aż tak totalna opieka nad maluchem i nie wiem. Siłą rzeczy natychmiast zyskał ksywę Niańka i był przez to, mimo, że najstarszy, obiektem niekończących się drwin - z racji zajęcia jego aktywność w fantastycznych zajęciach, jakim było zwiedzanie budowy po ćwiartce rusztowania, analizowanie budowy skomplikowanego układu piwnic, sprawdzanie głębokości i zawartości stawku itp - była mocno ograniczona, chociaż bardzo chciał. Chyba mu się podobałam, bo w tych rzadkich chwilach, kiedy nam towarzyszył - z brzdącem, czy bez - starał się nawiązać ze mną rozmowę. Ale wiadomo, ja, 9, 10 lat, pstro w głowie, gdzie tu o chłopakach, chłopaki som gupie i sie bijom.

    No i kiedyś wracamy ze szkoły, jak zwykle banda. Przed nami Niańka, który musiał iść prędzej, wiadomo. No i obejrzał się na mnie - ten moment zapamiętam do końca życia - mrugnął, i wyciągnął znienacka mały bukiecik kwiatów polnych, i zostawił pod kamieniem, który musiałam mijać.

    Wiecie, co zrobiłam?

    Idąc tamtędy, wzgardliwie zdeptałam ten bukiecik.

    Pożałowałam tego 2 sekundy później, widząc wzrok Niańki. Od tego momentu w ogóle przestał się z nami zadawać, znalazł inną paczkę, bardziej w jego wieku, a na mnie już nigdy nie zwrócił uwagi.
    Dorośliśmy, moje życie, wiadomo, kanał, on skończył jakieś tam studia, związał się z dziewczyną, też z osiedla, ale z nowych bloków, ślub, dzieci, dom. Pozostał w Polsce w przeciwieństwie do swoich braci, często odwiedza rodziców, więc się widujemy i zawsze miło parę słów zamienimy. Wczoraj spotkałam go w ogrodniczym, sadzonki, biohumus, psikadła na robale. Wymieniliśmy opinie na temat ich skuteczności i kosztów, ale jak zawsze, miałam w głowie ten moment zdeptania kwiatków. Zawsze pamiętam o tym momencie, kiedy go spotykam, samego czy z rodziną. To mi tak wisi, jak wyrzut sumienia, bo nigdy wcześniej, ani nigdy później nie zachowałam się celowo tak okrutnie, tak bezwzględnie, i podle. A z drugiej strony, Niańka wyrósł na fantastycznego faceta, sympatycznego, ogarniętego, zaradnego, ja, pod względem damsko męskim - porażka totalna, więc w duszy tak troszkę smuteczek i żal. I zastanawiam się cały czas, czy on to w ogóle pamięta, czy mu to gdzieś wbija się igłą we wspomnienia, czy spłynęło jak po kaczce i zaginęło w czeluściach niepamięci. Jesli mogłabym coś zmienić w przeszłości, to by było właśnie to - nie zdeptałabym tego bukieciku stokrotek i innych mleczy. Już nawet nie po to, aby snuć marzenia, co by między nami było, GDYBY - ale aby się pozbyć z sumienia tego wyrzutu, że zachowałam się jak świnia - i wiek tu mnie nie usprawiedliwiał.

    Och, Niańka, Niańka, skierowałeś swoje małoletnie, nad wiek dojrzałe uczucia w stronę smarkuli, która na to nie zasługiwała, a jej jedyną zaletą były odwaga, bezczelność i burza kręconych włosów.

    Komentuj (5)



    Pani na hektarach

    07 maja 2018, 21:58

    Wiecie co... jest mi tak dobrze, że aż się boję to artykułować, bo wiadomo, nie kuś losu szczęściem.
    Od kiedy się przeprowadziłam na nowe mieszkanie, próbuję ciągle coś grzebać w ziemi, na tych marnych paru rabatach pod oknem - jakoś grzebanie się w ziemi sprawia mi przyjemność, daje ulgę i oddech. No i - mam sąsiadkę, taką N. I ona mówi, słuchaj Ola, ja mam działkę, ale urodziłam dziecko, jak wiesz, jeżdżę do pracy za granicę i nie mam czasu się zajmować tym - może chcesz ode mnie tę działkę? No kurde - chcieć nie bardzo, ale co szkodzi zobaczyć, nie? U mnie decyzje zawsze zapadają szybko - wsiadamy w auto i jedziemy zobaczyć.

    Jezusie co za dżungla:( Wszystko przyozdobione altanką, o ile można tak nazwać budę skleconą z papy 20 lat temu, stojącą na gołej glebie i porośniętą pajęczynami. Jest ujęcie wody i jest skrzynka z prądem, ale nie podłączone. Wszystko zarośnięte tak, że nie da się opisać. No ale co, spróbować można - kazałam gościowi, takiemu Bogdanowi, co tam usługowo kosi itd - skosić całość i zaraz wszystko zaczęło lepiej wyglądać. Zagon skopany pod ogórki, które nie wiem po co kupiłam. I tak sobie siedzę na tej działce i rozmyślam. Kurde, jakieś rowy dookoła z wodą, komarów od groma. I mówi do mnie Bogdan, a czego tu pani się będzie męczyć - to najniższa działka, tu zawsze woda stała, teraz zrobili rowy, ale i tak błoto, i faktycznie, początek sezonu, a robactwa chmary. Do altanki strach wejść, ja się brzydzę pająków. A jak siku, to co. No to pokażę pani inne działki, co szkodzi, nie? no to idziemy - ja już z myślą taką, że z uwagi na Mirkę nie pojadę nad jezioro, ani nad morze - a ona tak lubi poleżeć sobie na trawie. Nigdzie dalej też nie pojadę - bo mama. Całą jesień i zimę siedzę w domu i cieszę się kanapą, ale jak robi się ciepło i jasno, to mnie aż rozrywa, żeby gdzieś wyjść, coś robić, coś, cokolwiek na zewnątrz! no i najlepiej z psem, ale ona słabo znosi deptanie w upale po betonie i duszenie się w aucie.

