• 2019

  • styczeń
  • 2018

  • 2017

  • 2016

  • 2015

  • 2014

  • 2013

  • 2018/2019

    01 stycznia 2019, 17:56

    Najważniejszą rzeczą w tym roku był zakup działki. Wymarzony. Działka dała mi dokładnie to, czego się spodziewałam i czego potrzebowałam - własną agroturystykę, sanktuarium, zaciszny kącik na świeżym powietrzu, w odosobnieniu, gdzie mogę grzebać się w ziemi albo nie grzebać się w ziemi, mając jednocześnie wodę, prąd i kibelek, ogień, łóżko, cień i psa na widoku. Teraz zaglądam tam czasami, krety rozkopały wszystko, ale poza tym – wchodzę tam i już czuję podkręcenie, ekscytację, oczekiwanie, kiedy już będę mogła wejść na działkę ponownie i COŚ robić. Dostałam od córki kalendarz ogrodniczy, ponadto, co za niespodzianka, jako nowy działkowiec, dostałam list gratulacyjny od związku, poradnik młodego działkowca i prenumeratę czasopisma Działkowiec na rok, byłam w pozytywnym szoku.

    Wróciłam z pracy w doskonałym nastroju, z miłym poczuciem dobrze przebytego roku, pełnego sukcesów w pracy, z perspektywą trzytygodniowego wolnego, świąt, prezentów, powrotu Młodej, seriali, filmów, kanapy itd. Niestety miał miejsce tak koszmarny konflikt z Młodą, jakiego chyba dotychczas nie było, i to totalnie popsuło mi wszystko, do tej chwili liżę rany. Na domiar złego w samego Sylwestra dopadła mnie jakaś wirusówka i od 2 do rana wisiałam nad kiblem, czego skutkiem są oczy z krwawymi wybroczynami, i takież wybroczyny na dekolcie, szyi i twarzy, ostatnio mnie tak szarpało w ciąży i przy porodzie. Ponadto połamało mnie jakieś lumbago, czy coś, z łózka ledwo wstaję.
    Jednak dobrze, że stary rok się skończył, bo ten finał mi popsuł wszystko. Nie umiem go oddzielić od reszty roku, tak fajnego.

    Wszystkie dobrego wszystkim życzę...


    Komentuj (9)



    chór alexandrowa

    17 grudnia 2018, 18:38

    Byłam na wymarzonym od wielu lat koncercie Chóru Alexandrova i był on po prostu CU-DOW-NY! Totalna perfekcja chóru - bardzo czysty śpiew, niesamowita dynamika [czy głośniej czy ciszej, kiedy wolniej, kiedy szybciej] - chciałabym kiedyś w takim chórze zaśpiewać. U nas niestety synchronizacja leży totalnie. Orkiestra - bardzo nietypowa, zero sekcji smyczkowej w ogóle, zamiast tego dziesiątki bałałajek różnych odmian, akordeony, których ja osobiście nie jestem fanką, ale tu jakoś nie gryzły. Do tego wszystkiego zespół baletowy, i znowu - synchronizacja, sprawność fizyczna, ciągłe uśmiechy na twarzy, brak oznak wysiłku - to wszystko mówi mi, jak potworne treningi są za nimi, jak wiele wysiłku ich to kosztowało, ile pracy w to włożyli. A jakim terrorystą musi być dyrygent i dyrektor całej grupy! To musi być jakiś maniak z niewiarygodnie wielką siła psychiczną. Zapłaciłam za bilet prawie dwie stówy w maju, w prezencie imieninowym dla samej siebie, i nie żałuję ani grosza, to była dobra inwestycja. Ale w ogóle jaki numer zrobiłam :D Kiedy kupowałam bilet, znalazłam sobie super bilet po środku, numer 15, z samego brzeżku, w 5 rzędzie, i cały czas rozsmakowywałam się w świadomości, że będę miała super widoczność. Weszłam na płytę - patrzę, jest moje miejsce, czeka na mnie puste krzesło z brzeżku, i nawet sprzęt rejestrujący był daleko z tyłu. A tu znienacka - w rzędzie przede mną siada wielki facet i niska kobietka - myślałam, ze się zagotuję od razu! Nachyliłam się i MEGA UPRZEJMYM głosikiem poprosiłam, żeby się zamienili miejscami - i się zamienili i wszystko widziałam :)
    A potem na koniec wstałam do wyjścia i okazało się, że w ogóle nie siedziałam na swoim miejscu, a numeracja była totalnie inna niż w momencie kupowania biletu,
    :O
    zaliczyłam niezłą konsternację. Niemniej koncert był wyjątkowy. Jakbym miała ponownie wydać kasę na bilet, to bym to zrobiła.

    Ale potem weszłam na fb poszukać opinii o koncercie i pokazała się opinia jakieś Ukraińca, która brzmiała mniej więcej tak. "Polacy, wstydźcie się. Jeśli Ukraina upadnie, to Polska będzie kolejna".
    I zmroziło mnie totalnie. Ja się bardzo boję wojny. A już igranie z Rosją i robienie sobie wrogów z Europy uważam za najgorsze co się dzieje - nie mamy nikogo, żadnego wsparcia, żadnego przyjaciela, z wszystkimi się kłócimy, a mieścimy się w samym środku tego kociołka. Putin jest nieobliczalny, to psychopata. No i faktycznie, w tym momencie wychwalanie Chóru Armii Czerwonej to jakaś głupota, chociaż bardzo staram się oddzielić kulturę jakiegoś państwa od spraw politycznych.

    Jeszcze miałam kupiony bilet na I spotkanie Klubu Filmowego, w sumie nie wiem o co chodzi, ale bilety były po 8 zł, stwierdziłam, że cokolwiek będą grali, to warto. Film miał tytuł MAGICZNA PODRÓŻ FAKIRA, KTÓRY UTKNĄŁ W SZAFIE. :D przed filmem pojawił się gościu, który rozpętał żywą dyskusję wśród wszystkich 11 widzów pt. Magia w życiu codziennym. Przetrwałam to jakoś, a film był naprawdę zabawny ;D

    Następny, za miesiąc, to film dokumentalny o życiu Marii Callas, jednej z najbardziej znanych śpiewaczek operowych, i oczywiście mam już bilet na II spotkanie Klubu Filmowego w cenie, nadal 8 zł :D

    A jeszcze oglądałam wybory Mister Supranational. Niespecjalnie było na kim zawiesić oko, w większości panowie o ciemnej karnacji, którzy nie trafiają mi do serca. Ale jeden, blondas, przepiękny! o mamo, reprezentant Rosji [wrrrgrrr] Mikhail Baranov, co za uroda :O

    Komentuj (5)



    znaki

    09 grudnia 2018, 10:59

    Było miło, a teraz do rzeczy.

    Chadzam na randki, wiadomo, od zawsze mam kłopoty z ustabilizowaniem życia. Z mojej listy faceta idealnego sprzed lat zostało już niewiele: niepalący, pracujący, w zbliżonym wieku i posiadający auto. To naprawdę lista minimum, której się trzymam, aby uniknąć potem nieporozumień, bo już znam siebie na tyle, aby wiedzieć, że odstąpienie od jakiegoś punktu doprowadzi do smutnego końca. No ale spotkać się i tak trzeba, pogadać, zobaczyć się na własne oczy, ja nadal czekam na strzał w serce.

    Są znaki ostrzegawcze, które powodują u mnie dzwonek alarmowy w trakcie takiego spotkania [zbiór z kilku randek]
    -pan chce przyjechać pociągiem / autobusem, albo nawet nie ma prawa jazdy [52 lata, wtf], albo co gorsza stracił je.
    -pan się spóźnia
    -pan wykazuje oznaki braku zrównoważenia - zmienia zdanie, obraża się, zrywa i godzi
    -pan oznajmia, że nie pracuje, ze jest na rencie, że pracuje w ochronie
    -pan mówi o złodzieju Tusku
    -albo o tym złodzieju swoim szefie
    -a tych pedałów wszystkich to ja bym na Syberię
    -kaczyński w końcu zrobi porządek z tymi uchodźcami
    -pan mówi źle o byłej
    -pan ma obgryzione, zaniedbane paznokcie
    -co? Dlaczego chcesz bez szynki? No chyba nie jesteś jakimś, hehe, pojebanym wege cos tam. To możesz mi oddać szynkę.

