• 2016

  • listopad
  • październik
  • wrzesień
  • sierpień
  • lipiec
  • czerwiec
  • maj
  • kwiecień
  • marzec
  • luty
  • styczeń
  • 2015

  • 2014

  • 2013

  • tv

    27 listopada 2016, 21:31

    Czas na szczerość - tak, Ola od Marka to ja.




    Żartuję, kurde, ale palec w górę, kto tak podejrzewał ? :) [poza moją córką, która w trakcie programu co i rusz mierzyła mnie podejrzliwie wzrokiem, kocham to dziecko, bo on przecież powiedział, że Ola jest młoda, zgrabna, piękna i mądra, i moja córka uważa, że to jak najbardziej pasuje do mnie, czy ona nie jest najlepszym dzieckiem na świecie?].
    Marek zachował się jak ostatni osioł. Oczywiście trudno zmusić kogokolwiek do miłości, no ale to on sam wybierał i godził się w konwencją programu. Chociaż oczywiście ciężko nie tylko zakochać się na żądanie, ale już na wstępie dokonać wyboru tylko na podstawie listów i zdjęć, często mocno pozowanych i poprawianych. Jednak mógł to załatwić jakoś inaczej - chociaż szczerze, po poznaniu go na tyle, co pokazywali w programie, wcale się nie dziwię, że panie uciekały.. W ogóle muszę zadać to pytanie, jakim cudem on jechał do Ani autobusem? Jak rolnik może nie mieć samochodu? Czym on wozi gęsi na targ, czy tam do skupu czy gdziekolwiek? na wsi obecnie nie ma szans na życie bez auta, to nie są czasy wozów drabiniastych.

    Zbyszek, no dramat. Po przedostatnim
    odcinku byłam w gronie tych, którzy zszokowani sami sobą zmienili zdanie na temat dziadka, że jako jeden jedyny zachował się jak trzeba, a tu lipa, odrzucił piękną Irenkę [mam sentyment do tego imienia] i okazał się takim samym burakiem jak wcześniejsi dziadkowie. A jaki napalony! To było aż obleśne, dopóki nie okazało się, że chce Irenkę za żonę. Potem znowu się okazało obleśne; ja od początku nie wierzyłam w ten jego ślub kościelny.
    Łukasz, no szok, ale rozmowa z Patrycją była tak emocjonalna, że trzymałam zaciśnięte pięści i mruczałam pod nosem, no Patrycja, trzymaj się, spokojnie, Patrycja...
    Nawiedzony Szymon, tu już w ogóle szkoda słów. Nie spodobała mu się żadna, spoko, mamusia rządzi, spoko, ale kolejny prywatny casting, to jakiś żart chyba, czy on w ogóle spogląda w lustro, albo ma może pojęcie, jak się zaprezentował? jako ostatni cymbał? Która dziewczyna będzie chciała się z nim spotykać, mając świadomość istnienia magicznego kartonu z listami?
    Monika, Tomek to super facet, wcale nie za miękki, zależało mu, i okazywał to, no ale dla kapryśnej Moniki i to za mało. Ona coś czuję, ma taki charakter jak i ja, silna baba i potrzebuje kogoś jeszcze silniejszego, a nie tam wielbiciela.

    Rolnik to Rolnik, oglądałam z zapartym tchem i czekam na kolejną edycję.

    ALE

    Ślub od pierwszego wejrzenia, panie na wysokościach, to dopiero ryje banię! Jakieś tam są dramaty! w ogóle pod kątem psychologicznym to jakieś kuriozum absolutne. Ślub i rozwód to ponoć najbardziej stresogenne
    sprawy na świecie, a tu każą brać ślub obcym ludziom, ja słyszałam o tym programie wcześniej, ale nie mogłam uwierzyć, że to naprawdę. Co oni muszą czuć to ja sobie nie mogę wyobrazić w ogóle. Zamykani w 4 ścianach
    z kimś obcym, który obcością drażni, wymuszana bliskość odpycha, nie do końca usprawiedliwiam zwyczajnie chamskie zachowanie Ewy i Natalii, ale trochę je rozumiem. Mimo to mogłyby chociaż spróbować. Każda scena tam
    burzy moje myśli, budzi chęć płaczu nieomal, że mają szansę ludzi, a tak się burzą, że niby te wybory dobrane psychologicznie, ale jednak nietrafione, że Natalia, która całe życie próbowała usamodzielnić się, dla której ewidentnie kasa jest mega ważna, co może zrozumieć tylko ktoś, kto tak jak ona nie miał nic, dostała gościa, dla którego kasa to pryszcz, który ma kochającą i kochaną rodzinę i dzieli się z nią wszystkim, co ma.
    Jak dla mnie ten program zawiera materiał do badań na co najmniej 3 prace doktorskie.

    Ostatnio zaliczyłam wieczór depresji, dotarło do mnie znienacka, że takie wspólne z Młodą wieczory, z psem u stóp, herbatką, kołderką wspólną na kanapie, filmem, już niedługo będą należały do rzadkości. Że koniec naszych wspólnych przygód, wyjazdów, koncertów. Że już zaczynam odczuwać, na samą myśl o rozstaniu, jakby ktoś mi kawałek duszy wyrywał. Że świat mi ją zabiera. Że chociaż chciałam, aby zdobywała świat, uczyła się, pracowała, kochała, miała przygody, to to wszystko będzie już ze mną tylko jako obserwatorką z daleka. Boże jakie to straszne :((( Jak ja się tego boję! Młoda stała się moją przyjaciółką, powierniczką, najlepszą pomocą, wszystkim! Jak mnie kusi, och, postawić twardo, nie mam kasy na Twoje studia gdzieś daleko, zostajesz na miejscu i mieszkasz w domu. Nie, nie, niech ona idzie i podbija świat, niech ma swoje życie i swoje wybory, tylko czemu tak boli czasami.


    Komentuj (3)



    3 weekendy pełne emocji :)

    04 listopada 2016, 20:47

    Boże, co znowu za weekend pełen emocji. Znienacka dzwoni kumpela, jedziemy na basen w sobotę rano. Ja oczywiście nigdy nie mam czasu na nic, ale na wyjazd na basen to ja mam czas zawsze. 4 godziny wyjęte z życia, zjeżdżałam z rury dla dzieci, wrzeszcząc jak opętana, tak jakby to była rura kilometrowa, biegnąca przez samo dno piekieł, pływałam, siedziałam na bąbelkach i dawałam się biczować masażami i było bosko! Tylko, że zanim pojechałam na ten basen, to już musiałam pojechać rano do mamy załatwić wszystkie sprawy, zakupy, obiad, sprzątanie, więc wszystko w biegu.
    Za to po basenie luz, całe dwie godziny. Po czym z sąsiadem do kina. Sąsiad uprosił, żeby z nim pojechać, bo bardzo chce zobaczyć, a głupio samemu. Ponieważ bardzo pilnuję, abyśmy mieli dobrosąsiedzkie stosunki, zgodziłam się. Chociaż bardzo, bardzo tego Wołynia nie chciałam oglądać. No i miałam rację. Wołyn jest okropny. Okrutny, podłość, krew, okrucieństwo, mord, krew, wylewa się każdym centymetrem ekranu. Oczywiście nie żałuję, że poszłam, co innego słyszeć, że tam zginęło 100 tysięcy ludzi, a co innego zobaczyć, sceny nakręcone bardzo realistycznie. Film uczciwie pokazuje podłość po obydwu stronach. Pokazuje bezsens konfliktów. Pokazuje, że Ukraina od zawsze była zamieszkana przez różne grupy kulturowe, które na co dzień żyły obok siebie, ale wystarczyło kilku podżegaczy, parę prowokacji, kilku szaleńców opętanych wizją zaboru ziemi i ludzi i wybucha potworny konflikt, a z ludzi wychodzą najgorsze, najniższe instynkty.

    kurde

    2 tygodnie, a zaraz trzy, próbuję napisać tę notkę, więc teraz już w skrócie.

    Potem był koncert filmowy, dzięki Cilli77 - dzięki kochana :) Koncert fantastyczny, ale, no sorki, muszę to napisać, Justyna Steczkowska na żywo to ogromne rozczarowanie, co prawda kreacje oszałamiające, no i te rejestry sopranowe, ale śpiewała nieczysto miejscami, zapominała tekstu i jakoś takie, lekceważenie... Natomiast cudowna niespodzianka, objawienie, odkrycie, to Piasek na scenie! Niesamowita charyzma, głos, osobowość BARDZO sceniczna, nawiązywanie kontaktu z publicznością, poczucie humoru, coś fantastycznego. Chętnie poszłabym raz jeszcze wyłącznie dla niego.