    Idziemy w takim razie. O tu, na przykład nowa altanka postawiona i niedrogo. No owszem, ale działka na łysej działce postawiona... inna - znowu chaszcze, pagórki, nie. Inna - ooooo, ful wypas, ale 8 tysięcy!!! No nie, nawet nie oglądałam. A tu wychodzi jakiś dziadek - te, Bogdan, a mojego syna działkę pokazałeś? a no nie, szefie - to pokaż. W ogóle w trakcie zwiedzania to zaraz a tu siąsiadkę od mamy spotkałam, a tu panią z chóru, a to panią z pracy, a to znajoma urzędniczka z poczty, wszyscy zaraz - ooo, dzień dobry, działeczkę bierzemy? jasne, jasne, brać, nie czekać! Niesamowite, jaka to zabawna społeczność. Wchodzimy na rzeczoną działkę syna i aż mi serce zabiło... oddzielona od ścieżki wysokim, grubym żywopłotem... w środku dwie rabaty z kwiatami, mini foliaczek.. altanka, widać, że niedawno postawiona... drugi mini żywopłot, oddzielający część grillową od reszty.. grill murowany, miejsce na ognisko, budka osobna na narzędzia i KIBELEK. Jest sporo drzew, dajacych cień Mirce, oczko wodne, kawał miejsca ze słońcem ze zwykłą trawą, parę krzaków owocowych... oooch... oczywiście chaszcze, ale facet - syn - nabył ćwierć domu z ogrodem, i tę działkę ma już gdzieś. Syn to budowlaniec - wyposażył działkę w różne sprytne myki, ułatwiające życie i zrobił wszystko jak dla siebie. Oczywiście, wizja mnie i Mirki na trawie zbladła, kiedy usłyszałam cenę. Nawet już nie chciałam tam być, żeby nie nabierać sympatii do tego kawałka terenu.

    Do momentu, aż wieczorem zadzwonił syn budowlaniec. A potem znowu - i finalnie cena spadła o 25%. Nadal to było poza moim zasięgiem, żeby ot tak wydać bez uszczerbku na oszczędnościach. A mam przecież dziecko na studiach. Ale och...

    Decyzje zapadają u mnie szybko, wspomniałam już? ale musiałam rozegrać to sprytnie. Mama miała do mnie wielki żal, że wskutek obecności Ognia w moim życiu, absolutnie nieakceptowalnego przez nikogo, ominął ją etap cieszenia się nowym mieszkaniem - musiałam więc zrobić tak, aby czuła się ważna, potrzebna, doradzająca, że i od niej coś zależy. Spytałam o radę, zachowując świętą cierpliwość. Także i Wujka. Także i mamy sąsiadki. Jednocześnie gorączkowo licząc, o ile zmniejszy się mój bufor, który tyle zbierałam, aby mieć zabezpieczenie na min rok studiów Młodej. Ale to jest idealne miejsce, w którym mogę spędzić wiosnę i lato - zamiast w domu na kanapie. Na szczęście była majówka - więc mimo 2 dni w pracy, i tak sporo czasu na zastanawianie się i zbieranie rad i ocen.
    I tak oto w piątek w samo południe stałam się właścicielką 400 m2 działki rekreacyjnej. Na odchodne syn skosił całość, naprawił furteczkę, wymienił zawór, który wysadził się na naszych oczach, nieużywany od 2 lat i zabrał 7 z 8 rybek z oczka wodnego. I zostawił mnie, oszołomioną tempem rozwoju sytuacji, na tych moich hektarach z niewiadomą zawartością - bo identyfikacja rosnących drzew i krzewów jest poza moimi możliwościami.

    Sobotę i niedzielę spędziłam na działce oczywiście. I tak. Zagrabiłam trawę po skoszeniu. Wyplewiłam otoczenie oczka wodnego. Wyplewiłam jedną rabatę z kwiatami. Posadziłam 3 borówki [tak, z torfem] i 1 jeżynomalinę z Biedronki, dwa bluszcze i dwie trzmieliny. Wyplewiłam foliaczka. Posadziłam 4 petunie w sprytnie rozmieszczonych donicach. Uporządkowałam narzędziownię. Wymyśliłam, co z kibelkiem - bakterie i wiaderko. Wyrównałam wewnętrzny żywopłot. Kupiłam jeden mega wygodny fotel ogrodowy, bo syn zabrał wszystko co do siedzenia. Stół wkopany w ziemię, więc został. W altance kanapa, 3 szafki i zlewozmywak. Więc uzupełniłam o kuchenkę do gotowania, naczynia podstawowe, cukier, herbatę itp, i zostawiłam miejsce na lodówkę, taką do pasa, i zaczęłam katować sąsiadów Mozartem.

    Zaprzyjaźniłam się z dwiema sąsiadkami, od jednej od razu dostałam sadzonkę BZU, którą Bogdan wkopał, ucząc przy okazji blondynkę, jak się zamula sadzonki. Dziś przywiozłam autem dwie beczki na deszczówkę, z czego jedną od razu przehandlowałam z sąsiadką za jej męża, który zrobi mi rynny. Bo syn, w całym swoim geniuszu, zapomniał o rynnach, a może nie chciał, może nie zdążył, może kasy nie starczyło. U mamy czekają moje ogórki, sadzonki pomidorów od sąsiadki i aksamitki. Taczka, którą dostałam na urodziny w pracy, okazała się błogosławieństwem, bez niej byłoby mi mega trudno taszczyć, a to 5 worków z ziemią, a to 80 l wór z torfem, a to sadzonki, a to wiadra i narzędzia, a to wszystkie inne utensylia.