    Przy każdej z tych pozycji dźwięczy mi w mózgu mały dzwoneczek, dzyń, dzyń, uważaj, może warto dać mu szansę, nie jesteś młoda, nie jesteś piękna, dzyń, nie jesteś bogata ani rozrywana przez mężczyzn, nie chcesz być chyba sama, dzyń, dzyń, ale uważaj.


    Aż tu nagle gościu znienacka zaczyna się rozwodzić nad szczegółami natury zdrowotnej bądź intymnej, jednocześnie zajadając się pizzą z szynką [tak, z dodanymi kawałkami z mojej części:


    „i jak wtedy mi to zaczęli wycinać, to zaczęło się babrać, jakieś zakażenie, i na rankach zaczął się pojawiać jakby naciek jakiś, takie białe strzępki tkanki, oni nie wiedzieli co to jest, czy to nowotwór, czy może jakiś torbiel, to się tak rozrastało [---gul mi w gardle rośnie---], a potem się okazało, że wkładali mi do rany antybiotyk i to martwe bakterie tak się odkładały i to takie biało żółte fragmenty tak było widać, a teraz mi się to nie goi w ogóle, pokażę ci”

    A u mnie w duszy już od 2 minut rozlega się przeciągłe charakterystyczne, dobrze znane wycie „O KUUUUUUUURWA DOBRAAA”, nie chcę oglądać, i już wiem, że nic z tego nie będzie, że nie będę tego gościa szanowała, że już nim podświadomie gardzę, że nie mam do niego uczucia, za to roztkliwianie się nad sobą, za brak poczucia niewłaściwości takich wyznań przed kompletnie obcą osobą, za brak zainteresowania mną w trakcie spotkania, za tę obrzydliwość, którą mi właśnie zafundował, bo już wiem, że będę takie wyznania słyszała co pół godziny. Czy ja kogokolwiek raczę opisami moich cierpień po operacji, i jak ta rurka mi wystawała z kolana, i z niej wyciekała ropa z krwią, a potem jak ją wysiorbywali i wyciągali? Nie, zostawiam te soczyste szczegóły dla siebie.

    A na koniec, wisienka na torcie. „to nie była randka, oddaj mi należność za konsumpcję”. Przeliczam skrupulatnie swoją część, wychodzi 8,63 zł, zaokrąglam w górę do 9 zł, bo tam jeszcze był sos czosnkowy i próbuję wymazać to z pamięci, żeby nie tracić wiary z męski ród, i nie przerzucać złych doświadczeń na wszystkich facetów na świecie, chociaż ciężko doprawdy.

    A, i jeszcze, fragment smsa od pana, który zdążył ze mną zerwać dwa razy, zanim jeszcze mnie zobaczył [nadal nie zobaczył i nie zobaczy, nie z mojej winy].

    "Na początku gdy powiedziałaś że śpiewasz, to już miałem złe myśli. Raz miałem do czynienia z takimi ludźmi i okazało się, że większość to alkoholicy i narkomani".

    Serio, świecie? tylko tyle dla mnie masz?

    Komentuj (19)



    miłe

    27 listopada 2018, 20:27

    -trafić na niewyzbierane miejsce grzybowe
    -kiedy wpuszczę inne auto na drodze w korku i on mrygnie
    -zegar świecący na suficie w nocy [radio z projektorem]
    -kiedy Mirce daję chrupki palcami i warknę DELIKATNIE! To ona wtedy bierze tak delikatnie samymi wargami i nie mam obślinionej ręki
    -kiedy na giełdzie utarguję 7 zł ze stu
    -wysikać się w lesie
    -kiedy budzę się sama z siebie 10 min przed budzikiem
    -kiedy przeczytałam pierwszy tom zajebistej książki i wiem, że jeszcze są dwa, i kiedy skończę oglądać pierwszy sezon boskiego serialu i wiem, że jest jeszcze sześć
    -odebrać z poczty 5 paczek z Chin
    -położyć się na kanapie i nakryć grubym kocem
    -kiedy świeci świeczka i ładnie pachnie
    -kiedy coś ugotuję / upiekę i inni mówią „ty, ale to pyszne…!”
    -jak zrobię jakieś przetwory i potem wciskam nakrętki, pyk, pyk i potem nie odskakują
    -jak uszczerbi się ząb i po wizycie u dentystyki smyram językiem po gładziutkim
    -kiedy zrobię obiad wyłącznie z tego, co mam w domu, bez konieczności wychodzenia i jakichkolwiek zakupów
    -kiedy zrobię porządek w szufladzie z przydasiami
    -lampki pod szafkami w kuchni
    -lampki nad lustrem w łazience
    -jak grają w radiu ulubioną piosenkę i mogę ją śpiewać na całe gardło
    -kiedy 25 grudnia nadchodzi chwila świadomości, że od tej pory dzień będzie coraz dłuższy
    -kiedy wymyślę jakiś plan i on się uda
    -znaleźć coś, co myślałam, że zgubiłam na zawsze i już się pogodziłam ze stratą
    -jak uda mi się samej w domu zrobić coś „techniczno – męskiego” i na dodatek działa!
    -jak w biedronce nie ma nikogo przy kasie
    -po świętach jeździć po peryferiach miasta i oglądać dekoracje świąteczne

    A Wy co lubicie miłego?

    Komentuj (11)



    wpis o krowach

    25 listopada 2018, 18:58

    Miałam 9 lat, jak się przeprowadziliśmy na nowe osiedle. Mieściło się ono na samym końcu miasta, wokół tylko pola, lasy, rzeka, pastwiska. No i na jednym z tych pastwisk, tuż przy rzece, pasły się krowy. Prowadziła do tego miejsca asfaltówka szerokości nie więcej niż 2 m, prowadząca tylko do lasu, ewentualnie potem leśną drogą do wsi, trenowali na niej rosyjscy żołnierze. Ta droga była często gęsto oblepiona krowimi plackami, bo stado było prowadzone ze wsi na pastwisko i z powrotem dość często, zwłaszcza letnią porą. Zimą następowała zmiana scenerii. Spora skarpa, kończąca się dobry kawałek od rzeki, była super miejscem do szaleńczych zjazdów na sankach, pomimo pewnego oddalenia od osiedla. Ile razy wracałam stamtąd przepocona, czerwona, cała w śniegu, z mokrymi gaciami. Oczywiście to był stare, "patologiczne" czasy. Po transformacji znikły gdzieś krowy, zimy już nie te co kiedyś, dzieci bardziej w komputerach i komórkach, mało komu chciało się iść na skarpę zjeżdżać na sankach. Jednak u nas zawsze w domu był pies, i jakoś tak zawsze owczarek niemiecki, a to wymuszało długie spacery. I tak, każdy spacer ma swoje punkty orientacyjne. Idziemy do krzyżówki, albo do drzewa, albo do krów, albo do oczyszczalni [drenażowa za krowami], albo do maślaczkowego gaju, albo do małego lasku, albo do dużego i każdy w rodzinie wie dokładnie, gdzie się znajduję. Oczywiście hasło - gdzie jesteś - koło krów - zawsze było zrozumiałe, pomimo, że żadna krowa tam nie stała od 25 lat. Ale ja z Młodą też chodziłyśmy do krów na sanki, mimo braku tychże krów.

    Nooo i idę ostatnio z Mirką, a tu na krowach zamieszanie! jakieś ciągniki, maszynerie, urządzenia, ludzie się kręcą - nie wiem, kiedy ostatnim razem widziałam tam tylu ludzi naraz, bo to jednak nie jest uczęszczane mocno miejsce. Jasne, że poszłam spytać, co się dzieje. Otóż budują ogrodzenie wokół wielkiego kawałka pola przy rzece - cała skarpa znowu będzie pastwiskiem, i będzie tam mieszkać całorocznie 30 sztuk krów specjalnej odmiany, która nie boi się zimna i będą tam cały rok. Może te kudłate szkockie? nie wiem. Boli mnie bardzo, że ma to byc odmiana mięsna. Ale nic na to nie poradzę. Ludzie jedzą mięso, a inni to mięso hodują.