    W międzyczasie Młoda skończyła 18 lat. Dla mnie to jeszcze większe przeżycie niż dla niej. Nie mogę w to uwierzyć! Jest już dorosła, gdyby chciała, może nawet jutro powiedzieć, Sajonara Matka, idę za mąż. Nie zrobi tego, to kumaty dzieciak, ale jednak. Na tę okoliczność dostała ode mnie m.in pakiety do SPA, takiego prawdziwego, a że dostałyśmy mega uprzejme zaproszenie od MIG - dzięki kochana :) [ile ja zawdzięczam ludziom tu poznanym to też jestem zawsze pod wrażeniem] - na spędzenie czasu w jej gościnie, więc udało mi się parę dni odpocząć, a Młoda zaliczyła sobie jeden pakiet SPA i jeszcze ma jeden w zapasie :)

    Pamiętacie Lilo i Stitch? Rozbita rodzinka, starsza siostra Nani, wieczne kłopoty z facetami, pracą, rozpaczliwie usiłująca utrzymać w garści malutki dom, młodsza Lilo, czasami nierozsądna, ale taka kochana, i do tego Stitch, stworek z kosmosu, nieziemsko inteligentny, silny, a jednak pragnący własnej rodziny. I tam pada hasło OHANA znaczy rodzina, bo w rodzinie nikogo nie wolno odtrącać, ani porzucać, rodzina to wspólnota, jesteśmy RAZEM mimo wszystko, zawsze i wszędzie, rodzina to wsparcie i lojalność. To moja ulubiona bajka, utożsamiałam się z Nani, Młoda to oczywiście Lilo, a Mirka to Stitch, może nie aż tak nieziemsko inteligentna, ale nasza i ukochana i kochająca. I my to taka szarpiąca się w przeciwnościami rodzinka i zawsze razem, i ta OHANA to nasz symbol. No więc z okazji tej osiemnastki Młodej poczułam silną wewnętrzną potrzebę zrobienia czegoś drastycznego o trwałego. Padło na tatuaż z napisem OHANA, dla nas obydwóch, mały, nie do popisywania się, ale skryty, żebyśmy miały. Nigdy i dla nikogo bym tego nie zrobiła, jestem przeciwniczką tatuaży, ale to wyjątkowa sytuacja. No i dziś, dokonało się. Nigdy więcej. Pierwszy i ostatni raz.

    Jeszcze w międzyczasie, udało się dopaść adresu ojca mojej córki - dzięki kochana wiesz kto :)
    Nie mam pojęcia, co z nim zrobić, chociaż jak się o tym dowiedziała, to niemal na zawał zeszłam. Szansa na legalną egzekucję żadna. Nielegalnej się boję, to obosieczny nóż. Wciąż myślę, jak to wykorzystać, taka okazja może się nie powtórzyć.

    Co tam się w ogóle znowu w komentarzach nadziało. Ja to uwielbiam te momenty, kiedy na bloga dostają się osoby totalnie jakieś obce i dokonują szczegółowej analizy na podstawie 1 notki. Dla jasności i ku przypomnieniu - babcia dostaje regularne informacje listem odnośnie wnuczki, kartki na święta, imieniny, urodziny, dni babci, ale NIGDY nie zrewanżowała się chociażby kartką pocztową. Także, ku pamięci - tatuś jest pozbawiony praw ojcowskich i nawet o tym nie wie, ale ponieważ nie płaci, to jakby jesteśmy kwita, co? Tyle tylko, że na starość nie będzie mógł ścigać mojej córki o jakiekolwiek świadczenia.

    A od aborcji facetom nadal - WARA.

    Komentuj (14)



    niech nikt nic ode mnie nie chce

    11 października 2016, 19:45

    Ja nie wytrzymie* normalnie, same nerwy, i to zamiast się cokolwiek ustawiać i wygładzać, to coraz weselej w moim życiu.
    Zaczęło się niewinnie. Wróciłam z 2-dniowej delegacji, wymarznięta, niedoubrana, przemoczona, z silnym postanowieniem wydania połowy pensji na kurtki, płaszcze, swetry, grube spódnice i rajstopki. No i idę sobie w niedzielę do sklepu firmowego takiego, który szyje na miejscu bardzo dobre jakościowo ciuchy, i rozmawiam sobie z panią sprzedawczynią na temat moim zdaniem absolutnie niewystarczającej grubości podszewek w kurtkach. A tu podchodzi do mnie mała dziewczynka i jak mi skopa w łydkę nie zasadzi! Dopóki tego nie zrobiła, nawet nie do końca zdawałam sobie sprawę, że tam jest. "oj, mówi mama, nie kop pani". Co. Odwróciłam się sztywno, włos rozwichrzony, mina straszna, pioruny wokół łba, wypisz wymaluj czarownica przed okresem, i wycedziłam złowrogo "NIE WOLNO - KOPAĆ - OBCYCH - LUDZI - I NIGDY WIĘCEJ - TEGO - NIE RÓB!". Mała usteczka w podkówkę i w ryk. Może moje zachowanie nie do końca było adekwatne, i gdyby ktoś mojej córce tak zwrócił uwagę, to bym zabiła, ale moja córka z drugiej strony nigdy w życiu nie skopała nikogo, nawet z powodem, a panią jakoś to mało obeszło. Jednakowoż jestem dziwnie przekonana, że mała już nigdy w życiu nikogo nie kopnie. Zaraz stanie jej w oczach ten poworny widok rozgniewanej mnie.
    Już lekko podminowana pojechałam do mamy. Po jej operacji serca wrócił do domu, ekspediowany na jakiś czas do rodziny Wujek. Za wcześnie moim zdaniem, przecież jak on, osłabiony, ze sparaliżowanymi rękami i nogami się przewróci, to kto go podniesie - na pewno nie mama, z niezagojoną wciąż raną na piersi, która powinna leżeć i nic nie robić. No ale dobra, jest to jest. Przywiozła wujka jego szwagierka, ciotka taka. I zaraz wydała dyspozycje mamie. Ty masz mu robić codziennie takie koktajle. Seler naciowy, pietruszka, kiwi, melon, banan, jabłko, i ma codziennie pić szklankę. Mama ma powyginane palce, cedzę, już podkurzona, i nie jest w stanie trzymać guzika blendera. To kupcie sobie taki robot, odpiera ciotka zadowolona, bzyk bzyk i jest. Ciotka nie pracuje, mieszka sama z wujek w wielkim domu, nie? kuchnia wielkości połowy mieszkania mamy, za domem działka z warzywami i sad. U mamy nie ma miejsca, ani kasy  na kupowanie robota. Aha. No to, ciotka zadowolona, już znalazła rozwiązanie, przecież Ola może po pracy na 5 minut wpaść i zrobić koktajl. CO KURWA. Stoję i słucham, bez słowa. No co tak patrzysz? chyba możesz poświęcić wujkowi chociaż z 5 minut, żeby miał zdrowy pyszny koktajl?
    Osłabłam, nie? Od początku roku z mamą i wujkiem jeżdżę po szpitalach, terapiach, chemiach, operacjach, badaniach, wynikach. Szarpię się jak osioł z wózkiem inwalidzkim, który bynajmniej nie jest najlżejszy na świecie i dostosowany do bagażnika audi, nawet kombi. Wożę tam i z powrotem psa, którego także dzień w dzień wyprowadzam na długie spacery [fakt, to mój problem]. Robię zakupy na dwa domy, sprzątam dwa domy, gotuję obiady czasami w dwóch, a czasami w trzech wersjach. Pranie zbieram, robię u siebie, prasuję, wożę z powrotem. Zostało mi raptem parę dni urlopu, z którego dla siebie nie miałam ani jednego dnia. U mamy zrobiłam mały remont w czasie operacji, tymi ręcami. Dojeżdżam do pracy, wożę do szkoły córę tam i z powrotem. Jeste fizycznie i psychicznie już wykończona. Do domu wracam , jak przed 19, to naprawdę nieźle. Znajduję w tym wszystkim czas na kontakty z córką i śpiewanie.
    A ta będzie mi mówić o 5 minutach? Dysponować moim wolnym czasem? Powiedziałam więc bezzwłocznie, co na ten temat myślę, że nic nie będę robić, że to nie będzie 5 minut, i zyskałam tym samym opinię wyrodnej, podłej, niewdzięcznej córki. [Nie jest to koniec w tej notce:D]

    No poniosło mnie. Oczywiście pojechałam do koleżanki, która też ma działkę, dobra dziewczyna dała mi z radością selera niepryskanego, pietruszkę, jabłka, kiwi, melona kupiłam w sklepie, banana w drugim. Tak, samo krojenie i miksowanie to faktycznie 5 minut, ale cała otoczka to zgodnie z moimi przewidywaniami godzina. Z tym, że mam teraz zajebane warzywami pół lodówki, a nie jest to jakaś wielka wypasiona lodówka. Zrobiłam i będę robiła wujkowi ten koktajl, bo go kocham, ale za chiny ludowe słowa ciotce o tym nie powiem, niech nie ma satysfakcji.