    I jaram się tą działką jak szalona, nie mogę przestać o niej gadać i myśleć. Mirka się już tam czuje jak u siebie, pilnuje obejścia, chociaż nie może się pogodzić z faktem, że nie ma wychodzenia na kupę i musi robić na miejscu - oczywiście sprzątam od razu, wspominając Krychę ojca, która z szufelką latała po swoim ogrodzie, bo po psich kupach żółknie trawa. I to wszystko stało się w zasadzie w ciągu 4 dni.

    I czuję się zwyczajnie, przeogromnie szczęśliwa. Mam sobie w życiu swoją rutynę. Wpadłam w sidła dorosłości - stałam się totalnie stereotypową starszą panią z psem i działką, lubiącą gotować i piec torty, bez problemu panującą nad brudem i bałaganem, mam swoje miejsce na świecie, w końcu jest ciepło i jasno, i zielono, i spokojnie, i jak idę tak sobie za Mirką, która ciągnie do właściwej bramki, to czuję niewiarygodne, niemożliwe szczęście, spokój i taką... nienaruszalność.

    Proszę, dobry losie, nic na razie dla mnie nie szykuj, daj mi się chociaż parę miesięcy nacieszyć tym status quo. Niechaj się nagrzeję tym słońcem, nabędę na działce, nazginam karku przy pieleniu kwiatków, nacieszę kwitnącymi pomidorkami. Może poznam więcej ludzi na tych działkach, może kogoś na grilla zaproszę, a może ktoś mnie.

    A klucze od działki N oddałam. Niech kto inny ją pokocha.

    Komentuj (23)



    Byłam w Amsterdamie

    22 kwietnia 2018, 17:00

    Byłam, wiecie, w tym Amsterdamie, dłużej niż zazwyczaj na Targach – normalnie 1 dzień podróży, dwa targów i jeden na powrót. Tym razem udało mi się wynegocjować 3 dni na Targach i nie żałuję, w końcu udało mi się je obejść całe, załatwiłam parę chyba dość istotnych spraw, nawiązałam masę nowych kontaktów, zamiast tylko spotkać się z dotychczasowymi kontrahentami i mam mnóstwo nowych pomysłów. Teraz trzeba będzie to wszystko opracować i zacząć wdrażać w życie.

    Po Targach miałyśmy trochę czasu na zwiedzanie, niewiele, ale dało mi to jakiś pogląd na Amsterdam. Przede wszystkim, autostrada dowiozła nas prawie spod domu prawie pod hotel, rewelacja. Potem, architektura zewnętrzna, nowoczesna, ale bardzo spójna, miła dla oka. Architektura wewnętrzna – te domki, niesamowite! Fale na nic nie zważających rowerzystów, płynących po mieście pełnym udogodnień dla nich, rowery to niemal wszystko stare graty, pordzewiałe, ale na chodzie i widać, że tylko to się liczy. Nie widziałam ani jednego „stylowego” roweru, wiecie, białego, z eleganckim koszykiem, ale stare trupy, prowadzone przez panów w garniturach, panie w szpilkach i sukienkach biurowych, mamach z podwójnym, potrójnym ładunkiem, jak najbardziej. Jedno, co mnie zastanawia, czy oni się nie pocą, czy też biorą prysznic w firmie. A parkingi dla rowerów! Jak oni je potem odnajdują i wyciągają w górze innych bicykli, nie wiem.
    Miałam okazję zaznać wycieczki kanałami, z przewodnikiem, który objaśniał wszystko, i co prawda mówił, że Amsterdam jest drogi, ale nie sądziłam, że aż tak. Zobaczyłam na wystawie komplet bluzka i spódnica, który do mnie przemówił bardzo, więc myślę, wstąpię spytać chociaż o cenę. Kumpela mnie wyśmiała. Przestań, mówi, 4 stówy jak nic.
    No owszem, 4 stówy – za samą górę. Za spódnicę 5 stów.
    Dziękuję, nie. Ech.
    Wszędzie mnóstwo kwiatów, w większości, wiadomo, tulipany, w kolorach, że nawet nie wiedziałam, że istnieją. CUDO.

    Po powrocie była Młoda w domu, więc radocha. Ale i więcej prania i sprzątania. Dostałam w prezencie worek z cebulami dalii, które trzeba było prędko posadzić – w zasadzie już mi brakuje miejsca na moich 5 metrach kwadratowych. Potem jeszcze sąsiad doniósł 4 lilie. Rano w sobotę sobie więc grzebałam, aż mi się haczka połamała. Wiecie co, ja się w tym spełniam. Boże – kocham grzebanie się w ziemi. Oczywiście ogrodniczka ze mnie jak z koziej dupy trąba – nie mam pojęcia, co gdzie zasiałam, czy we właściwym czasie, i co z tego wyrośnie, i czy pasuje ze sobą – ale samo hakanie i wyrywanie chwastów [mam nadzieję…] przynosi mi tak ogromne ukojenie, taką błogość, taki spokój, taki relaks, że na bank będzie to moje zajęcie w niejeden sobotni i niedzielny poranek. Oczywiście to szczęście na miarę 5 kw, więcej nie potrzebuję i nawet bym nie chciała. Kucam sobie, pies obok wygrzewa na słońcu stare kości, i nic mi więcej do szczęścia nie trzeba. Aha, poza zapasem kremu przeciwko słońcu. Ale tego mi nie brakuje szczęśliwie.

    A żebyście wiedzieli, jak super mi się taczka sprawdza!

    Jakiś film bym sobie obejrzała, wiecie. Najlepiej taki, co czyta Krystyna Czubówna.

    Mama coś znowu podupada na zdrowiu. Jutro do lekarza.