    Ale mimo to, z jakiegoś powodu, myśl, że znowu będzie się chodziło DO KRÓW, ale naprawdę DO KRÓW, jest miła :) Ciekawe, co na to Mirka, która krowy nigdy w życiu na oczy nie widziała.

    Komentuj (3)



    nie chcę

    12 listopada 2018, 10:39

    Na okoliczność Dnia Niepodległości mieliśmy z chórem zaplanowane kilka koncertów. Wstępnie były planowane z udziałem orkiestry wojskowej, na co się bardzo cieszyłam, a nuż znalazłby się tam jakiś dzielny, samotny wojak dla mnie, zbliżone zainteresowania, bliskość - z różnych powodów nie udało się, pozostał nam więc fortepian, trudno, i ilość koncertów z planowanych 4-5 zeszła do 2. Nawet lepiej, bo te koncerty i związane z nimi próby są dość wyczerpujące czasowo i fizycznie. Repertuar jest bardzo fajny, bo większość to pieśni wojskowe, wojenne. Niestety większość z pieśni patriotycznych, powstałych po wojnie, co ciekawe, te wcześniejsze nie - zawiera w sobie odniesienia do boga [przepraszam, nie chcę pisać z dużej litery, dalej napiszę, dlaczego], wiary katolickiej, krzyża, matki boskiej itd. Trudno - w zasadzie zapisywałam się do chóru cywilnego, nie kościelnego, ale członek chóru jest z zasady zależny od kogoś, więc z trudem, ale zgadzam się na udział w rozmaitych kościelnych ceremoniach, gdzie czasami jako chór bierzemy udział, w trakcie mszy stojąc sobie lub siedząc na boczku, nie wadząc nikomu, czytając książkę lub grzebiąc w komórce, starając się nie dyskutować z nikim na tematy religijne, jestem tolerancyjna i akceptuję fakt, że niektórzy wierzą, chociaż wg mnie, żaden dorosły, myślący samodzielnie człowiek, nie powinien być wierzący. No ale może niektórzy tego potrzebują. Niestety czasami jestem stawiana pod ścianą i to mnie doprowadza do białej gorączki.

    No i np wczorajszy koncert - cudowny! Harcerze z pochodniami, kościół pełen ludzi, nastrojowo, chór przygotowany, wszyscy kotyliony biało-czerwone, odpowiednie oświetlenie, akompaniator i dyrygent ubrani mega elegancko i odświętnie, czysta przyjemność.

    I bach, na sam koniec - znienacka, bez uprzedzenia, jakieś pieśni, zaśpiewki kościelne, odwołania do matki boskiej i czuwam, coś tam, coś tam - nie znam tego i nie chcę znać. A jestem zmuszona do tego, aby stać jak ten debil i ruszać ślepo ustami przed całym kościołem pełnym ludzi, i te zaśpiewki powtarzane są kilkakrotnie! A potem na dokładkę, wszyscy się ruszają, ja myślę, że to koniec, a tu mnie uczynna koleżanka szturcha, że nie, tylko się odwracamy - co? stajemy przodem do ołtarza i tam, przy towarzyszeniu dostojnej muzyki, następuje zasłonięcie ołtarza innym ołtarzem. Co trwa kolejne 5 minut, gdzie wszyscy stoją wpatrzeni w ołtarz, a ja mam ochotę wyjść z siebie i wyjść stamtąd.

    Dobra, jestem tolerancyjna, ale wszystko we mnie wewnątrz się burzy, czuję złość i niechęć, nie chcę w tym uczestniczyć i udawać, że czuję się częścią tych obrzędów, że to rozumiem, podoba mi się, akceptuję i chcę tam być - nie! Czuję się w takich chwilach jakąś hipokrytką, NIE WIERZĘ, NIE JESTEM KATOLICZKĄ, NIE OBCHODZĄ MNIE TE OBRZĘDY I NIE CHCĘ W NICH BRAĆ UDZIAŁU. Dyrygent nasz jest złotym człowiekiem, nie chcę go urazić, tym bardziej, że śpiewam w chórze od 7 lat, mam niezły, silny głos, nie fałszuję, znam repertuar, znam nuty i staram się regularnie uczestniczyć zarówno w próbach, jak i w koncertach, można na mnie liczyć. Ale jest on mocno związany z ruchem kościelnym, mocno wierzący, i dla niego współpraca chóru z kościołem jest czymś oczywistym - w przeciwieństwie do mnie. Wróciłam wczoraj z tego koncertu tak potwornie wściekła, że znowu zostałam postawiona pod ścianą, że mogłabym od razu walnąć maila, że się wypisuję. Albo, że z uwagi na różnice światopoglądowe, będę uczestniczyć wyłącznie w koncertach, które nie będą miały miejsca w kościele - poza koncertem bożonarodzeniowym, wiadomo, to największy, najdłuższy koncert w roku, wszystkie głosy na pokład.

    No zagotowali mnie wybitnie. Tym bardziej, że stanie przez półtorej godziny sztywno nie zrobiło mi dobrze na kolano. Nie chcę tak się stresować i nie chcę śpiewać wbrew sobie, i nie bardzo wiem, jak mam to wyjaśnić naszemu złotemu dyrygentowi, żeby mu nie sprawić przykrości. Po prostu wolę uczestniczyć w koncertach poza kościołem, gdzie czuję się źle i niekomfortowo, i tyle.

    Byłam sobie na działce, ogarnąć i posprzątać, jak mi się tam dobrze robi! Rozmroziłam i umyłam lodówkę, zrobiłam wszystko, co miałam zaplanowane na listopad w grafiku, jeszcze tylko okryć gałęziami winogrona. Nasiałam kontrolnie zebrane nasiona cynii, żeby sprawdzić, czy ruszą i ruszyły :O sadzonki wsadziłam w ziemię, może nic im nie będzie. A w lutym i tak nasieję.

    Po długim zwolnieniu bez problemu wróciłam do starego trybu wstawania między 5 a 6 rano, zdecydowanie wolę ten tryb życia + wczesne kładzenie się spać. Mirka spoko, dziecko spoko, rodzice spoko, odpukać.

    Ach, byłam jeszcze znowu u dentysty - już chyba z miesiąc chodzę z tym samym zębem. Tym razem u innego dentysty - siadasz na fotelu, a potem leżysz, zdjęcie zęba robione w tejże pozycji, rzucane od razu na wielki telewizor, a dentysta zamiast na mnie gapi się w mikroskop nade mną i tak se wierci. Była też asystentka, a cała ta aparatura tak warczała i bzykała, że czułam się jak auto na podnośniku.

    Komentuj (5)



    powrót do pracy

    03 listopada 2018, 11:50

    No, wszystko, co dobre, kiedyś się kończy, nie, żeby operacja kolana i rehabilitacja po niej była czymś super. Ale możliwość spędzenia czasu w domu zawsze jest miła. Udało mi się powstrzymać lekarza na ostatniej kontroli przed wystawianiem mi dalszego zwolnienia, i od poniedziałku wracam do pracy - i tu też nie mogę się powstrzymać od szerokiego uśmiechu zadowolenia, bo już mi się tęskni.
    U nas sypnęło w końcu grzybami - ale zaraz to się skończy, bo wszak listopad jest. Dobrze, że jeszcze wolne miałam, to zdążyłam sponiewierać się po lasach wielokrotnie i raz nawet całkiem na serio zgubić, co gorsza BEZ PSA - alleluja za google maps.