    Na to wszystko trafiła aktualna baba Ognia niejakiego. Ogień, po wielkiej kłótni, kiedy to poczuł się wykorzystany przeze mnie do wiadomo czego, a odmówiłam mu rzucenia sąsiada [który i tak był na wylocie, ale co to Ognia może obchodzić], zadeklarował, że poszuka młodszej, ładniejszej i zgrabniejszej kobiety. Prawie mu się udało, zgrabna kobieta jest, nie da się ukryć, ale czy 50-latka z mocno końską szczęką naprawdę jest tak bardzo atrakcyjniejsza, to nie wiem, ale grunt, że mieszka w pustym mieszkaniu obok Ognia, gotuje i utrzymuje Ognia, czym zdjęła mi z głowy wielki kłopot, krzyżyk im na drogę, nie wtrącam się nawet w huczne zaręczyny, zawiązane tydzień po ostatnim seksie ze mną.W każdym razie odezwała się do mnie, prosząc o spotkanie i rozmowę? żE CO??? no ludzie, moje nerwy mają swoje granice. Odmówiłam, w ogóle nie jestem zainteresowana, o czym też ona chce ze mną rozmawiać, rzuciła mi kiedyś, w ogóle nie zaczepiana przeze mnie na fejsie, że pewnie jestem zazdrosna, bo z nią Ogień wstawia na fejsa czułe selfie z buziakami, a ze mną to nie chciał, o! Jasne, miał tyle rozumu w swojej sytuacji, że będąc ze mną nie narażał mnie na widok swoich kolesiów. W ogóle tak zauważyłam, że ja się nie odzywam, a ludzie mnie zaczepiają, wyraźnie w jakichś agresywnych celach, ja tam sama z siebie niezaczepiana, nie czepiam się nikogo.

    No prawie nikogo.

    Ponieważ, jak wiadomo, w naszym systemie pomocy społecznej nie istnieję, 500+ mnie nie dotyczy, fundusz alimentacyjny takoż, dodatki mieszkaniowe również, policja, prokuratura odmówiły szukania exmęża celem egzekucji alimentów, sąd nie dał rady egzekucji międzynarodowej, zdecydowałam się na desperacki krok i podałam do komornika ex-teściową.Głównie celem wywarcia zdanej presji na ex-mężu. Teściowa ma zasądzone 100 zł miesięcznie, ale od 3 lat nie płaci. Od pół roku toczy się sprawa o podniesienie alimentów do 600 zł, za tydzień finał. Tak więc skorzystałam z faktu, że  z tego co wiem, exteściowa ma hojną emeryturę jako kierowniczka banku, ponadto rentę po mężu wojskowym, poza tym baluje w Berlinie, i oddałam do komornika egzekucję. Halo, córka idzie na studia, to nie są tanie sprawy. No więc komornik w końcu, po wielomiesięcznym kompletowaniu dokumentacji, w końcu ruszył dupę i wszedł jej na rentę. Zapewne teraz dopiero dostała wyciąg i zabolało, bo odnalazła mnie w necie, tel służbowy, i zadzwoniła, aby się umówić na rozmowę wieczorem. Podałam jej numer prywatny, chociaż przecież podawałam jej go w listach kilkakrotnie, i rozpoczynając rozmowę uprzedziłam, że ją nagrywam. Spoko. Dowiedziałam się [znowu!] jaka jestem wyrodna, podła, zimna i bezwzględna sucz. Mam natychmiast odwołać komornika, który zabrał jej 800 zł z 1200 zł renty [ani słowa o emeryturze]. Nie, nie ma kontaktu ze swoim synem, nie wie nic o nim. Przysięgam, gdybym nie wiedziała na bank, że kłamie, złamałabym się jak nic. Najciekawsze są dwie sprawy. Że mimo, że ponoć taka schorowana, siedzi w domu, to nie ma bladego pojęcia o sprawie sądowej, nie odbiera wezwań na rozprawy, na policję celem złożenia zeznań, a o potrąceniu komorniczym dowiedziała się prawie miesiąc po nim, a druga sprawa... podczas całej prawie 10 minutowej rozmowy, nie spytała nawet słowem o Młodą. Na koniec poinformowała mnie, że wysyła do mnie Uwaga TVN i gazetę, jaka jestem podła, że biedną schorowaną wdowę pozywam o alimenty.

    Tak więc w końcu spełniło się moje marzenie i będę sławna. Zapisy na autografy zbieram w komentarzach.

    Komentuj (18)



    nie wtrącaj się!

    09 października 2016, 15:29

    Mnie to najbardziej wnerwia, jak ktoś się wtrąca w sprawy, którego go w ogóle nie dotyczą. Jakim cudem w sprawie aborcji, kiedykolwiek, śmią się wypowiadać mężczyźni, a zwłaszcza ci należący do kleru? Nie dotyczyło ich to nigdy i dotyczyć nie będzie, każdy facet powinien trzymać w tej sprawie mordę zamkniętą na kłódkę raz na zawsze. Spróbujmy na odwrót.

    Zróbmy taki ruch społeczny, ZAKAZUJĄCY MĘŻCZYZNOM masturbacji. Raz na zawsze. Za każdą próbę marnowania nasienia, wszak potencjalnego ŻYCIA, wsadźmy ich do więzienia. Kontrolujmy zachowanie. Filmujmy. Rozliczajmy z każdej kropli zmarnowanej spermy. My, kobiety, a zwłaszcza kobiety, wypowiadajmy się na ten temat najbardziej zdecydowanie, oburzone, jak też można tak marnotrawić szanse na ŻYCIE. Oczywiście męskie zabawy w łazienkowym zaciszu nas dotyczą niewiele, a sióstr zakonnych jeszcze mniej, więc za tym bardziej logiczne uważajmy wtrącanie się i decydowanie, co też mężczyźni czynią ze swoimi wackami i produkcją własną. Ja się domagam, aby to było zakazane ustawowo! Żeby wprowadzić drakońskie zakazy i regulacje, żeby to kobiety decydowały, co się dzieje z każdą porcją cennej zawartości jąder, żeby facetom w głowach się zagotowało, że jak to, ktoś, kogo to dotyczy najmniej, ma czelność wypowiadać się, i to w tak bezczelnym tonie.

    Ja tak właśnie czuję się teraz. Jakim prawem jakikolwiek facet wypowiada się w tak bardzo kobiecej sprawie? Jakiś Terlikowski, kimkolwiek ten człowiek jest, jakiś Hoser, jakiś Kukiz, ludzie! Trzymajcie się z dala od takich decyzji, bo konsekwencje, jakiekolwiek kobieta ponosi, to ponosi je w 99,99% sama, bez udziału jakiegokolwiek faceta, więc i niech ona sama decyduje, co chce robić. Obojętnie, czy chce urodzić, czy nie chce. EWENTUALNIE jedynym facetem, który może mieć wpływ na decyzję, to współuczestnik sytuacji, ale nie jakiś obcy nawiedzony psychol!

    Cała ta sytuacja jest w oczywisty sposób wyreżyserowana dla ukrycia innych, mnie czy bardziej ugnojonych spraw politycznych, a jednak świadomość manipulacji wkurza nieziemsko. Już istniejąca ustawa jest chora i restrykcyjna, i zupełnie zbędna, nazywanie jej jakimkolwiek kompromisem jest totalnym nieporozumieniem. A tu jeszcze hasło na zaostrzenie? Czy komuś się wydaje, że jak aborcja była ogólnodostępna, to kobiety tak na potęgę usuwały ciąże w ramach antykoncepcji po? albo, że w obecnych czasach miałoby to miejsce? To traktowanie kobiet w sposób niemożliwie protekcjonalny i totalnie bez szacunku.

    Wyłączam komentarze w tym wpisie, celowo, nie o to mi chodzi, żeby rozpętać burzę, bo wszystkie argumenty już i tak zostały powiedziane, zarówno przez jedną, jak i drugą stronę, i nikt nie jest w stanie zmienić swojego poglądu, to normalne w każdej dyskusji, że wbrew założeniom, argumenty, nawet te najbardziej słuszne, trafiają w próżnię. Ja tylko chciałam wyrazić swoje oburzenie, że ludzie się wpierdalają w nieswoje sprawy. I to czynnie, bo na oburzeniu się nie kończy.

    Update. Sprawa budzi emocje, odblokowalam komentarze. Have fun!

    Komentuj (3)



    jesień

    01 października 2016, 14:44

    Ja nie umiem się zwyczajnie nudzić, jak jakiś normalny człowiek, że
    przyjdzie sobota, czy coś, dzień urlopu, siedzi i ogląda serial. Albo
    odpoczywa po znojach i trudach. Nie, ja zawsze muszę znaleźć sobie jakąś
    rozrywkę, żeby tylko przypadkiem nie tracić czasu, żeby mi nie
    przeciekał przez pace, bo tego się boję najbardziej, tracić czas, mam 43
    lata, to już mi mniej zostało niż minęło.

    Tydzień temu, znienacka spotkanie z Mig
    . Mieszkamy dość blisko, a przecież znamy się, matko jedyna, z widzenia
    blogowego oczywiście, od lat nastu, i wyszło na to, ze wzajemnie
    obserwujemy swoje losy, szczerze nie sądziłam, że na żywo można się tak
    dobrze dogadać z kimś znanym tylko tak. Mam szczerą nadzieję powtarzać
    takie spotkania częściej, a może i kiedy się jaka babska popijawa trafi.


    Chwila później, telefon. Ola, bo ty coś mówiłaś o malinach. No
    jasne, że mówiłam, od miesiąca męczyłam koleżankę z plantacją, żeby mi
    sprzedała jakąś sensowną ilość, jak się czyta skład dowolnego "soku
    malinowego", to włos się jeży na głowie, one nawet koło malin nie stały,
    nie wspomnę o gównie zwanym syropem glukozowo-fruktozowym, od którego
    ponoć dostaje się raka czy tam coś. A akurat soku malinowego idą
    jesienią i zimą hektolitry. No więc chodź i sobie weź ile chcesz.