    Komentuj (7)



    12 tenorów i ambiwalencja

    11 kwietnia 2018, 19:30

    Na urodziny od Mamy dostałam bilet na koncert 12 tenorów. Mało się ze szczęścia nie posikałam, dopiero co byłam na trzech tenorach, teraz dwunastu, ależ to będzie wspaniałe widowisko! We właściwym czasie więc wystroiłam się i pojechałam. Ciut byłam zaskoczona faktem, że koncert miał miejsce w Hali Widowiskowo Sportowej, a nie w Filharmonii, ale cóż, widać kultura trafia już naprawdę pod strzechy, super, że muzyka klasyczna się upowszechnia :) Aż za bardzo… przed halą strumień ludzi, z których większość bynajmniej nie była ubrana elegancko, nawet zobaczyłam nie jedną panią w leginsach i tenisówkach, naprawdę… No nic, idziemy.

    Koncert sam w sobie był super – ale trudno, żeby nie był. 12 w większości młodych, w większości przystojnych mężczyzn, z fantastycznymi głosami, śpiewa same najpopularniejsze utwory muzyki POP, do tego tańczy mniej lub bardziej udanie, a na koniec rozpinają koszule, ukazując sześciopaki, niczym czipendelsi po szkołach muzycznych. A na koniec włączamy latarki i wszyscy razem bujamy się do taktu „Time to say goodbye”, utwór, który jak żaden inny pozwala ludziom myśleć, że lubią i znają muzykę klasyczną, operową, operetkową. Śmieszne. Wszystko razem okraszone kilkoma – na palcach jednej ręki mogłabym policzyć, iloma – najbardziej znanymi utworami klasycznymi, niczym rodzynki na przesłodzonym torcie.

    Miałam naprawdę mieszane uczucia – fajne to było, ale ja nie po to tam poszłam. Chciałam posłuchać arii, solo, fragmentów oper, głębokich, fantastycznych głosów na służbie muzyki klasycznej, prezentujących znane mniej i troszkę bardziej to co piękne, dawne, stare, to co kocham.
    A tu goła klata przy piosence Prince’a. A mały grubasek, który nota bene, miał chyba jeden z lepszych głosów, robi za klauna.

    No ale w sumie czego się spodziewać, jak ludzie na halę wchodzili z czipsami, sałatkami i popcornem.

    Ja też machałam latarką i śliniłam się do umięśnionych klat, nie byłabym sobą, gdyby nie, nie jestem z kamienia, poza tym jak mówi stare chińskie przysłowie, lubimy piosenki, które znamy i znamy te piosenki, które lubimy.
    Ale jestem spragniona i wygłodniała elegancji Sali w Filharmonii, garniturów i pięknych sukien, fortepianów, skrzypiec, klarnetów, ciszy w przerwach, podniosłego, uroczystego nastroju, charakterystycznego dla tych nudziarzy, którzy jak ja, uwielbiają te starocie. Chyba wybiorę się na jakiś koncert do Filharmonii, bez okazji i bez spraszanych Gwiazd. Jak ja lubię tutejszą Orkiestrę Filharmoniczną, odróżniam niektórych członków i widzę, kiedy ich nie ma, bądź zostali zastąpieni kim innym, szanuję ich ciężką i prawdopodobnie słabo opłacaną pracę, ich starania, aby wyglądać i grać na jak najlepszym poziomie, aby robić coś, co będzie docenione przez grupkę nerdów muzycznych.

    Ale to po powrocie.

    A w poniedziałek Amsterdam!

    W listopadzie zrobiłam sobie wyniki, które miały wykazać zmiany reumatyczne. Nie było takowych, ale za to przypadkiem wykazały ewidentną anemię, więc suplementowałam się trzy miesiące na własną rękę. Jak wykazały nowe badania, nie wyszło mi to jakoś specjalnie na dobre, lekarz dał receptę na jakieś specjalne żelazo. Ale to wszystko wyjaśnia, czemu chodzę wiecznie taka spiczniała, wiecznie senna, nic mi się nie chce i na wszystko jestem zbyt zmęczona i za słaba. Zobaczymy znowu za 3 miesiące.

    Komentuj (2)



    nowa fajna piosenka!

    04 kwietnia 2018, 21:06

    Ja to mam zawsze spóźniony refleks. Ostatnia dowiaduję się o nowych piosenkach, filmach, aktorach, celebrytach, ciążach, nowych osobach i wypowiedzeniach, albo też te informacje omijają mnie szerokim łukiem. No mało ciekawska jestem. Ale tym razem, ha! Od razu wyczaiłam nową piosenkę Feel i yyyyy nie Morengo, nie Libre, nie Lambre….. Lanberry! Kurde, nie mogę spamiętać. Piosenka reklamuje nowy film Exterminator i mnie jak najbardziej zachęciła, chociaż nie mam bladego pojęcia, gdzie i kiedy to obejrzeć. Bo u nas w okolicy nie ma nigdzie. Być może będę musiała zaczekać aż wyjdzie płyta z gazetą, hehe. Piosenka, jak to większość polskich piosenek, treść ma bez sensu, ale co za melodia fantastyczna, jaki rytm miły dla duszy i harmonia miła dla ucha! Teledysk także ogląda się bosko, bo wiecie co… ja zapamiętałam tego Piotra Kupichę jako wymoczkowatego, lekko piskliwego wokalistę. A tu…! Jakże on zmężniał, jak on HOT! wygląda! Jak się śmieje, jak śpiewa, jak się rusza! Panienka również miła dla oka, chociaż nie mam pojęcia, kim jest, wygląda na młodziutką i zupełnie do tego MEGAHOT Kupichy nie pasuje. Oczywiście najlepiej pasowałabym ja ;)
    Piosenka, mam takie wrażenie, jeszcze nie jest super ograna, jest dopiero na początku grania jej przez Eski itp., ale czuję, że będzie hitem do porzygania, słyszanym wszędzie i o każdej godzinie. Wspomnicie moje słowa. Posłuchajcie jej teraz, póki jeszcze nie jest znana.

    No chyba, że jest, a ja jak zwykle nieogar.