    Szybko, póki pamiętam - za każdym razem, jak jestem na grzybach, to nachodzi mnie jedna myśl - jak wielka by była góra wszystkich grzybów, którą ominęłam w życiu w odległości metra, bez zauważenia ich? I jak by to było, gdyby nagle taka góra koło mnie się wysypała :O

    Powrót do pracy zaczynam z grubej rury- wyjazd w delegację, zbiórka o 6:15. Czyli pobudka o 4:30. Wziąwszy to pod uwagę, już od 2 tygodniu codziennie staram się wstawać coraz wcześniej, bo tak znienacka przejść od pobudki o 9 do środka nocy, to może być ciężko. W ogóle - 2 miesiące, a jaka różnica. W sierpniu - środek gorącego lata, a teraz - środek jesieni, co prawda pogodnej, ale natury nie oszukasz - o 17 już ciemno totalnie. Termin tej operacji nie mógł wypaść korzystniej - Młoda w domu, pogoda piękna, odpoczynek psychiczny i fizyczny dla mnie, grzyby. Było minęło. Czas podjąć nowe wyzwania zawodowe :)

    Młoda w górach. Ja jutro na cmentarze. Wcześniej autko znowu w warsztacie niestety. Wyjazd możliwie wcześnie, żeby zdążyć wrócić za jasnego, no i się ogarnąć przed delegacją. Co do auta - chyba będę musiała je zmienić po latach. Auto, jak działa, to jest super, audi są naprawdę komfortowymi samochodami, ale ma 20 lat i niestety coraz więcej się w nim sypie. Już się zastanawiam nad opcjami. Co wiem na pewno - chciałabym Forda [z uwagi na podgrzewaną przednią szybę]. Na pewno kombi. Na pewno benzyna na automacie, jak się da, to LPG. Na pewno z klimatyzacją. Już mam parę opcji na oku, ale nie spieszy mi się. Na pewno są fachowcy, doradzający w zakupie auta, może poproszę o pomoc, ciekawe, jaką kasę za to biorą. Poprosiłabym Wujka, ale on tak słaby jest...

    Moje włosy znowu zaczynają przypominać skrzyżowanie mopa z owcą, wyglądam tak komicznie, że sama z siebie się śmieję do lustra. I dobrze, z czegoś trzeba się śmiać jesienią.

    Komentuj (4)



    na grzyby!

    27 października 2018, 17:55

    Rychło w czas, ruszyły podgrzybki. Zaroiło się w lesie od maluchów takich, grzybiego przedszkola. Ale cóż, maluchy nie maluchy, jak ja nie zetnę, to kto inny to zrobi - bo natychmiast w lasach zaroiło się także od ludzi. U nas sezon grzybowy trwa zazwyczaj trzy miesiące - wskutek tegorocznych susz grzyby zaczęły się dopiero teraz i zapewne zaraz się skończą, bo nadejdą listopadowe przymrozki. Pierwsze trzy grzybobrania poszło na suszone dla ojca. Ja mam jeszcze zapas z zeszłego, obfitego sezonu. Dziś mama zażyczyła sobie marynowanych. Ja pierwsze słyszę, aby mama - ktokolwiek w naszej rodzinie! - jadł marynowane grzyby, ale mama mówi, że dotychczas nie było takiej ilości maluchów, więc proszę bardzo. Poszukałam najpierw w necie, ale wobec rozbieżności przepisów zdałam się na Kuchnię Polską - tomiszcze, które dostałam od Chrzestnego na 18-te urodziny i nadal zajmuje poczesne miejsce w mojej kuchni.

    Wszystko dobrze, ale jestem chyba upośledzona - jakimś cudem nie doczytałam, że woda, w której obgotowujemy grzyby i zalewa do grzybów to NIE JEST TO SAMO, i ugotowałam grzybki w zalewie, którą je potem zalałam. Wyszły tylko 4 słoiczki, trudno, najwyżej zbiory z jednego popołudnia pójdą w kosmos. Tzn maluchów, bo te większe się suszą - już dla nas.

    Na poniedziałek mam wezwanie do ZUS-u, pewnie w związku z przedłużonym zwolnieniem. Cóż, nie prosiłam się o to. We wtorek z kolei do szpitala na kontrolę pooperacyjną i nie życzę sobie żadnych zwolnień. W firmie dużo się dzieje, nie chcę, żeby mnie to omijało, chcę tam wracać, chcę coś robić, znowu mieć kontakt z tą zajebistą ekipą, przeżywać, denerwować się, pracować na sukcesy, stresować porażkami [oby jak najmniej], piec ciasta dzieciakom i w ogóle.

    Młoda nie będzie w domu na długi weekend. Zadzwoniła, że chcieliby wyjechać większą ekipą w góry i co ja na to. Pierwsza moja reakcja - nie, kurde, po tej ruinie finansowej, którą właśnie przeszłam? Ale potem namysł - kurde, przecież ona ma swoje własne pieniądze, pracowała całe wakacje, a i we wrześniu nie bimbała sobie, tylko zajmowała się mną, psem, babcią, zakupami itd. Niech jedzie - przecież na takich wyjazdach polega m.in. studenckie życie, będzie miała sobie wspomnienia, doświadczenia, ja bym zeszła z tego świata, gdyby mi przyszło teraz jechać cała noc bez sleepingu pkp, a oni jadą nawet bez przedziałów - młodość, kurde, siły, żywotność, entuzjazm :) I w ogóle jak miło, że w ogóle pyta - jest od 2 lat pełnoletnia, mogłaby sobie wyjść za mąż, urodzić dzieci, ma prawa wyborcze, z których korzysta, nie będzie sama, och, cieszę się razem z nią na ten wyjazd, wysłałam już jej ocieplane trapery i przypomnieć o ostrożności... ale to mądry dzieciak.

    Tylko tęskni mi się do niej jak jasna cholera.

    Z chórem przygotowujemy się na koncerty niepodległościowe. Pierwsza idea była taka, że będziemy grać z orkiestrą wojskową. Ja oczywiście już się szykowałam na męża :D niestety z jakichś powodów nie wyszło. Męża wojskowego nie będzie. Ale koncerty będą i tak - lubię się czuć częścią chóru, lubię uczestniczyć w występach, lubię śpiewać i czasami czuć dreszczyk emocji.

    Dziś zmiana czasu na zimowy. Szczerze, nie pojmuję ludzi, którzy gardłują na rzecz zniesienia tej zmiany, zmiana czasu pozwala lepiej wykorzystać światło dzienne, którego zimą jest naprawdę niewiele, a kłopoty z nią związane są tylko dwa razy do roku, wszystkie urzędy i instytucje chyba umieją sobie z tym radzić od tylu lat, więc naprawdę nie jest to kłopot aż taki duży. Zmiana czasu to też pewne urozmaicenie. Ja tam lubię, bardzo - obydwie zmiany czasu.

    Komentuj (4)



    październik

    14 października 2018, 19:42

    Cały wrzesień upłynął mi pod znakiem bardzo intensywnej rehabilitacji. Mama wręcz odżyła i zupełnie bez litości, wspominając dawną karierę, co i rusz dokładała [i nadal dokłada] ćwiczeń, długość, zmiany, intensywność, aby tylko postawić mnie na nogi. Pojechałam na kontrolę pod koniec września, to takie miejsce, gdzie są trzy czy cztery stanowiska za kotarami, lekarz chodzi o ogląda, pielęgniarki towarzyszą i zapisują, potem lekarz znika, a pacjent jest wypraszany na korytarz "zaraz wywołam". No i wywołuje mnie pani pielęgniarka i wręcz recepty, zwolnienie i mówi - skierowanie wziąć od lekarza, termin zastrzyku taki siaki, do widzenia. NO HALOOO mówię, jakie zwolnienie? No ma pani tu, o co chodzi - ale ja mówiłam, ze nie chcę. To do lekarza proszę. I wpycha mnie do gabinetu, gdzie lekarz siedzi, wypisuje, dwoje pacjentów obok, o co chodzi, bo ja yyyyyy prosiłabym o anulowanie tego zwolnienia, ja muszę do pracy. Co....? CO PANI SIĘ WYDAJE, ILE MA PANI LAT? DOROSŁA KOBIETA, A NIEPOWAŻNA ZUPEŁNIE, CO PANI MOJE KOMPETENCJE PODWAŻA? CO MOŻE CHCE MNIE PANI ZASTĄPIĆ W OBOWIĄZKACH? CHYBA LEPIEJ WIEM, KTO MA BYĆ NA ZWOLNIENIU A KTO NIE. KTO ZA PANIĄ BĘDZIE BRAŁ POTEM ODPOWIEDZIALNOŚĆ? ZALECENIA WYPEŁNIAĆ PROSZĘ I ŻEGNAM.