    Za
    15 minut stałam na plantacji i patrzyłam, jak mi na moje własne
    życzenie ładują do bagażnika 16 kg malin. Nie 16 łubianek, albo 16
    litrów. Nie. 16 KILOGRAMÓW. Siedziałam nad tymi malinami do północy
    niemal, stworzyłam 4 butelki litrowe, 12 półlitrowych i 34 słoiki
    różnych rozmiarów. W końcu skończyły mi się naczynia zdatne do
    zawekowania i bogu dziękować, bo już nawet krzyczeć nie byłam w stanie.
    Padłam spać, a dwie godziny później pobudkaaaa! pod oknami psiarnia z
    włączonymi światłami. Mirka się rozdarła, a ja, rozczochrana, rozmazana,
    poszłam zjebać policję, po czym oni zjebali mnie :D i tak nawzajem,
    oczywiście w ogóle pierwsze skojarzenie, ufff, dobrze, że to nie sprawa
    Ogniowa :D i w ogóle not my fucking business. Ale nie będą mi jechali
    światłami po nocach. Zagroziłam epilepsją i zgasili, o to mi tylko
    chodziło, dobranoc.

    W niedzielę trzeba było wywieźć wujka do
    rodziny, z całym wyposażeniem, mama w tygodniu operacja na sercu, nie
    dałabym rady sama ze wszystkim. Też w tym samym tygodniu duuży koncert z
    chórem i 3 próby 2 godzinne, zawiezienie mamy i przywiezienie. Wzięłam
    wolne parę dni. No ale skoro już i tak jestem w domu... mamy łazienka
    już od dawna była dość zaniedbana, to szybko ją pomaluję. Pomieszczenie
    1mx1m, niby nic, ale stoi kibelek i umywalka, weź i się wpasuj
    człowieku, jak nie ma jak drabiny postawić, a ściany wściekle niebieskie
    i trzeba je malować 4 krotnie, i sufit też. W związku  tym balans pod
    sufitem z wałkiem na czubku chwiejnej drabiny, a tu mama dzwoni
    słabiutka, oszołomiona, że już po i zachowaj spokój, tak mamuś, siedzę
    sobie, odpoczywam, nic nie robię, relaks, wszystko w porządku, czekamy
    na ciebie, kochamy i tęsknimy, a tu wszędzie rozwalona folia, farby,
    pędzle i ogólnie ruina. Jeszcze przy okazji miałam szczery zamiar
    zmienić wannę, albowiem przypadkiem mam nowiutką do dyspozycji, ale
    okazało się, że stara jest tak zamocowana przez komunistycznych jeszcze
    fachowców, że bez totalnego kucia ścian nie ma szans na jej ruszenie. A
    na to nie bardzo miałam czas. Więc tylko uchwyt przy wannie, kosmetyczne
    poprawki, generalne sprzątanie wszystkiego, co nie uciekło mi spod rak,
    okna, obcięcie zasłon do połowy [tu już szczerze się bałam o swoje
    życie, po malowaniu łazienki, mama nienawidzi zmian i robót
    budowlano-dekoracyjnych]. Wszystko się udało, zdążyłam, mama wróciła na
    odświeżone śmieci, i bardzo była zadowolona, a żeby było milej,
    zgarnęłam o zgrozo, wszystkie łachy, pochowane po katach, szafkach,
    łóżkach, workach, pralkach, staram się im na bieżąco pranie robić, ale
    zgarniam pranie z kosza, a nie przeszukuję kąty, a tu dramat jakiś... i
    co, kto teraz stoi i spogląda żałośnie na stos prasowania...

    W
    międzyczasie ten koncert z chórem, jesteśmy na coraz wyższym poziomie,
    dzięki wytężonej pracy naszego dyrygenta, a pewnie też i troszkę naszej,
    szczerze, to jestem szczęśliwa, że nie odpuściłam, że trzymam się tego
    mojego chóru jak ostatniej deski ratunku czasami, bo to jedyne, co mnie
    trzyma w zadowoleniu, niezależnie od okoliczności życiowych, co pozwala
    mi oddychać i się uśmiechać i cieszyć, że śpiewam, że razem z innymi, że
    takie cudne utwory dajemy radę i to jakoś brzmi, coraz lepiej, pomału
    naprawdę wychodzi z nas maniera wiejskiego zespołu, bez urazy, a
    zaczynamy brzmieć jak CHÓR , i chcę to, lubię to, i będę to robić
    kosztem nawet życia osobistego, bo nikt mi nie odbierze tej obłędnej
    chwili, kiedy dyrygent daje MAGICZNY ZNAK, my zaczynamy śpiewać, i
    dźwięk niesie się pod sufit kościoła [tam najlepsza akustyka, wiadomo].
    Nie oddam. Za nic.

    W tym tygodniu wyjazd służbowy, to zawsze
    niesie za sobą dodatkowy wysiłek, i kradnie czas, ale to nic :) Z takich
    zaległych rzeczy to muszę obmyślić jakiś prezent dla mojej córki, 18
    lat raz w życiu, żeby pamiętała na zawsze...

    Idę prasować :)

    Komentuj (5)



    i po wakacjach

    07 września 2016, 19:58

    Te wakacje były najcięższymi, najtrudniejszymi w moim życiu. Jeszcze nigdy po wakacjach nie byłam tak fizycznie i  psychicznie wyczerpana. Młoda wyjechała do pracy z szczytnym celu zarobienia na prawo jazdy [co jej się zresztą udało] i zostałam sama. Z psem, którego rano trzeba zawieźć do mamy, a po południu odebrać, nakarmić, wyprowadzić na dłuugi spacer i na krótki spacer, a nieustannie należy też czesać, bo sierść gubi w tempie porażającym, sama z wożeniem Wujka na radio- i chemioterapię, sama ze sprzątaniem na dwa domy, zakupami na dwa domy, czasami gotowaniem obiadów, praniem i prasowaniem, sama z autem, które nie przeszło przeglądu i warsztat, i znowu warsztat, i przegląd, i bujanie się dwoma autami, zawieź, odwieź, mamą, której kardiowerter - defibrylator zadziałał i karetka, szpital, kardiokłopoty i niedługo operacja. A zaznaczam, że pracuję i z dojazdami - wydłużonymi z racji remontu drogi - zajmuje mi to 10 godzin dziennie. Nigdy jeszcze tak nie harowałam. A ostatni raz tak zmęczona byłam 3-4 miesiące po urodzeniu Młodej, kiedy niemal zupełnie nie sypiałam i ze zmęczenia płakałam po nocach.

    Z racji tego wyczerpania nie ma się co dziwić, że pseudo - związek z sąsiadem nie miał szans na rozkwitnięcie, tym bardziej, że doszły do tego jeszcze inne kwestie. Wracam z tego młyna do domu spompowana, ledwo szurająca nogami, a tu telefon - wpadniesz na kolacyjkę? po czym okazywało się, że muszę sama tę kolacyjkę dla niego i dla siebie zrobić. Pojedźmy na psi piknik, niech się Mirka pobawi i posocjalizuje z innymi pieskami - nie, będę się tam nudził. Po grzybach - pojedź do mamy po suszarkę, a ja w tym czasie zrobię obiad - nie, wiesz, ja już teraz jestem głodny, jadę do miasta coś zjeść, zresztą nie znam twojej mamy. I poszedł, a ja zostałam z 2 torbami grzybów, bez suszarki i bez obiadu. No i dramat totalny - sprawy intymne. Raz w życiu chciałam być porządna i związek oprzeć i zacząć nie od seksu, i to był głupi błąd. Okazało się, że pod tym względem nie pasujemy zupełnie, i żadne rozmowy, prowadzone na spokojnie, bez presji, krzyków i żądań, nie pomogły. W pewien niedzielny poranek, bez szans na finał, niedopieszczona, niedokochana, wymęczona, sfrustrowana i niezrozumiana, wstałam, rozpłakałam się i wyszłam tak jak stałam. Nie goniły mnie żadne pytania, żadne - ale o co chodzi, co się stało, wróć - nic z tych rzeczy, co tylko mnie upewniło, że to nie jest TO i od początku nie było, chociaż, kurde, kurde, żal straszny tych sprzyjających okoliczności.

    Ja mam bardzo wyraźne oczekiwania, co by mnie uszczęśliwiło teraz. Facet na weekendy - pracujący, zwyczajny, mający też swoje hobby, dzwoniący w tygodniu i interesujący się mną, spędzający ze mną czas od piątku do niedzieli, ale potrafiący i mogący wspomóc w tygodniu i korzystający z ewentualnych kradzionych środowych wieczorów - na przykład. Niepalący z takich większych wymagań. I tyle - czy naprawdę za dużo wymagam? W tych okolicznościach nie mogę z siebie nic więcej dać. Śmiech bierze, jak mało zostało z listy idealnego faceta, sporządzonej jeszcze pod starym adresem :D Jak to wiek i życie weryfikuje wymagania, nie?:D

    I żeby już mnie znał i wszystko o mnie wiedział, żebym znowu nie musiała przechodzić przez to całe poznawanie się, co już bywa męczące :)

    Kończąc temat wymęczenia, z urlopu zużyłam już grubo ponad połowę, a nadal nie miałam ani jednego dnia, kiedy bym się w spokoju wyspała i odpoczęła, i żeby nikt nic ode mnie nie chciał. I nie zapowiada się na to.