    W sobotę przed Wielkanocą Młoda pojechała zawieźć do Babci świąteczne wiktuały – śniadanie oczywiście u mnie, z DZIADKIEM, TAK! Tak postanowiłam i zdecydowałam i oznajmiłam wszystkim, ze ma być rodzinnie i cywilizowanie. Chcę mieć normalne i rodzinne święta chociaż jeszcze jeden raz. No ale Mama też musi mieć u siebie troszkę świątecznych pyszności, więc Młoda, jak ten Czerwony Kapturek, zasuwa do Babci z sałatkami, ciastami itp. I wtem, telefon. Mama, bo tu na poboczu jest taki piesek, i on na pewno się zgubił i jest czyjś, i zadbany i się boi! Jessssssuuuuuuu! I to sunia. A my, przypominam, mamy już sunię w domu. Młoda pojeździła jeszcze po pobliskim osiedlu, szukając właściciela i co było robić, wróciła do domu z małym gnojkiem. Dała ogłoszenie na fb na spotted, troszkę się poudostępniało. Wet, który zna naszą rodzinę doskonale, bo Mirka to już czwarty pies, czwarty owczarek, który jest pod jego opieką, powiedział, żeby rano w niedzielę przywieźć pieska, sprawdzi czipa, a jak się nie zgłosi właściciel, to on poszuka nowego domu, ewentualnie zawiezie do schroniska, do którego ma stały dostęp na kontrakcie. No dobra. Sunia na oko 5 miesięczna, maluch! Dziki, rozbestwiony, nie widział NIC ZŁEGO w tym, aby wskoczyć na moje łóżko, które jest świętością i żaden pies tam wstępu nie ma. Sikający w domu! Więc Młoda ze szmatą za nim. Mirka, chociaż w szoku, zaakceptowała smroda małego i nie zjadła, a mogła! Gnojek w nocy wskoczył na stół i zeżarł chrupki psie z miseczki, nasikał na mój cudny dywan, latał jak z pieprzem po domu, musiałam go ze trzy razy skopywać z łóżka, a w końcu znalazł sobie kącik na Młodej łóżku i spał do rana. I to wszystko, zaznaczam, przed śniadaniem wielkanocnym, gdzie wiadomo, że pyszne jedzonko, świeże, na ostatnią chwilę robione i Młoda zaaferowana psimi interakcjami i wyprowadzaniem – nie było drugiej smyczy - więc za wiele nie pomogła. Z rana do weta, czipa nie ma, piesek został. Najgorsze nie było sprzątanie, ani karmienie, ani wyprowadzanie – najgorsze w takiej sytuacji jest tak, że nie sposób się nie przywiązać do psiego malucha, który tak się cieszy i na dodatek ładnie bawi z Mirką. No serce pęka – ale ja już i tak korzystam z ludzkiej uprzejmości przy opiece nad Mirką – nie mogę w obecnej sytuacji jeszcze dociążać kogoś i siebie dodatkowym obowiązkiem.
    Szczęśliwie na wieczór znalazła się właścicielka, niespecjalnie przejęta faktem, że pies wyskoczył z auta, pojechała dalej i obiecała pieska zabrać w poniedziałek. Dla mnie nie do pojęcia – gdyby nam Mirka zginęła i się odnalazła cudem, to ja bym w środku nocy i nad ranem leciała na pysk odebrać mojego sierściucha, a tu, lajcik, proszę, to jaaaa odbiorę Tinę w poniedziałek, tak? Ech, ludzie.

    Rolnik nowy się rozpoczął! Oczywiście ja już mam upatrzonego kandydata, z którym się widzę na starość i jest to Marek, ale za daleko i za usportowiony, więc rezygnuję tu z miłości i będę trzymała za niego kciuki. Jedna kobieta, dwóch dziadków – a wszyscy pozostali są dla mnie identyczni…
    Za dwa tygodnie będę już w Amsterdamie, ale jazda.

    Bocianowa przyleciała! Czekamy na jajka teraz.

    Komentuj (5)



    taczka ukochana

    20 marca 2018, 18:57

    Wiecie co, mam urodziny. Powiem, które, a co tam. 45. Ja w to nie mogę uwierzyć, jak zwykle zresztą, co roku gorzej. Oczywiście wewnątrz nadal młodo się czuję, tym bardziej, że nie widzę, aby się wiele we mnie zmieniło od czasu kiedy zaczęłam pisać :D

    Z tej okazji spotkało mnie wiele dobrego, a najważniejsze to to, że dostałam same prezenty, które chciałam. Tak już mam, że nie znoszę nietrafionych prezentów - autentycznie już wolę nie dostać niczego. Prezent, który świadczy o tym, że obdarowujący nie ma bladego pojęcia o tym, co mi może sprawić przyjemność, doprowadza mnie do płaczu ze wściekłości - raz, że kasa zmarnowana, a dwa, że czuję się wtedy bardzo, bardzo lekceważona i nieszanowana. Że ktoś nie poważa mnie na tyle, aby zastanowić się chwilę, co lubię, czego mogę chcieć, a czego nie. Ja mam sporo zainteresowań, naprawdę łatwo coś wymyślić takiego, co mi sprawi przyjemność, a jak nie to wystarczy spytać, zawsze coś wymyślę, odpowiednio do zasobów. Świeczka jest zawsze ok. Książka - ale sci fi. płyta z muzyką klasyczną. Kubek fioletowo różowo zielony. Stara doniczka w tychże kolorach, ręcznie malowana ze staroci. Ciepłe skarpety. No przyznajcie, że ja nie mam dużych wymagań. Ale mnie zawsze wzrusza, kiedy dostaję coś, co świadczy o tym, że ktoś o mnie POMYŚLAŁ.