    O panie na wysokościach, już dawno mnie tak nikt nie zjebał, nawet własna mama. Cóż, wykupiłam receptę - trzy zastrzyki PO STÓWIE ZA SZTUKĘ! które od tej pory miały mi być aplikowane w kolano i wróciłam do domu kontynuować rehabilitację.

    Ogólnie ta choroba, te zastrzyki, dwukrotna awaria auta, wysyłka młodej na studia, chory kanał zębowy, z którym zaraz będę czwarty raz u dentysty, i jeszcze parę innych spraw, to wszystko mnie finansowo dobija i szczerze bardzo mi to nie na rękę. Na zwolnieniu będę do końca października i potem, żeby się waliło, paliło, dalszego zwolnienia odmawiam.

    Z jakąż przyjemnością spędzam czas na działce. Jako, że niewiele tam było, to i niewiele do sprzątania. Posadziłam czosnek w skrzynkę, zebrałam nasiona z boskich cynii, usunęłam onętki dwumetrowe giganty i to w zasadzie wszystko. Mam pod płotem całą kupę starego drewna, którego chcę się pozbyć, więc sukcesywnie wszystko palę w palenisku specjalnym. Pogoda sprzyja bardzo, nadal gorąco, nadal grzybów nie ma i już...

    Jak tylko widziałam jakiegoś działkowca na działce, to zachodziłam, żeby się zapoznać i podpytać o dobre rady. I razu jednego weszłam do takiego starszego pana, który po jakimś czasie zachęcił mnie do dalszej znajomości informacją, że on tu ma oto ziemniaczki, a sam ma tyle, że nie zje samemu wszystkiego. Miłe :D poza tym zaprasza jesienią na winogrona, bo nie jada. No i wczoraj wyprowadzam Mirkę po ognisku [tak, wiem, że nie wolno ogniska] i patrzę, dziadek na działce, no to pakujemy się i wpraszamy na winogronka. A jakiś brodacz obok. Oooo, mówi dziadek, zapraszam na winogrona, gruszek też parę dam, ale niewiele, bo synowi daję do Warszawy. Miło mi poznać syna, mówię, a syn do mnie, "my się znamy!" patrzę, patrzę i nic mi do głowy nie przychodzi. "Darek jestem" - o kurde, szczęka mi opadła. Darek był w liceum rok starszy ode mnie. Syn lokalnego bonza [obecnie to dziadek z działki, lol, nie wiedziałam], mega przystojny, męski, niewiarygodnie miły i sympatyczny, a przy okazji inteligentny po cholerze, obiekt westchnień chyba 80% licealistek, moich także, chociaż mniej, bo miałam chłopaka. Kiedy byłam w klasie maturalnej, Darek, już będąc studentem, ale jeszcze jedną nogą u nas, został obiektem mega skandalu obyczajowego, w szczegóły nie wchodzę, bo bardzo charakterystyczny, złamał serce tym 80% i znikł. No i teraz objawił mi się na działce, wśród kopców po ziemniaczkach, w winogronowym chruśniaku. Litości... może celowo ubrany jak menel na działce, jakieś stare obwisłe sztruksy, dziadowe takie, koszula w kratę, no i przede wszystkim przeohydne brodzisko, zaniedbane, skłębione, poprzetykane siwymi włosami, włosy też takie sobie, z widoczną łysiną pośrodku. Oczywiście nadal ciepły i sympatyczny i w ogóle ten menelowaty wygląd by mi nie przeszkadzał, kochałabym <3 gdybym nie wiedziała na 100%, że w tej Warszawie jest szczęśliwym mężem, i bardzo saksesful życie prowadzi.

    A z kolei dziś byłam w lesie z pieskiem, daremnie wypatrując grzybów, strzelali niedaleko na strzelnicy, więc Mirka zestrachana była bardzo, i odpaliłam Vivaldiego z komórki, żeby mniej słyszała. A tu nagle jakieś krzyki z boku słyszę. Ooo kurde, patrzę, jakiś gostek, ajaj, niedobrze, szybko Mireksa na sznurek, żeby nie było, że pies luzem po lesie lata [czy tam niepewnie się kuli przy nogach, na jedno wychodzi, na nielegalu]. Wyłączyłam muzyczkę i grzecznie pytam, dzień dobry, przepraszam, nie słyszałam, co tam, grzybów nie ma, co? A czy pieska się pan nie boi, to mogę puścić? A możesz pani, mówi gostek, a ja panią znam. No co za wysyp jakichś znajomych! patrzę i patrzę, nic, żadnego skojarzenia. A, to jak pracowałem w [mojej starej firmie] na sezon trzy miesiące, to panią w biurze zapamiętałem. No zgódźmy się, pamięci do twarzy to nigdy nie miałam za dobrej, więc skoro facet mnie poznał co najmniej 12 lat temu, to miałam prawo nie pamiętać. Ale kurde, ludzie. Ja wyglądałam wtedy zupełnie inaczej, począwszy od włosów, wtedy kruczoczarne, teraz białe afro, no i moja twarz raczej nie jest charakterystyczna sama w sobie, żadnych znaków szczególnych nie mam. Skąd mnie ci ludzie w ogóle pamiętają, i jak rozpoznają, to nie wiem. Ja nie poznaję niemal nikogo.

    Wybory za tydzień. I znowu widzę te same twarze, i nachodzi mnie taka refleksja. Jak ciężko ludziom, którzy wejdą raz w bagno polityki i w państwowe koryto, z niego dobrowolnie wyjść. Jak ci ludzie się garną do tego, jak są w stanie wszystko obiecać, żeby tylko nie stracić pozycji. Stworzymy nowe miejsca pracy! Sprawimy, że miasto będzie bezpieczne! Nowe place zabaw! Ożywimy życie kulturalne! Nowe chodniki, drogi, znaki! będzie lepiej niż było! W zasadzie jeden mi się tylko podoba, młody człowiek, który wiem, że ma normalne życie zawodowe, a przy tym bardzo się udziela, a że blisko mnie, to widzę na bieżąco akcje, w które się angażuje, że stara się pracować i działać bardzo transparentnie, jest dostępny dla mieszkańców, odpowiada i reaguje na zapytania, i na niego będę głosowała na radnego. Swoją drogą, ciekawe, jak ci wszyscy kandydaci skrupulatnie kryją się ze swoją przynależnością polityczną za rozmaitymi akcjami, komitetami, forami, komisjami, żeby tylko nie kłuć w oczy niechętnych wyborców.

    Komentuj (3)



    wrzesień, środek lata

    17 września 2018, 13:27

    Nadeszła jesień, a wraz z nią moje ulubione, ukochane programy. Rolnik szuka żony to ten, który mnie porusza najbardziej. W tegorocznej edycji jedną z kandydatek jest niejaka Jessica. Kto ogląda, ten wie, że jest to postać kontrowersyjna pod względem wizualnym i nie tylko, ale zgódźmy się, nie jestem osobą, która mogłaby z czystym sumieniem krytykować czyjkolwiek wizerunek, więc ja nie o tym. Wśród komentarzy na temat jej uczestnictwa dość często pojawia się mem z napisem "DŻESIKA BEJBE PLIS DONT MEJK MI KRAJ" i nie rozumiałam go, dopóki mi dziecko nie pokazało utworu na yt pod tymże tytułem, z którego właśnie pochodzi fragment tekstu. Obejrzałam teledysk i przysięgam, on zmienił moje życie, chociaż nie dotyczy tej konkretnej dziewczyny. To dzieło nadzwyczajne wręcz, pod względem estetycznym, audiowizualnym, artystycznym, lingwistycznym, po obejrzeniu go i wysłuchaniu dosłownie zabrakło mi tchu na długo. Każdy szczegół jest dopracowany perfekcyjnie i tworzy fantastyczną, spójną całość. Przy czym oczywiście sam teledysk pochodzi sprzed dwóch lat, audio ma 30 mln wyświetleń i jak zwykle z opóźnionym refleksem dowiaduję się o najważniejszych osiągnięciach polskiej sceny muzycznej. Ja to tak zawsze ech.
    O tu o można zobaczyć, POLECAM USIĄŚĆ NAJPIERW I FUlL KONCENTRACJA.