    Młoda, jako się rzekło, do szkoły. Nie wiem, kto uwierzy, ale matura w tym roku. Naprawdę. Nie wiem jak przeżyję najbliższe miesiące, z naciskiem na maj, ale zdaje się, że miliony matek już to przeżyły, więc może i mnie się uda. Na razie, dzięki obecności Młodej, wróconej z wakacji, nie odpoczywam może, ale już się tak nie zarzynam. Może i bym uderzyła znowu do sąsiada, ale wspomnienie tych strasznych, żenujących chwil w łóżku mnie skutecznie powstrzymuje. Nie, nie, ja mam 43 lata, a nie 83, żeby na coś takiego się godzić. Jeszcze przede mną pół życia, mam nadzieję, że spędzonego na wesołych rozrywkach :D Do nich należą także rozrywki typu kulturalnego. Jakież cudowne koncerty były w tym roku w okolicy! nie zważając na zmęczenie, uporczywie uczestniczyłam w każdym, gdzie tylko mogłam, bez narażenia na szwank opieki nad mamą, wujkiem i psem. Chociaż na koniec już tylko w tych, co były blisko, bałam się, że wracając w nocy usnę za kierownicą, po prostu. Na kolejne mam już bilety, zawsze dwa, jak nie jakiś miły, kulturalny pan, to z Młodą pójdę. No weźcie, ile razy w życiu mogę mieć szanse obejrzeć Jezioro Łabędzie w wykonaniu rosyjskiego baletu? Inne pozycje, np Credo Henriego Seroki w wykonaniu Chóru ze Szczecina i Orkiestry Filharmonicznej z Koszalina, poruszył mnie tak, że rozryczałam się jak bóbr, to coś, co na długo zostanie mi w sercu i chcę znowu, i Baltic Neopolis Orchestra z Pamelą Tan i Vasco Vassiljevem, co za aranżacje! i wiele innych...

    Za tydzień znowu impreza integracyjna w firmie, tym razem motyw cygański. Korzystając z rozlicznych znajomości wypożyczyłam ORYGINALNY cygański strój, okazało się, że ciężki jest jak cholera, chociaż przepych, diamęty [celowo, żeby nie było, że pisać nie umiem], kryształy, złoto aż kapie, falbany, cekiny, wszystko idealnie w moim wiadomo że spaczonym guście :D  czuję, że to będzie zabawa życia :D

    Ej, a kto oglądał pierwszy odcinek nowej serii Rolnika? Jestem zdecydowanie fanką tego programu. To są zupełnie prawdziwi ludzie, szukający zwyczajnej miłości, swojego celu w życia, chcący założyć rodzinę. Uczestnicy bardzo obiecujący - nie widzę kandydata na wkurzającego grymaśnego dziadka, aczkolwiek widzę wkurzającego, nawiedzonego małolata... jednak nie zdziwiłabym się, gdyby to akurat w jego przypadku misja skończyła się sukcesem. Mnie w oko od razu, przy pierwszym pilocie, wpadł w oko Marek, bałaganiarski rolnik z synem, którego obejście jako żywo przypominało moje mieszkanie za czasów po rozwodzie, czyli totalny chaos i nieogar. Ale gościu na maxa sympatyczny i gdyby nie moje własne problemy i absolutny brak mobilności, napisałabym do niego. Aaaa... no i wtedy jakoś sąsiad pojawił się był na horyzoncie, całkiem zbędnie zresztą. Będę kibicowała temu Markowi, zresztą im wszystkim życzę głęboko znalezienia tej właściwej osoby.



    Komentuj (22)



    wakacje

    02 lipca 2016, 14:44

    Tak bardziej dla kronikarskiego obowiązku, niż z jakiejkolwiek przyczyny, aby odmeldować, i mieć na pamiątkę, co się w życiu dzieje..
    Źle się dzieje. Wujek po radioterapii i chemii bardzo jest słaby, leży całymi dniami i zwija się z bólu, albo śpi, a jak wstanie, to ledwo chodzi, z powodu sterydów ma podrażniony przełyk i jedzenie czegokolwiek powoduje ból, więc wujek, zawsze filigranowy i drobniutki, chudnie w oczach. Staram się gotować jakieś mięciutkie, a pyszne rzeczy, ale mało to daje. Przygnębia mnie to okropnie, nie wiem co poradzić, pije nutridrinki, ale też niewiele... co, kroplówkę odżywczą mu dawać? Liczę na to, że to nie efekt terminalny tego zasranego raczyska, tylko pośredni leczenia.

    Mirka już na stałe mieszka u nas, boże drogi, jaki to słodki i kochany psiak jest, ale spowodowało to niespodziewaną konsekwencję w postaci tego, że moje rozrywki w postaci koncertów są mocno ograniczone - pies jest bardzo rodzinny, bardzo społeczny i bardzo towarzyski, źle znosi pobyt samej w domu - potem jest smętna i osowiała, po co. Szczęśliwie życie kulturalne tu na miejscu także jest dość bogate, więc spoko. Psa, żeby się wybiegał, trzeba wywozić do lasu autem, ale sunia ma już 8 lat, i chociaż po diecie u nas schudła, to stawy, uszkodzone i operowane za młodu dają o sobie znać. Sąsiad zbudował więc elegancką rampę, po której Mirka może sobie wejść po auta, tylko, że nie chce, bo się boi przepaści z boku rampy. Czuję, że czekają nas długie treningi.

    Młoda w pracy nad morzem, w tym roku pracuje na prawo jazdy. Czuję się dumna, że kontynuuje rodzinną tradycję, oby potem nie było tak, że będzie 15 lat przerwy i prawo jazdy będzie tylko bezużytecznym kartonikiem.

    Z sąsiadem całkiem spoko. Robi takie rzeczy, jak z tą rampą dla Mirki, że och, ale zaraz potem powie coś takiego, co mnie osłabia i nic nie mówiąc, jestem wściekła, zaciskam zęby i udając, że jest ok, wychodzę, przy czym zazwyczaj są to pierdoły i tylko dlatego się wściekam, bo nie jest tak jak ja bym chciała i potem mi przechodzi. Żadnych motylków, żadnej chemii, żadnych fajerwerków nie ma i chyba już nie będzie, cały ten etap nas ominął i teraz się czuję trochę tak, jakbym wskoczyła w stare wyciuchane kapcie, miękkie wygodne, spoko, ale nie wzbudzają emocji jak nowo zakupione szpilki, które wydłużają nogę, świetnie leżą na stopie, mają wyjątkowy kolor i pasują do ukochanej sukienki. Może to i lepiej, nie ma emocji, nie ma kłótni, nie ma powodów do zerwania, a wygoda ogromna, naprawdę. Nareszcie ja jestem wożona, a nie kogoś wożę, Sąsiad mało mówi, ale słucha i słyszy, co się do niego mówi, dostaję kwiatka czasem, miewam seks, czasem nawet udany, i chodzę do kina i teatru z kimś, kto ma garnitur i nie wstydzi się go użyć. A poza tym ma spoko podejście do Mirki i Młodej i nie zabił mi psa, kiedy okazało się, że Mirex postanowiła spędzić noc zamiast w specjalnie kupionym legowisku za miliony - na jego nowiutkiej kanapie. Co prawda trochę dziwnie być z kimś starszym od siebie - zawsze młodszy, mąż 2, L 8, Ogień 4, cała reszta też raczej młodsza, ale dobra tam. Przynajmniej czuję się młoda i ponętna ;)

    W poniedziałek rozprawa o podniesienie alimentów od ex-teściowej, jako, że exmąż, nie, nigdy, nadal nie i w ogóle, a sprawa złożona w sądzie okręgowym o zagraniczną egzekucję alimentów zamarła jakoś. Jej też w Polsce nie ma, ale ma polską emeryturę. Jak jej komornik na tę emeryturę konkretnie wsiądzie, to może zaraz się wszyscy ujawnią.

    Komentuj (7)



    powodzie wszedzie...