    W tym roku dostałam od Młodej prenumeratę Nowej Fantastyki - którą uwielbiam czytać. Od Mamy - bilet na koncert 12 Tenorów, na który bardzo chciałam pójść, ale jednak kasy szkoda. Z pracy - wymarzoną od kilku lat plastikową taczkę na kółkach, taką pionową - szalenie wygodna! Podpowiedziałam koleżance z pracy, co bym chciała, ale patrzyła powątpiewająco - w końcu nie jest to powszechnie spotykany prezent. A dla mnie dostać taką taczkę to jak mała wygrana w totolotka. Jak sobie idę plewić te moje hektary, to zawsze mam kłopot z transportowaniem chwastów, kamieni, śmieci itd - więc taka taczka to od dawna było coś, co miałam już, już kupić, ale może kiedy indziej. I dziś tak rano idę do pracy, obładowana jak osioł [sernik na zimno, marchewkowe przekładane kremem z kaszy manny, rurki z bitą śmietaną, paluchy z ciasta francuskiego z szynką parmeńską i serem] i nagle mnie dreszcz ogarnął lodowaty. A jak dziewczyny powiedzą - "eee tam, to głupi pomysł, nie nadaje się - KUPMY JEJ ŁAŃCUSZEK" - myślałam, że zemdleję od razu, bo ja jestem słabą aktorką i strasznie mi ciężko zagrać zadowolenie, kiedy bynajmniej. I już zaczęłam się na wszelki wypadek nastawiać, żeby jakoś wycedzić z siebie radosne okrzyki, w końcu starali się itd. Ale nie! :) Patrzę, ciągną z jakiegoś kąta tę zachwycającą taczkę! I na dodatek zostało im funduszy, więc haczka specjalna do sadzenia i grabeczki w zestawie kolorowym, i rękawiczki. A bo jeszcze taka sprawa, że kupiłam sobie na ali specjalne rękawiczki i tak sprytnie schowałam, że nie wiem, gdzie są. No to teraz mam :)

    No więc te urodziny to wysyp wymarzonych, ulubionych prezentów i jestem przez to zwyczajnie szczęśliwa, chociaż nadal kaszlę, i te minus 12 mnie trochę denerwuje, bo już człowiek chciałby chwycić tę taczkę i te haczki i iść grzebać w ziemi, i plewić i siać kwiatki.

    UPDATE. 21.3.2018. BOCIAN PRZYLECIAŁ

    Komentuj (23)



    Wiosna is kaming jak nic

    18 marca 2018, 20:33

    W zasadzie to już przyzwyczaiłam się do nieobecności Młodej i jej okazjonalnej obecności. Mirka jeszcze nie - za każdym razem, jak Młodą odwożę na pociąg i wracam sama, to bez względu na to, w jakiej pozycji i miejscu pies został w domu, po powrocie zastaję ją w pokoju Młodej i ten bolesny wzrok psi, pełen wyrzutu. Trudno.

    Muszę powiedzieć, że z upodobaniem weszłam w rolę mamy studentki - słoika. Tak przygotowuję obiady na weekend, żeby jedną - dwie porcje z każdego obiadu móc włożyć w plastikowe pudełka - uzgodniłyśmy z Młodą, że to lepszy zamiennik szklanego słoika - a ponadto staram się zawsze, aby dawać jej na wyjazd ulubione przysmaki, a to jabłka pyszne, a to serki Kiri, a to wędliny lepsze, precelki, pół blachy ciasta, żeby miała czym dzielić w akademiku, spełniam się pod tym względem. Czuję się taka ważna i potrzebna, hehe. KARMIĘ. Opieram. I robię to wszystko z nieskrywaną przyjemnością. Ja już czuję, jaka będzie jazda, jak kiedyś Młoda z wnuczką będzie przyjeżdżać. Czy tam z rodziną całą.

    W ten weekend miał miejsce, mam nadzieję, ostatni już atak zimy. Jeszcze trwa. I już potem na pewno, na pewno, nadejdzie wiosna! Współczuję południowym województwom śnieżyc, ale i u nas nie lepiej, lodowate wichrzysko przy -6 sprawia wrażenie, że jest -600. Tym bardziej, że niestety, ale dopadło mnie paskudne przeziębienie. Cóż, biorąc pod uwagę, że nie szczepiłam się na grypę w tym sezonie - zwyczajnie nie zdążyłam - to i tak jest dobrze, bo to pierwsze choróbsko w sezonie. Cóż, odporność na przeziębienia też się buduje latami, prawda.

    Oczywiście w ekstrasie zimno na ustach, można się było spodziewać.

    Na okoliczność Wielkanocy zdejmę chyba z filara girlandy zielono srebrne ze światełkami, chociaż lubię te światełka bardzo, są super klimatyczne. A może nie zdejmę - może wystarczy, że pochowałam niezużyte świeczki Mikołajowe i zastąpiłam je jajkami kolorowymi. W tym tygodniu zasiejemy owies, rzeżuchę, może znajdę gdzieś parę gałązek brzozy i zaraz się nastrój wiosenny zrobi :)

    To miłego tygodnia życzę. :)

    Komentuj (4)



    wiosna na horyzoncie

    10 marca 2018, 11:56

    Wiecie co, jednak wrodzony bekowy charakter daje o sobie znać. Jak tu siedzieć i się martwić, jak tu narzekać na to zjebane życie, skoro wokół dzieją się takie cuda.