    https://youtu.be/s8Px2LI2Frs

    W samym rolniku me serce skradł niejaki Marek, który ma mój albinosowaty typ urody, połączony z chłodem w zachowaniu i nawet mieszka bardzo niedaleko! i gdyby nie planowana na koniec wakacji operacja kolanka, to pewnie bym w końcu przezwyciężyła wrodzoną nieśmiałość i napisała, ale tak to stwierdziłam, że dam szansę innym kobietom. Wśród nich jest taka Aneta, dziewczyna przepiękna [tym bardziej, że kręconowłosa <3] , delikatna, kobieca, uśmiechnięta, strażniczka domowego ogniska, moim zdaniem pasująca do niego idealnie, więc życzę im obojgu z całego serca, żeby im się udało. Co za emocje. A jak im się nie uda, [oby jednak się udało!], co stwierdzę w odcinku specjalnym w Boże Narodzenie, to przysięgam, że piszę do niego osobiście. Już będę na chodzie.

    Mama wzięła do siebie ambitny cel, który postawiłam - czyli w październiku do roboty. Codziennie wydłuża ćwiczenia, dodaje nowe, nie wykazuje specjalnych odruchów litości na moje wycie i cierpienia, wyzwiska, pot i krew, w ogóle nieczuła jest strasznie. To wszystko przynosi efekt w postaci malutkich, codziennych sukcesików, o których śmiech w ogóle pisać, bo kogo może poruszyć fakt, że HURA! udało mi się usiąść na kibelku, ale ze zgięciem kolana, a nie w półszpagacie. Albo że już umiem [co prawda wolno] schodzić prosto ze schodów. Kurde, to było ciężkie. Albo wsiadłam w końcu na rower stacjonarny z drugiej strony. Albo, że przesypiam już noc bez pobudek przy każdej próbie zmiany pozycji i to bez tabletek. Idzie szybko. Dzięki Mamuś :* Już wiem, jakim cudem ta kobieta osiągała tyle sukcesów za młodu, gdyby nie kompletny brak przedsiębiorczości w naszych genach, to ta kobieta powinna być mega bogata, opływać w luksusy i mieć własną sieć klinik rehabilitacyjnych.

    Udało mi się na działce zarządzić co trzeba. W ogóle wnerwiłam się. Kupiłam w Bricoarche wspaniały szlauch, taki pomarszczony, rozciągający się, bardzo komfortowy w użytku. Niestety po 4 miesiącach pękł. Kupiłam więc nowy, bardzo podobny, i wytrzymał miesiąc!!! NO KUR#A!!! I to pękł w najgorszym momencie, kiedy mi akurat lekki, poręczny szlauch jest bardzo potrzebny. One nie są tanie, te szlauchy, wiecie, są lekkie, wygodne, ale jak widać, bardzo nietrwałe, więc wnerwiłam się nieco. Na przyszłą wiosnę muszę wymyślić inne rozwiązanie, a póki co, życzę Bricomarche, aby im wszystkie rynny popękały tak, jak mi popękały szlauchy od nich, flejtuchy jedne, jak można takie buble sprzedawać. Co polecacie ze szlauchów?

    Korzystając z wolnego, przygotowałam sobie elegancki, excelowy grafik prac na działce. Tylko to, co naprawdę mam lub chcę mieć. Oczywiście, są Działkowce, jakieś tam inne publikacje, ale one dotyczą wszystkiego chyba, co istnieje na ziemi, i dokopać się tam do tego, co mnie interesuje, jest ciężko. A tak to mam tylko to co moje. I dopóki będę początkującym działkowcem, to będę sobie takie grafiki robiła co rok i się ich trzymała. Na przykład teraz powinnam rozsadzić posiane chyba ze dwa miesiące temu goździki. Jeszcze tydzień ćwiczeń i rozsadzę, boże, jak mi się już tęskni do tego grzebania w ziemi.

    Grzybów u nas nadal nie ma. Całe szczęście! Bo ze stresu bym chyba na serce padła. Póki co, oglądam sobie znaleziska z reszty Polski, zazdroszcząc zawzięcie, i ciesząc się, że dzięki suszy u nas nie cierpię jeszcze bardziej. Bo byłam na spacerze w lesie, przeszłam o kulach ze 100 m po płaskiej, twardej drodze, i to było na tyle. W ogóle samo chodzenie o kulach jest mega męczące. Już niedługo, mama obiecała, będę mogła chodzi po domu bez nich, a potem i poza domem.




    Komentuj (7)



    artroskopia

    11 września 2018, 20:57

    Żyję jakby coś. W szpitalu przemiał ludzi. Kiedy ja weszłam do szpitala, czekałam aż poprzednia pacjentka wyjdzie, zaś kiedy ja jeszcze leżałam! już kolejna czekała na mój wypis. Było tak jak myślałam, czyli pierwszego dnia tylko przyjęcie, pobranie krwi, jakieś badania, spotkanie z anestezjologiem. Drugiego zabieg, trzeciego wypis i do domu. Znieczulenie zewnątrzoponowe - trochę się go bałam uczucia niepanowania nad swoimi kończynami i w szczególności układem wydalniczym, więc nic nie piłam, i nie chciałam cewnika, założyłam więc sprytnie pieluchomajty przed samym zabiegiem. Szczęśliwie organizm chyba wyczuł, że nie czas na żarty, i pieluchomajty pozostały czyste i suche [jak w reklamie:D]
    Ze szpitala wyszłam 3 dnia [pierwszego przyjęcie, drugiego zabieg, trzeci wyjście]. Teraz jest niemal 2 tygodnie po, mam zdjęte szwy, ale kolano nadal bardzo sztywne i obolałe. od samego wyjścia mama mnie rehabilituje mniej lub bardziej drastycznymi metodami, wyjątkowo nie komentuję, nie sprzeciwiam się, ale i tak, wskazany przez lekarzy trening na ergometrze [rower stacjonarny] okazuje się niemożliwy, nawet jak w końcu udało mi się wleźć na niego, to wykonanie obrotu pedałem jest myszyn ęposibel, nie daje rady tak zgiąć kolana i już. No nic, będziemy nad tym pracować.
    Z durnych spraw - obecność Młodej jest nieoceniona. Teoretycznie mogę chodzić na obu nogach, lekko kulejąc, ale mam absolutny nakaz chodzenia o 2 kulach, aby jak najmniej obciążać kulawą nogę. A jak się chodzi o 2 kulach to nie przeniosę nawet herbaty, talerza, telefonu, nic! więc nauczyłam się już nosić ciuchy z kieszeniami na telefon, a reszta, niestety, pozostaje w gestii Młodej. Staram się nie wymagać za wiele, bo to w końcu jej wakacje - 2 miesiące ciężko pracowała - ale niestety, jest pies do wyprowadzenia, zakupy u mnie i u mamy, wożenie dziadków po lekarzach, sprzątanie, podawanie matce rozmaitych rzeczy, wożenie na rehabilitację, przykro mi, że tak ją obciążam, może ponad miarę, ale nie mam wyjścia.

    Ten wpis pisze już szósty dzień, wrzucam, co mam.

    jest 13 dzien po zabiegu, udało mi się w końcu pokręcić na rowerku huraaaaa

    Komentuj (8)



    trzęsę tyłkiem

    24 sierpnia 2018, 22:14

    Szczerze powiem, że lapa włączam raczej rzadko. Czy nie wydaje się Wam, że lepiej jednak prowadzić takiego bloga na fejsie? Mam go odpalonego na komórce i na bieżąco tam bym wrzucała notki, cokolwiek mi do głowy przyjdzie, bo niestety ale umyka. Tym bardziej, że starość nie radość i pamięć już nie ta.