    01 czerwca 2016, 10:18

    Takie szybkie pytanie... Czy ktos tu jest z Paryża i moglby przenocowac moja corke 5-12 czerwca, i mieszka z dala od terenow zagrozonych powodzia? Cos uslyszalam ze tam kataklizm sie dzieje... I nawet nie wiem, jakie sa w tych warunkach szanse na zwiedzanie czegokolwiek bez pontonu;)


    albo w ogole gdziekolwiek w przyszlym tygodniu, byle poza Polska, bo moge przebukowac bilef

    Komentuj (5)



    upodobanie do muzyki

    26 maja 2016, 10:25

    Jesienią i zimą wegetuję. Przychodzę do domu po pracy i załatwieniu wszystkich spraw, wizycie u mamy, psie, zakupach, czasami chórze, zakopuję się po kołdrą przed tv czy lapem, i trwam w ogrzewającym półśnie, czasami z termoforem, aż mnie sen nie zmorzy. Od całkowitego marazmu ratują mnie obowiązkowe wyjścia na próby chóru i z rzadka jakiś koncert, który potem przeżywam tygodniami. Ale - kiedy nadchodzi wiosna, robi się ciepło i jasno, robię wszystko, aby tylko się wyrwać z domu, zachłannie łapię wszelkie okazje do wyjścia na koncert, pokaz, imprezę, kino, COKOLWIEK, aby tylko wykorzystać czas ciepła i jasności, że nie muszę ubierać się grubo, aby w ogóle przeżyć. No i w maju się zaczęło, sypnęło imprezami, organizowanymi z różnych przyczyn w okolicy. W zeszły weekend zliczyłam 5 wyjść - piknik lotniczy, koncert gwiazd i 3 x kino, w ramach projektu, organizowanego przez grupę młodzieży "W starym kinie". To był pokaz, dzień po dniu, starych filmów "Doktór Murek", "Historia Żółtej ciżemki" i "Matka Joanna od Aniołów". Jak dla mnie, trafione w dziesiątkę, nawet ostatnio rozmyślałam sobie o tym, że kiedyś było w TV taki program w niedzielę, też "W starym kinie", prowadził taki gościu w czarnych okularach, i był chodzący człowieczek w czołówce, ale wtedy nie to kompletnie nie interesowało, a teraz chętnie bym takie filmy oglądała. No i co powiecie - kino było pełne! Ludzie lubią takie filmy... tym bardziej, że wejściówki były za darmo, jak w zasadzie wszystkie imprezy w weekend, na których byłam. Poszłabym znowu!

    Wczoraj pojechałam z Młodą na koncert młodziutkiej śpiewaczki klasycznej Wiktorii Wizner, utalentowane dziewczę, nie ma co, chociaż na jednej arii, co do której była mowa w zapowiedzi, że trudna, niestety poległa, ale ma wdzięk, klasę, umiejętności, ciężko pracuje i bardzo mi się cały występ podobał. Podobało mi się, że, chociaż młodziutka, wie, że jednym z ważnych elementów w takich koncertach, są kreacje śpiewającej gwiazdy, i pod tym względem również prezentowała się nienagannie. Jej występ wywołał we mnie refleksję. Bardzo, bardzo czuję wewnątrz, że chciałabym śpiewać, że to może to, co powinnam była robić w życiu, ale jakoś nie odkryłam tego wcześniej. Skończyłam szkołę  muzyczną, ale okupiłam to ciężkim wysiłkiem i pracą, bynajmniej nie sprawiało mi to wtedy przyjemności, ani nie widziałam w tym upodobania, a po dyplomie z nienawiścią trzasnęłam klapą od pianina, żeby już nigdy więcej jej nie otworzyć - czego żałuję teraz bardzo, bardzo. Cieszę się, że chociaż w chórze śpiewam, jednak chciałabym więcej w życiu śpiewać, mieć do czynienia z muzyką, chyba kupię sobie keybord i za pomocą youtuba zacznę się dokształcać :D nowe zajęcie na jesień i zimę. Jak to się stało, że wcześniej nie odkryłam tego w sobie? Kiedyś, pamiętam, w starej pracy, jeden rolnik mi zaproponował pracę w zespole takim wioskowym weselnym, wtedy nie mogłam, bo Młoda była maluśka, a ja studiowałam w weekendy, ale och, gdyby mi ktoś teraz coś takiego zaproponował, wzięłabym z pocałowaniem w rękę, co tam, że kolorowe jarmarki i jesteś szalona! Byle śpiewać, byle grać, byle słuchać!

    Pamiętam, że kiedyś, w szkole muzycznej, czekałam na coś w auli, i na scenę, gdzie zawsze stał fortepian, wyszedł dyrektor szkoły, szalenie sympatyczny człowiek, i ot tak, z biegu, zaczął grać "Sealed with a kiss" Jasona Donovana, jakoś to był wtedy hit. Byłam w szoku, że tak można, jakie to piękne, cudowne i w ogóle, że usiadł i gra! Ale - przez całą szkołę muzyczną nikt mi nie powiedział, ani nie pokazał, jak to robić, żeby nie tylko grac mozolnie z nut etiudy i sonatiny, ale umieć dobrać akordy i pasaże odpowiednie, ot tak, ze słuchu. Niby na umuzykalnieniu [taki przedmiot] stary nauczyciel coś mówił o kontrapunktach, ale nie miałam pojęcia, co to i do czego służy i ogólnie jedyne co mi się podobało to zajęcia z identyfikacji utworów muzycznych. Na końcu każdej lekcji mieliśmy wysłuchać 3 utwory, a raz w miesiącu była z  tego klasówka i zawsze miałam piątki. A teraz w trakcie chóru w przerwie czasami nasz dyrygent tak sobie ot podgrywa coś tam z biegu, a ja z zaciśniętymi zębami siedzę i słucham, aby tylko po sobie nie dać poznać, jakie to robi na mnie wrażenie. No, ale to pewnie tygodnie, miesiące i lata spędzone tylko za fortepianem, a nie z maluchem w domu, wiecznie w pogoni za jakimś facetem, za pracą, kasą, w rozdarciu między sprawami i domem swoim, mamy i ojca.

    Chcę graaaać i chcę śpiewaaaaać!!!! [nie znaczy to, że umiem i powinnam, ale chcę:)]

    Dziś nasz chór śpiewa dla takiego zespołu, które gra pop-oratorium, jakież to są świetne melodie i jaka jestem szczęśliwa, że mogę brać w tym udział i być częścią takiego przedsięwzięcia:)

    Sąsiad na razie dzielnie wytrzymuje te koncerty. Chociaż wczoraj się poddał :D Nikt nie mówił, że ze mną jest łatwe życie, trzeba się nabiegać;)

    Komentuj (9)



    majówka

    14 maja 2016, 08:15

    Ale wtopiłam wczoraj. Tych koncertów w maju narobiło się od groma, więc kombinuję jak mogę, aby się załapać na co się da. Jakoś tak mam, że całą jesień i zimę wegetuję w domu pod kołdrą, więc odruchowo, jak tylko robi się ciepło, wyrywam się z domu, aby korzystać z osiągnięć kultury. Łatwo nie jest - Wujek, wiadomo, wymaga teraz sporej pomocy w wożeniu po szpitalach, zabiegach, Mama w związku z tym wymaga pomocy w zakupach i wyprowadzaniu psa, ojciec zażyczył sobie, aby mu załatwić emeryturę, więc zgadnijcie, kto traci czas w ZUS-ach, gdzie każdy oddział udziela innych informacji, często ze sobą sprzecznych, chciałabym także spędzić trochę czasu z własną cudowną córką, więc na nic nie mam czasu. Ale wolę tak, niż zimową stagnację przed kompem. No i wczoraj miał miejsce jakiś koncert z muzyką "eksperymentalną, szamańską, dawne zapomniane rytuały plemiennie, połączone z nowatorskimi wizualizacjami. Brzmi ciekawie, nie? Nie miałam z kim, więc z Młodą w auto i jedziemy. Niefortunnie zaczęło się właśnie od tej eksperymentalnej muzyki. Nie wiem, co trzeba mieć w głowie, aby coś takiego tworzyć. Ja, wielbicielka składnej, harmonicznej, poukładanej muzyki klasycznej, nie widzę w czymś takim żadnego sensu. Brzdąkanie, charczenie, wycie, z rzadka jakiś ślad dobrego bitu, wiercenie w mózgu, zryta bania, do tego wizualizacje bardzo prymitywne i nie mające związku z graną muzyką - chociaż słowo "muzyka" jest tu bardzo na wyrost. Uciekłyśmy z Młodą w trakcie przerwy, nie czekając na szamańskie rytuały, może to błąd, ale ja już potrzebowałam pilnie odetchnięcia i normalności. No co za strata 10 zł.

    Od wczoraj ma padać, co witam z ulgą, bo ileż można szaleć ze szlauchem. Jednak pogoda o tym chyba nie wie, że miała się zepsuć, bo nadal słoneczko i ciepło. Chyba pojadę na myjnię samochodową, to niezawodny sposób na wywołanie deszczu. 5 m2 pod moim oknem zaczyna się pięknie zielenić w grządkach. Postawili nam w końcu - po roku mojej pisaniny do ADMu - siatkową wiatę na śmietniki. Całkiem elegancka. Od mojej strony Młoda pod moim światłym nadzorem przywiązała sznurki równiutko, a pod wiatą posadziła nasiona fasolki i groszku pachnącego, z odzysku po zeszłorocznym sianiu. I co powiecie? wszystko ruszyło i rośnie jak szalone, ku mojemu, mimo wszystko zdziwieniu. Już sobie wyobrażam - pachnącą, kolorową ścianę zamiast śmierdzącego śmietnika zakrytego wiatą. Konstrukcja z zeszłego roku też zapowiada się dobrze, kwiatki wysiane w równych rabatkach, zamiast luzem w szale ogrodniczym, pilnie baczę, czy nigdzie aby pomidory nie kiełkują, żeby je zaraz skancelować.