    Alaska odpuściła, na polach stoją żurawie, rozumiecie? Stoją sobie, wielkie, dostojne jak strusie, i bździągają tam po swojemu. A na polu, gdzie idę z pieskiem na spacer codziennie, stoją sobie sarny, Mirka je widzi, obszczekuje, ale one nic, stoją i mielą pyszczkami, a obok małe sarniątko. Na trawniku przebiśniegi. Jadę do pracy i wracam jak jest jasno. Za niedługo bociany przylecą i to dopiero będzie frajda, widzieć je znowu codziennie, rodzina ma gniazdo obok drogi, więc widać z dnia na dzień zmiany, najpierw jeden przylatuje, potem druga [załóżmy], potem sobie tam uprawiają zaloty, zakładają rodzinę i potem ona siedzi na jajkach, a potem pojawia się dwójeczka maluchów, a potem we czwórkę się huśtają na tym jednym gnieździe. No przecież to wszystko jest piękne. W lesie się za chwilę zazieleni zawilcami, za oknem na dachu zawitają wrzeszczące mewy z młodymi, nie wiem, skąd tu się biorą rok w rok.
    Ech, poradzę jakoś sobie we wszystkim, przecież nie jest jeszcze tak strasznie, odpukać, mama sprawna umysłowo, fizycznie powiedzmy, że daje radę z pomocą. Zaraz będzie słońce, przed którym, wbrew sobie, znowu będę chowała buzię, żeby plamy dostać jak najpóźniej, znowu będzie wszędzie zielono.
    W ogóle to Mirka od miesiąca już zmienia sierść, nie? Więc codziennie zamiatanie / odkurzanie doszło. Ale kochana jest, taka wdzięczna, łatwo ją mieć i kochać, usłuchana jak zawsze, spokojna i zrównoważona, i tylko jak zawsze budzi grozę czarnym ryjem.

    W tym roku targi w Amsterdamie. Moje pierwsze po awansie, dłuższe niż przedtem, ciekawa jestem ich bardzo. W ogóle dzieje się tak, jak myślałam - po pierwszym roku, kiedy w pracy był po prostu meksyk totalny, wszystko się względnie stabilizuje, zadowolona jestem.

    Ale targi to dopiero w połowie kwietnia, a w międzyczasie Wielkanoc. Pierwszy raz bez tylko we trzy. W zasadzie nie bardzo jest sens w ogóle cokolwiek gotować, czuję, że równie dobrze możemy skończyć na jajkach w majonezie na twardo, będzie świątecznie i wszyscy zadowoleni.
    Na Dzień Kobiet, ku mojemu szokowi, dostałam kwiatki od 2 sąsiadów. To właśnie piekę ciasto i im zaniosę, a co, skoro już tak sobie życzliwie sąsiadujemy. Pogoda super, ciepławo, ale słońca nie ma, to chyba wiecie co, pójdę na działkę, swoje 10 m2, próbować pokopać, chociażby kawałek, chociaż kolano daje o sobie znać.

    W ogóle na Dzień Kobiet sama sobie zrobiłam super prezent, poszłam na koncert TreVoci - trzech tenorów. Koncert cudowny, chociaż tenorów było dwóch, a zamiast trzeciego jego żona, sopranistka - choróbsko zmogło. Chłopaki w młodzi, postawni, w czarnych, modnie skrojonych garniturach, przystojni tak, że w gaciach kisiel, utalentowani do bólu, z jakimi głosami! Ponoć kandydowali i przepadli w preliminacjach do Eurowizji, nie dziwię się, nasze społeczeństwo w ogóle nie jest przygotowane do takiej muzyki. Repertuar bardzo zabawny, bardzo lekki, i jedyne, co mogę zarzucić, to ja nie lubię takiego braku przygotowania do prowadzenia koncertu, takiej prowizorki, pewnie prowadzącym zazwyczaj jest ten nieobecny i chłopaki radzą sobie jak mogą bez niego. Lubię fachowość i profesjonalizm, żeby występować na scenie trzeba mieć do tego pewne obycie sceniczne i tzw gadane, czego tu zabrakło, ich wewnętrzne gadki o tym, kto jest czyim szwagrem, i yyyyyyy... nie bardzo mnie obchodzą i na takim koncercie wydają mi się troszkę nie na miejscu, no ale co tam, te głosy, te postacie! fantazja :)

    Komentuj (6)



    Syberia

    03 marca 2018, 19:31

    O panie na wysokościach, ależ mróz ścisnął! Tydzień temu zrobiłam zdjęcie pamiątkowe mojego termometru, który pokazał -21. Ale i dziś nie jest jakoś specjalnie lepiej. Zawsze zimą jest taki moment przełamania - myślę sobie, w sumie nie jest tak źle, jakoś kolejną zimę przetrwałam, przy czym PRZETRWAŁAM to doskonałe słowo, jakoś to dalej będzie, wiosna za pasem. A potem przychodzi chwila kryzysu, i właśnie taka nastała, kiedy po wyjściu z klatki schodowej dopada mnie natychmiastowy paraliż, robię się sztywna z zimna, i wtedy myślę KURWA DOŚĆ JUŻ TEJ JEBANEJ ZIMY, MROZU I ALASKOSYBERII DO CHUJA!!!!! Nie, juz naprawdę dość. Zima w całości i tak była kolejna z serii łagodnych, ale ten ostatni tydzień był straszny. Żadna kurtka, żadne swetry, żadne koszulki nakładane wielowarstwowo pod spód, żadne rajstopy i skarpety pod spodniami nie są w stanie mnie uchronić od bezlitosnego poczucia dreszczy, który odczuwam jako lodowaty oddech śmierci.
    A potem odpalam pudelka i co widzę. Idą na dzien dobry do tvnu czy tam innej śniadaniówki selebrytki, bez rajstopek, w szpilkach, w bluzeczkach wydekoltowanych, sukienki raczej letnie. Płaszcz rozwiany, czapek w ogóle, o szaliku, rękawiczkach nie ma mowy. Widzę boską Kate Middleton, która pomimo niebywałych -5 stopniowych mrozów i 8 miesiąca ciąży wysiada sobie nie dość, że w samej sukience i bez rajstop, to jeszcze w szpilkach.
    Powiedzcie mi, co one wszystkie biorą. Jakim cudem nie kulą się, nie zaciskają zębów, nie zwijają w sobie, nie ubierają się odruchowo w 5 warstw wełnianych ciuchów i dwie czapki z uszami. Jakim magicznym sposobem wyglądają kwitnąco, zadowolone z życia, jakby je rozgrzewał jakiś wewnętrzny żar. Powiedzcie mi, czy to tabletki, czy maść specjalna, alkohol silny czy narkotyk jaki, z miejsca oddaję pół pensji za taki specyfik, który pomoże mi wyjść z domu bez przeklinania świata, który kazał mi się urodzić w miejscu nader słabo przypominającym tropiki. Bo już szczerze - mam dość zimna.
    Kojarzycie film "Pojutrze"? oglądam go zawsze z masochistyczną fascynacją, owijając się kocem, szczęśliwa na kanapie, że to tylko CHYBA bajka. I jest tam taki moment, jakoś na początku, kiedy leci helikopter wśród śniegów, i pilota dopada zimno - i on tam momentalnie sztywnieje i zamarza, a z jego ust wydobywa się ostatnie tchnienie. No więc ja tak codziennie rano wyglądam i się czuję.