    Powiem Wam, że zaczyna mnie ten zabieg niepokoić z kolanem. Jakoś boję się chwili, kiedy zamelduję się w szpitalu, tych wszystkich formalności, procedur przygotowawczych, bólu, znieczulenia, skrobania kolana, rehabilitacji i chodzenia o kulach potem. No boję się. I też okazuje się, że coraz więcej imprez mnie ominie. Panieński wieczór koleżanki, jej ślub, firmowa impreza, impreza u dostawców, dość ważne targi, fajna impreza z chórem, jakoś wszystko skumulowało się na wrzesień. Trochę niefajnie.

    Nadszedł czas na przegląd auta. Szczęśliwie audi w doskonałej kondycji, pan nie miał się do czego przyczepić, alleluja, ponieważ pod samym końcem wakacji dopadło mnie nieopisane ubóstwo finansowe. Faktem jest, że odłożyłam na konto rezerwowe dużo więcej niż zazwyczaj, poza tym miałam do zapłacenia ubezpieczenie auta, znienacka dentysta, jedna szafka do kuchni, no i teraz ten przegląd, poza tym muszę jechać do Młodej odebrać jej klamoty, 450 km w dwie strony jak nic. A jeszcze na oku mi jakiś parch wyskoczył, i nastraszona przez koleżanki, że przez zakażenie bakteryjne mi kolana mogą odmówić, popędziłam do lekarza i jeszcze 80 na leki. A z racji, że upały, jeździłam dwoma autami, audi i bmw wujka gdzie jest klima, więc musiałam zatankować oba. W środowy wieczór biegałam po domu jak szalona szukając źródła szybkiego dochodu. Jak weszłam na konto rezerwowe i zobaczyłam, że w końcu udało mi się osiągnąć okrągłą sumkę, to zwątpiłam - nie chciałam jej pękać. Znalazłam porzucone jeszcze od ojca 20 usd, 43 złote w puszce kuchennej, 100 odebrałam długu od koleżanki, wyczyściłam konto do ostatnich sześciu zł [oczywiście zaraz dostałam smsa od banku z propozycją karty kredytowej, spierdalać mi z tymi kredytami, ale już] i dojadę do tego Gdańska, ale wrócę już na oparach. Szczęśliwie w poniedziałek wypłata :D Ale gdybym jeszcze musiała naprawiać auto, toooooooooooo już nie.

    Kiedy się wprowadziłam tutaj, do nowego mieszkania, cieszyło mnie BARDZO wszystko, ale najbardziej, że to takie spokojne miejsce, cisza, spokój. Kurwa, no. Rok, dwa po wprowadzce wszystkie trzy pozostałe rodziny powiększyły się. I teraz te dzieci mają 2-3 lata. Metodą wychowywania tych dzieci, zwłaszcza teraz, latem, jest rozbieranie ich do golasa i puszczanie luzem na parkingu, podczas gdy rodzice z kawą, obiadem, praniem, sąsiadami, znajomymi, piwem, kawą, siedzą na schodach. Doprowadza mnie to już do białej gorączki. Nie mam szans na jakieś cishe wprowadzenie kogokolwiek, np znajomego, bo oczywiście natychmiast wszystko [poza drącymi się dzieciarami] cichnie i włącza się tryb obserwacyjny. Popołudnie i wieczór to jakaś masakra, wrzaski dzieci, rodziców, muzyka, gadanie przez telefon, wychowywanie dzieci za pomocą histerycznych wrzasków, to jest nie do zniesienia. Plan na sezon zimowy - zamontować na raty wewnętrzną klimatyzację. Bo kolejnego takiego sezonu nie zniosę - muszę mieć okna zamknięte na amen i koniec. Kurde, ja przecież pamiętam, jak Młoda była młoda - latem po robocie jeździło się nad jezioro, morze, chodziło na plac zabaw, na basen, czemu do chuja ciężkiego oni wszyscy okupują te pieprzone schody! I jeszcze rodzina i znajomi! Wiecie, ze huśtawka i zjeżdżalnia dla dzieci jest 20 m obok? i są tam ławki dla rodziców, i trawa, i cień. A 100 m dalej - wielki plac zabaw połączony z ternem piknikowym. Na tym naszym parkingu dzieci nie mają NIC do robienia, więc i energia je zwyczajnie roznosi. Co ciekawe, dzieci, co do których myślałam kiedyś, że to podejrzana rodzina, są względnie najgrzeczniejsze. Dziecko tych, którzy wydawali mi się Ą i Ę jest OKROPNE i totalnie niewychowane. Ma chyba z półtora roku, może dwa i nikt nad nim nie panuje. Rok temu zgodziłam się, żeby na trawniku pod moim oknem stanął basenik. Spoko - przecież tu super zabawa dla dzieci. W tym roku nikt baseniku nie postawił, ani pod moim, ani pod żadnym innym oknem, a pogoda sprzyjała wyjątkowo. Dzieci mi żal, mają za rodziców leniuchów i wszystkich bym pozamykała w swoich chałupach, niech siedzą i pilnują ogniska domowego i w nosie mam, że 30 stopni. Patola, fuck. Żeby wychowywać dzieci za pomocą ganiania z gołą dupą po parkingu. Nie dziwne, że dzieciaki rozrabiają, nie znają żadnych innych rozrywek, poza tym pieprzonym parkingiem.
    Uff, wykrzyczałam się. Może jak się zrobi chłodek, to wygodni ich do domów w końcu i będzie spokój.

    Komentuj (16)



    sorki, że tyle zeszło.

    13 sierpnia 2018, 22:18

    Wsiąkłam w tę działkę. Pogoda nas wyjątkowo rozpieszcza – od kwietnia było u nas maksymalnie 5 dni z deszczem, a dwie jabłonki i śliwka [bez owoców] daje cudowny wręcz cień. W zasadzie nic mi tam nie brakuje. Mam stolik, krzesła, luksusowy fotel dla specjalnych gości, parasol, grill, ognisko, dżunglę pomidorową, kwiaty przecudne, kreta, lodówkę, radio, kibelek znośny, oczko wodne, w którym jest 10 sztucznych lotosów i 15 liści, które sama wyhodowałam. Nic nie muszę – robię to co chcę i to co czuję. Strzałem w dziesiątkę okazały się sadzoneczki aksamitki, które mama, nie wiedzieć, po co, posiała jeszcze w lutym. Sadzonki cynii, kupione w lipcu w nędznym stanie, które rozrosły się do niesłychanego bogactwa, dając takie kolory, od których chce mi się ze szczęścia płakać. Jakieś cudo, szkarłatka chińska, ponoć rzadkość, znienacka urosła koło beczki. Zaraz ją wywalę, bo ma super silny system korzeniowy i jest trująca, a ja chcę mieć wnuki i jak nie teraz, to już nigdy się jej nie pozbędę. W tym roku z warzyw tylko ogórki, słabo wyszły i pomidory, których jest zatrzęsienie. A za rok to plus fasolka szparagowa, buraki, cebula i czosnek i nic więcej nie chcę. Kto by to potem robił i kto by to potem jadł. Chcę kwiaty, dużo kolorów. Zdarza się, że idę i nic nie robię. A czasami np. uprzątam gruz za altanką po budowie, albo matę przyczepiam. A potem znowu nic.
    I poza tym naprawdę nic się nie zmieniło. Młoda na wakacje w Gdańsku w pracy. Ja nadal wożę mamę po szpitalach, lekarzach, robię jej zakupy, sprzątam, piorę itd. Mama się skarży, że za mało czasu mnie widuje, ze chciałaby więcej i ją rozumiem, bo ja też marzę o tym, aby widywać moją córkę jak najczęściej, ale czuję, że to toksyczna mimo wszystko relacja – która wykorzystuje fakt, że jestem sama. Bo przecież gdybym była z kimś, to nie bywałabym tam tak często. Czuję się z tym źle, że nie mam za wiele czasu dla siebie. Więc wpadam po pracy, robię zakupy, zgarniam pranie, jem szybko obiad, zgarniam psa i spierdalam jak mogę najszybciej, do domu, na działkę, czy na spacer do lasu z psem. Absolutnie się z mamą nie kłócimy, konfliktów żadnych nie ma, ale potrzebuję mieć czas dla siebie na nicnierobienie i już, nie chcę, aby moim jedynym towarzystwem była mama, już wolę swoje własne.