    Sąsiad z bliska, pomimo wielkiej awantury, nie odpuszcza i bardzo chciałby, abyśmy jednak, mimo wszystko, zostali dobrymi sąsiadami i przyjaciółmi. Pewnie, na to mogę przystać, dopóki daję z siebie tyle ile mogę, a nie jestem obrywana po kawałku z czasu, którego nie mam. A więc naprawa zasilacza, zerwanego naszyjnika, obiadki wspólne i film przy kawałku ciasta. Plus moje odpieranie jego zaczepek. Może to zabrzmi brutalnie, ale dopóki wszyscy nie poumierają, a Młoda nie pójdzie na studia, to ja nie widzę dla siebie szans na stworzenie stałego związku z kimkolwiek. Bo chóru KURDE nie odpuszczę. Jak ja sobie lubię tam pochodzić i pośpiewać, mimo, że wyrywa mi to 2-4 godzin cennego czasu w tygodniu + koncerty - no właśnie, niedługo znowu śpiewamy koncert, albo dwa, już czuj satysfakcję i z automatu pojawia mi się uśmiech na buzi. Tak myślę, że jak jest coś, co mnie cieszy, co raduje,  jest dla mnie odetchnięciem i czystą przyjemnością, to chyba trzeba się tego trzymać i nie odpuszczać mimo trudności. Tak sobie myślę, jak już Młoda skończy liceum i nie będzie ze mną dojeżdżać, to może uda mi się wyżebrać w pracy zmianę godzin na 7-15 - mi bardzo brakuje tej jednej godziny po południu, mimo, że to już ponad 9 lat, jak tu pracuję. [ależ ten czas leci].

    Idę nabyć ser celem zrobienia sernika - po kawałku do filmu z sąsiadem, heh.

    Miłego weekendu, Mordki.

    Komentuj (3)



    klasyka

    29 kwietnia 2016, 19:37

    Już od jakiegoś czasu jaram się muzyką klasyczną. Już ten chór mnie tak wciągnął, a jakiś tam sentyment do muzyki klasycznej został mi we krwi po szkole muzycznej, ale teraz to już jazda na całego. Nie omijam żadnego koncertu w pobliżu, oczywiście nie stać mnie na abonament do pobliskiej Filharmonii, ale ichniejsza orkiestra, którą wysoko cenię, często gra wyjazdowo, w tym i u nas, z towarzyszeniem rozmaitych solistów. Ostatnio był to tenor Dariusz Stachura. Jutro jadę na koncert dwóch połączonych chórów, w ramach pracy dyplomowej dyrygenta, więc spodziewam się ciarek. Mam już kupione bilety na galę operową w lipcu, nie wiem z kim pojadę, ale pojadę na pewno.

    Mam w domu trochę płyt z najlepszymi hitami, dziecko mnie otworzyło na wynalazki w rodzaju Open Fm, z kanałem klasycznym i zawzięcie słucham, ciesząc się własną znajomością dużej części utworów i poznając nowe. Nowe w sensie nieznane hity, bo wiekiem to one mają po parę setek lat.
    I tak na przykład, najzajebiściejsze nuty, pomijam tu najbardziej znane, chociaż zapewne dla znawców i poniższe żadną nowością nie są;) Ale też nie na tyle znane co Pachelbelle, Eine Kleine Nicht Musiki, Bolera Ravela, Symfonie Losowe, Carmeny Bizeta i inne Toccaty i Fugi d-mol, które zna dosłownie każdy :)

    Link 1  - Bach, Koncert A-dur, BWV [to taki rejestr Bacha] 1055
    Link 2 Bacha Trzeci Koncert Brandenburski G-Dur BWV 1048
    Link 3  Bacha Jesu Bleibet Meine Freude BWV 147
    Link 4 - Mało znany Delibes, Lakme, Duet Kwiatów, boska Elina Garancia, ale i Anna Netrebko w dobrej formie.
     

    Na południu często koncertuje zespół Sonori, polscy i inni soliści, mamy świetne głosy w kraju! Najbliższe koncerty Włocławek, Szczawno, Zgorzelec - u nas dopiero w listopadzie:( Ale jak ktoś mieszka blisko, polecam, polecam...

    Bach rządzi.

    Jak macie jakieś swoje hity to dawajcie :)

    Komentuj (8)



    wróciłam i nie wybuchłam

    23 kwietnia 2016, 16:00

    Super, pojechałam i wróciłam, nie wybuchając po drodze. Jednakowoż da się wyczuć wzmożona kontrola na lotnisku - zostałam wytypowana do kontroli osobistej, za parawanem do majtek, mało tego, walizka sprawdzona specjalną szmatą przeciwbombową i wrzuconą potem do maszyny. Podejrzewam, że to moja śniada cera i arabskie rysy twarzy ich do tego nakłoniły [dla niezorientowanych - to sarkazm, blondyna do białości niemal, i twarz równie biała, bo z racji ostudy smaruję się non stop kremami spf50]. Podobnie przed wejściem na targi, do hoteli i restauracji, wszędzie bramki, skanowanie ciała i wywalanie torebek. Czasu nie miałam wolnego w ogóle, udało mi się przejśc koło JEDNEGO czynnego sklepu, gdzie nabyłam dwie kawy i cztery czekolady, że niby mamusia w Paryżu była. Plus breloczek za milion złotych w wolnocłowym na lotnisku...

    Oczywiście zimno, ale bardziej wiosna niż u nas. Zieleniej:) Mieszkałam w hotelu, który w sumie był bardzo blisko targów, 6 przystanków tramwajem. Sam hotel wyglądał jak Warszawa w 1947, ale to tylko złudzenie, bo w trakcie rozbudowy. W środku malutkie, ale urocze pokoje, z wyposażeniem niby że z Bajek z 1001 Nocy. Wielkie łóżko niemal na wielkość pokoju, zdobienia, metaloplastyka, przepych, ornamenty wschodnie, czułam się niczym Szeherezada :D Krzesła w stołówce w kształcie płomieni i takiż żyrandol:D Ale hotel bardzo czyściutki, cichy, działające ogrzewanie, super obsługa, więc nie miałam doprawdy na co narzekać, tym bardziej, że sama rezerwowałam.

    Inteligentnie wzięłam ze sobą dwie pary szpilek. Więc chociaż obydwie pary wygodne i fajne, to jednak po 12 godzinach biegania każdemu by zdechły nogi, nie? Nie tylko durnej blondynce, co to żadnych wygodnych butów ze sobą nie wzięła.

    Przed wyjazdem poznałam tego pana, co blisko mieszka, nie? No więc był tak natrętny w wypytywaniu, kiedy w końcu pójdziemy do łóżka, albo chociaż się pocałujemy, tak nachalny w bardzo niewybrednych dowcipach, że w końcu rzekłam twardo - nie lubię seksu i go nie uprawiam, i z nim też nie będę, a w ogóle to niemoralne i co on sobie wyobraża, znamy się dwa tygodnie, a on już mnie tu widzi w swoim domu, na własność i dmuchać chce. Ale chętnie będę w przyjacielskim układzie. Na co pan dostał furii i odmówił w ogóle, mimo bliskości i sprzyjających okoliczności. Och, gdyby on tylko wiedział, gdyby znał moją historię z Ogniem, gdyby wiedział, jaka potrafię być, jak się mnie nie naciska i nie osacza chorymi dowcipami wątpliwego lotu! [mówię o hodowanych kwiatach, a on z obleśnym uśmiechem, jak to dobrej gospodyni wszystko w rękach rośnie - taki przykład]. Źle się koło niego czułam, miałam ochotę uciec, a gdy mnie przytulał na dzień dobry, sztywniałam cała, marząc o natychmiastowym odsunięciu się na co najmniej metr.

    Nie wiem, ja się już chyba nie nadaję do klasycznych związków, mam nawyki starej panny, nie chcę mieszkać z facetem na stałe, nie chcę się do niego wprowadzać, ani wprowadzać jego do mojego świętego sanktuarium, chcę się widywać z nim w weekendy i jeździć na koncerty, i może sobie patrzeć, jak kopię działkę, a sam w tym czasie dłubać coś w piwnicy, i to wszystko. Nie chcę być CZYJAŚ, żeby ktoś sobie rościł do mnie prawo własności i pretensje, że coś jest ważniejsze od niego - kurde, wracam do domu po pracy, odwiozłam Młodą do pracy na weekend, poleciałam do Mamy ogarnąć i zrobić zakupy, zakupy do domu, wracam o 19, a ten już z pretensjami, że czemu nie chcę do niego do domu wpaść na kawę czy coś, mówię, że chcę pobyć w domu i ogarnąć parę spraw, a na to foch - coś jest ważniejsze od niego? TAK KURWA , aż miałam ochotę zawyć. Ważniejsze jest moje wyciągnięcie nóg na własnej kanapie. Dwa tygodnie się znamy z czego tydzień mnie nie było, na boga jedynego! aha, no ale już się nie znamy. Było minęło. Nie, ja chyba podziękuję za szukanie tego jedynego, nie jestem w stanie nikomu dać siebie więcej niż tylko troszkę. Nie chcę być w żadnym stopniu zobowiązana.

    Dziś na spokojnie wysprzątałam domek, z myciem okien i praniem firanek, najpierw u mamy, potem u siebie, coś czuję, że odkurzanie u mamy da mi popalić w plecy, dobrze, że u siebie mam malutkie bieżniki do trzepania i tylko panele, które raz dwa się zamiata i mopem jedzie bez kłopotu.