    No, Wujek się wyprowadził. Sytuacja dramatyczna. Pierwszy taki weekend, i nie umiem sobie wszystkiego ułożyć. Z kim się kontaktować, o jakiej porze, kogo zaprosić na obiad, a do kogo jechać. I kiedy. Czuję się jak jakieś dziecko rozwiedzionych rodziców, i oh, wait... Młoda jest też na weekend, rozbita całkiem i wściekła na dziadków. No cóż, rozumiem ją - to juz naprawdę nie jest wiek, kiedy starsze osoby się rozstają, a dziadkom chyba odbiło całkiem.

    Najlepsza jazda zacznie się od poniedziałku - głównie z uwagi na psa. Ciekawe, o której finalnie będę wracała do domu. A jeszcze lepsza jazda będzie w kwietniu, bo jadę na targi i 5 dni mnie nie będzie. Chyba wtedy zwyczajnie poproszę Wujka, żeby u mnie na te 5 dni zamieszkał.

    Komentuj (2)



    przykro mi

    21 lutego 2018, 19:32

    Bo wiecie, byłam świadkiem takiej rozmowy, gdzie ludzie się chwalili na maksa, gdzie to jadą na długą majówkę. Tu na weekend do Wrocławia "Eeee, dwa tysiące na cztery osoby to żadne pieniądze", inni do Paryża na 4 dni, inni do Tropical Island, bo dzieci chcą, ktoś jeszcze gdzieś, przykro mi było strasznie i wyszłam, i cała moja duma z siebie, tak długo i skrupulatnie budowana, poszła w kosmos. Tu człowiek się cieszy, że podwyżka, że premia czasem, że szacunek, że radzę sobie, kredytów nie mam, dach nad głową jest i dziecko na studiach dziennych, i to bez alimentów i bez 500 jebanych plus, że uda się co miesiąc tę stówkę czy dwie odłożyć, ściubię grosz do grosza, i udaje się, ale przy takich rozmowach dostaję po prostu w twarz od życia, i to nie tam klepnięcie, ale trzaśnięcie w pysk, aż głowa odskakuje. Bo okazuje się, że te wszystkie starania i drobne sukcesiki, to jakieś śmieszne grosze w porównaniu do tego, co inni mają podane na tacy. Jeden pierdolony błąd młodości, ślub nie z tym z kim trzeba, mści się tak koszmarnie do dziś. Jakie to ważne, boże, żeby związać się z mężczyzną normalnym, pracowitym, ogarniętym życiowo, że jednak te dwie pensje co miesiąc, a nie jedna, i można naprawdę spokojnie żyć.
    Chciałabym widzieć, jak jedna z drugą by sobie poradziły bez tych ogarniętych mężów, zdane tylko na siebie i na swoją pensję, gdzie ta pensja decyduje nie o wyjeździe, ale o życiu, gdzie ją mieć albo nie mieć, to być po jednej albo drugiej strony życiowej krawędzi, gdzie na kuchnię trzeba zbierać gotówkę kilka lat, a każda awaria samochodu powoduje bicie serca i trzęsące ręce, że ileż to tym razem, i czy wystarczy do pierwszego. Ciekawe, czy tak by wesoło rozprawiały o wyjazdach. Weź i jedna z drugą sama na to zarób... ech.

    I jeszcze taki kuzyn małoletni z Warszawy, programista lat 24, właśnie skończył inżynierkę, olał mgra, i zmienia pracę. Nowa - 11 tysięcy brutto, co prawda b2b, więc odejdzie trochę, ale nadal 7 tys na rękę, no do cholery, to jest przecież niemoralne w ogóle! W czym kodowanie jest aż tak dużo lepsze, że człowiek z 2 letnim doświadczeniem, o tyle młodszy, staruje od takiej kasy?
    No rozgoryczona jestem bardzo, tym bardziej, że z mojego chytrego planu zadbania o swoje potrzeby właśnie została mokra plama. Mama z wujkiem się rozstają, bo tym, jak spędzili razem 30 lat, jak Wujek wychował mnie i Młodą, ma się wyprowadzić i to zrobi za 5 dni. W ciągu których mama ma operację serca. I zagadka, kto teraz będzie znowu musiał mamie robić zakupy, wyrzucać śmieci, ogarniać sprzątanie, pomagać w higienie codziennej, załatwiać sprawy urzędowe, a przede wszystkim, znowu przejąć totalną opiekę nad psem. Miałam od 1 marca iść na siłownię, bo znowu gruba się zrobiłam, ale nie widzę, abym mogła mieć na to siły i czas.

    Jeśli bym miała mieć tylko jedno, jedyne marzenie, to by było - niech Młoda znajdzie sobie porządnego męża i żyją razem długo i szczęśliwie. Amen.

    Komentuj (18)




    Szablon wykonała Effy, pobrano z szablony.blogowicz.info
    Wspierane przez: Blog & dodatki na bloga.
    Grafika: Weheartit