    W lumpku kupiłam zarabistą spódnicę na lato, kremową, taką ciut elegantszą do pracy, i od razu ją uprałam. Zmniejszyła się trzy rozmiary, i dopiero potem zobaczyłam "ONLY DRY CLEANING" heh. Blondynka. Dobrze, że tylko 2 zł kosztowała, mniejszy żal.

    Komentuj (7)



    jadę

    10 kwietnia 2016, 19:27

    Jutro ten wyjazd służbowy do Paryża. Dostałam typowego Raisefiebera, jakkolwiek się to pisze. Od kilku dni budzę się przed piątą i zastanawiam, co by tu jeszcze sprzątnąć, uprać, poprasować, może inne ciuchy, i czy aby na pewno nie wybuchnę. Podświadomie obawiam się, że jakbym wybuchła w samolocie czy na lotnisku, czy cokolwiek, TFU, to już widzę procesję rodziny, nie wiem, może urzędników do domu i co, bałagan i brud, więc nie, nie, wolę sprzątnąć w nadmiarze. Łatwo nie jest, Wujek ostatecznie wylądował na onkologii w szpitalu, po półtora roku chodzenia od jednego konowała do drugiego i czeka na pobranie szpiku, wstępnie zdiagnozowany szpiczak mnogi, KURWA MAĆ. Trzymamy wszyscy kciuki za Wujka, kto wierzy, niechże poświęci mu jedną modlitwę. W międzyczasie Mirka jest u nas, bo Mama sama by nie dała rady, i pobyt Mirki u nas wymusza coraz to kolejne sprzątanie. Dziś posprzątałam ostatni raz i już koniec, trudno, jutro Mirka wraca do Mamy, wraz z Młodą, na czas mojej nieobecności.

    Denerwuję się, dużo mam na głowie, zarówno w związku z czekającymi mnie obowiązkami, jak i koniecznością myślenia, co tu. Zmieniłam oponki na letnie, także w Wujka aucie, po czym okazało się, że przegląd się właśnie skończył, będę musiała załatwić to jakoś po powrocie, włącznie z ubezpieczeniem, które też się kończy.

    Czas Ognia w moim życiu definitywnie się skończył. No nie udało nam się, na koniec już nie byliśmy w stanie spędzić ze sobą godziny bez awantury, wzajemnie działaliśmy sobie wzajemnie na nerwy. Było minęło. Szkoda, z rozrzewnieniem wspominam ten stan upojenia hormonalnego z czasów początku znajomości, ach, cóż to był za ogień w lędźwiach, duszy, sercu, ciele, cóż za wspaniałe uczucie orbitowania, tęsknię do tego bardzo. Poznałam już trzech miłych Panów, jednemu daję szansę, bo jest spokojny, rozwiedziony, niepalący i mieszka bardzo blisko, co ułatwia sprawę, ale to nie to samo. Teraz muszę nauczyć się budować jakiś trwałe, długie uczucie, bez ognia, iskier, motyli, fajerwerków, adrenaliny, szału, ble, jakie tu nudne :D ale może z czasem powstanie coś głębszego, w końcu nie od razu Kraków zbudowano, nie? I może nie tylko łobuz kocha mocniej. Może ten spokojny też chwyci za włosy i pociągnie chociaż z raz:)



    Komentuj (8)



    myjnia

    29 marca 2016, 20:22

    Ja bym chciała wiedzieć, jak często myjecie samochody i czym? Kurczę, ja, szczerze, jeżdżę do myjni automatycznej, bo tej ręcznej nie jestem w stanie odgadnąć i nie chce mi się jej zgadywać, robię to jakoś raz w miesiącu i cholera, moje auto jest zawsze najbrudniejsze ze wszystkich tym bardziej, że to auto pracujące, wozi do pracy mnie, do szkoły Młodą, wszelkie zakupy małe i duże, przeprowadzkę niejedną też nim zrobiłam, no i przede wszystkim służy do wożenia psa na spacery oraz od Mamy i do Mamy. Ale nie chce mi się wierzyć, że inne auta tak regularnie są myte częściej, bo jakoś nigdy tłumów przed myjniami ani korków nie widzę, co musiałoby mieć miejsce przy takiej ilości samochodów w tym kradziejskim mieście. Więc co do cholery.

    Oczywiście na Wielkanoc piękna pogoda, trzeba zrobić auto na wiosnę. Więc myjnia, odkurzacz, worki na śmieci, szmata i wiadro z wodą na wnętrze, framugi, drzwi, chusteczki nasączone woskiem na deskę rozdzielczą, psikacz waniliowo-bzowy, auto lśni przez całe 4 godziny, po czym przychodzi mokry wieczór i deszczowy wtorek, jazda do pracy najpierw za tirem, a potem za dostawczakiem bez błotników i całe to mycie mogę sobie wsadzić wiadomo w co. Kocham tę naszą osraną pogodę. Nie rozumiem, dlaczego akurat moje auto jest zawsze najbrudniejsze... tyle ich jeździ. Ludzie mają prywatne myjnie pod domami czy co?

    Dobrze, że chociaż bociany już są:)

    Komentuj (16)



    seriale polskie

    20 marca 2016, 09:23

    Serialami zachłysnęłam się od momentu, kiedy w jakiejś Gali czy czymś takim, przeczytałam wywiad z twórcą "Skazanych na śmierć", że niby niedługo będzie u nas, jacy bohaterowie, że popularność na świecie szalona, tatuaże, tematyka dotychczas trochę tabu, itd. O kurczę, pomyślałam, obejrzałabym, tym bardziej, że prezentowany na okładce bohater, prężył niemal nagie, umięśnione, wytatuowane  ciało, miał mroczne spojrzenie, piękny był jak burzowy poranek i w ogóle tryskał samcem alfa. No matko, musiałam to obejrzeć. No i poszło - okazało się, że na Zachodzie serial już w całości wyszedł, więc cały sezon obejrzałam z zapartym tchem zanim w ogóle w Polsce ten szumnie zapowiadany 1 odcinek w ogóle został wyemitowany.
    Aż mnie zatchnęło, mówię Wam! nie spałam nocami, a jak już usnęłam, to śniły mi się ciemne korytarze amerykańskiego zakładu karnego i labirynty, wśród których tylko dzielny Michael Scofield mógł się zorientować na podstawie fragmentów swego - znowu! - nagiego ciała. Pomysł sam w sobie przedni, naprawdę wyjątkowy i z zapartym tchem śledziłam losy bohaterów aż do początku czwartego sezonu, kiedy to straciłam rozeznanie, kto co komu jest winien, kto co musi załatwić i dlaczego. To chyba wtedy był ten słynny hollywódzki strajk scenarzystów który położył masę seriali, nie?
    Zaraz za tym poszedł Lost i inne, już zapomniałam jakie seriale. Ale wiele nocy popłynęło i wiele gigabajtów się przetoczyło. Komediowe, sensacyjne, koniecznie sci-fi, niektóre oglądałam kilka sezonów pod rząd, żyjąc życiem bohaterów i wczuwając się w ich troski, z innych rezygnowałam po 1-2 odcinkach, nie mogąc jakoś wzbudzić w sobie zainteresowania.
    Starannie omijałam wszelakie polskie produkcje, w założeniu, że doprawdy nie ma co oglądać, podobnie jak nie oglądam polskich filmów i rzadko czytam polskie książki. Nie podoba mi się, że ciągle widzę te same twarze, wszędzie, zawsze, w serialach, filmach, w reklamach, w wywiadach - no to wszystko to jakaś katastrofa, jak mam uwierzyć, że ta pani w filmie jest dobrą mamą, skoro widziałam ją w roli policjantki, prostytutki, nauczycielki, narkomanki, w reklamie banku, telefonów, ubezpieczeń, margaryny, butów i fundacji ratującej wieloryby.

    I tak mijały lata :)

    Aż wtem - Pakt! podsunięty przez znajomego sześcioodcinkowy serial na bazie szwedzkiego, o czym nie wiedziałam, zresztą nie zrobiłoby mi to żadnej różnicy. Niesamowity! Gęsta, nieco straszna atmosfera, świetnie poprowadzone wątki główne i poboczne, aktorzy, których w sumie w życiu nie widziałam [bo przecież nie oglądam polskich filmów], znakomita tematyka, i nawet nawiązanie do polityki, czego nie znoszę, nie przeszkadzało tu za bardzo. I znowu poszło... Pitbull, Krew z Krwi, Prokurator, Paradoks, same polskie kryminały, niekoniecznie najnowsze, ale jakie świetne! Jeju, ja nie wiedziałam, że Polacy umieją kręcić seriale kryminalne, a umieją! Mój telewizor ma takie magiczne coś, że są seriale i można legalnie oglądać. To mi pozwoliło przetrwać jakoś poprzednią zimę i tę zimę, i tak, będę znowu oglądać polskie seriale.

    Ale na serial, który ma więcej niż 30 odcinków we wszystkich sezonach łącznie, nikt mnie nie namówi.

    Za tydzień Wielkanoc, za trzy tygodnie Paryż i targi znowu, a potem to już wiosna będzie i znowu ciepełko :)
    Miłe, nie?

    Komentuj (11)




    Szablon wykonała Effy, pobrano z szablony.blogowicz.info
    Wspierane przez: Blog & dodatki na bloga.
    Grafika: Weheartit