    Za osiedlem jest drenażowa oczyszczalnia ścieków, do której są zwożone osady z pobliskiej oczyszczalni. Te osady to po prostu mega żyzne podłoże. Kiedyś wzięłam parę worków na rabaty pod domem – wtedy mi wyrosła armia pomidorów. I teraz byłam tam z pieskiem – a tam po prostu mega plantacja pomidorowa, tony, miliony pomidorów, każdej wielkości, koloru, odmiany.
    Na działkach jest zabawnie – wszyscy się wszystkim kłaniają. Rozdają sadzonki, nasiona, plony. Dają rady. Taka dość towarzyska społeczność.
    Blondas oczywiście, osaczony moją seksualną zachłannością, która ewidentnie ode mnie musiała bić, znikł zupełnie, chociaż sam się napraszał, że mi elektrykę poprawi na działce, dooobra tam.
    Mirka po kuracji Carprodylem poprawiła humor. Byłam z nią nad pobliskim jeziorem – kocha się kąpać, ale pływać nie umie i nie będę ją stresowała nauką, w tym wieku zbędną. Co mnie wkurwiło, że nad jeziorem ani jednego kosza na śmieci. Spytana właścicielka, która kasuje po dychu od auta, wykręciła się, że mają coraz fajniejszych i milszych gości, którzy po sobie sprzątają i oczekują od wszystkich. Zapytana, co ja mam zrobić z psią kupą w woreczku, bo jak ta frajerka posprzątałam po piesku, wzruszyła ramionami, a to trzeba było w krzak wrzucić jakiś. Nie zasługują oni na moje sprzątanie – zwyczajnie chciwią na wywozie odpadów, chcą zgarniać kasę za nic, a worków na śmieci nikomu się nie chce opróżniać – i tyle. Życzę im tony śmieci na plaży. „A bo potem nikt nie chce leżeć koło pełnego śmietnika” – bo śmietniki się opróżnia, paniusiu!
    Za dwa tygodnie idę na operację kolana, wyczekaną od ponad roku. Jeszcze byłam kontrolnie na ponownym USG, ale o ile zerwane więzadło wyszło ze stanu zapalnego, o tyle łąkotka się sama nie naprawiła. Ponoć jest to dość banalny zabieg, niemniej potem ze 6 tygodni na zwolnieniu. Trochę lipa, bo mam sporo zadań w pracy do wykonania no i niestety czas na nie mi się skróci, ale nic nie poradzę. Już tam pikuś, że kolano boli i klęczeć nie mogę – kiedy w końcu, do cholery, będę mogła szpilki włożyć! Półtora roku już ich nie miałam na nogach, poza dwoma razami, które skończyły się spektakularną wywrotką. Z powodu zwolnienia ominie mnie impreza firmowa, która zawsze, ale to zawsze jest okazją do doskonałej zabawy – nie mogę odżałować:( a może 3 tygodnie zwolnienia wystarczy? :) co prawda i tak nie byłabym w stanie za bardzo wywijać z nogą w gipsie. Ale co bym się napiła i naśmiała z przyjaciółmi, to moje.

    Na jesień mam już kupione dwa bilety – na 10 tenorów i na Chór Alexandrova. Ale jeszcze mi się rzucił w oczy koncert Havasi w gdańskiej Ergo Arenie. Nie wybiera się ktoś? Szukam towarzystwa, zanim kupię bilet, samej tak niefajnie, zawsze się milej dzielić emocjami.

    Na koniec taka prośba – proszę o wpisanie się na liczbę obecności w komentarzach poniżej. Dziękuję.

    Postaram się kolejny wpis dać szybciej. :) pewno po operacji kolana. Jaka to będzie jazda – znieczulenie zewnątrzoponowe ma spowodować bezwładne leżenie przez 24 godziny i robienie pod siebie. Na ile to jest prawdą – nie wiem.

    Komentuj (153)



    taki fajny blondas

    03 czerwca 2018, 21:17

    Nooo, poczułam przez chwilę, ze żyję znowu. Na działkę kupiłam troszkę mebli, krzesła ogrodowe, lodówkę, ławę, szafki, i dodatkowo szafki do domu - ponieważ chwilowo po działce nowa kuchnia odpłynęła w siną dal, postanowiłam wziąć szafki, okleić je jak reszta mebli i jakaś okryjbida będzie. Do końca Młodej studiów odkuję się i wtedy może stanie nowa kuchnia. Facet sprzedający mi te klamoty na olxie był BARDZO w moim typie, takim blond-ryżym-albinosowatym typie z białymi rzęsami, który doprowadza mnie do gorączki i wybuchu hormonów. Boże złoty, jak mnie to kręci. Facet obiecał mi powiesić te szafki w kuchni i zamontować okap, więc spędziłam z nim błogie 4 godziny na rozmowie w trakcie montażu i wieszania, obserwując bokserki wyłażące ze spodni do kolan, które uwielbiam, napięte włochate blond łydki w adidaskach, przy wieszaniu, ramiona w mięśniami w niedbałej koszulce. Już dawno się tak nie obśliniłam. Facet niesamowicie miły, co za głos w ogóle, ogarnięty jak rzadko ktoś i w sumie siedziałam koło niego zaciskając mocno kolana tak, jak ostatnio przy Ogniu. Niestety z amoku wyrwał mnie telefon od jego kobiety, jak wyjaśnił pogodnie, to nie żona, ale taki zdrowy układ. Och, człowieku, ja bym Ci rozdarła te Twoje dzinsiki do kolan nie bacząc na zdrowe układy, chore układy, szarpałabym jak reksio szynkę. No ale ja nie z tych, co wchodzą w czyjeś układy, więc zmilczałam, cierpiąc w duszy z niespełnionej żądzy. Najchętniej bym teraz powiesiła się na tych szafkach, żeby spadły, a on je przyszedł raz jeszcze powiesić, ale w obecnej sytuacji to zapewne lepiej będzie, jak wykasuję jego numer całkiem, bo nie chcę się skompromitować. Ale facet mi się śnił po nocach. Że też ja jakoś nie mogę sobie zrobić zdrowego układu, w mordę!

    Działka, jak przypuszczałam, stanowi dla mnie źródło błogości. Wpycham w ziemię kolejne cebulki, wyrywam skrzypy z kwiatków [jak się pozbyć tego gówna??], ustawiam w skrzynkach sadzonki, sikam w majty z zachwytu, bo ogórki zakwitły i pomidorki także, przeklinam, bo kupiłam lampki słoneczne ledowe, a nie mam kiedy obserwować ich słodkich światełek, wszak świecą w nocy. Chyba następny weekend będę spała sobie na działce, a warunki są jak mało gdzie.

    Młoda przyjechała na długi weekend z chłopakiem, którego już wcześniej poznałam, ale w biegu. Wyjątkowo ogarnięty młody człowiek. Wziąwszy pod uwagę, że Młoda ma 20 lat i mieszka od roku w akademiku, byli przez tydzień w górach, trudno, abym udawała, że nie wiem, co ich łączy, więc wyraziłam zgodę na wspólne spanie, bez sensu by było podtrzymywac jakąś iluzję. Oczywiście w duszy burza, jakoś wydawało mi się to nieprzyzwoite, no ale nie będę tu przecież siała hipokryzji. Pomogli mi bardzo w różnych sprawach, nie da się ukryć, że wielki chłop się przydaje.

    Mirka coś bardzo apatyczna i osowiała. Ożywiła się na przyjazd Młodej, ale wystarczyło, że dziecko znikło, pies powrócił do niemrawego leżenia bez kiwnięcia ogonem. Mam nadzieję, że jest zdrowa, a to po prostu starość, albo może pogoda upalna ją wykańcza.

    Komentuj (15)



    Z serii co głupiego zrobiłam w życiu

    20 maja 2018, 10:06

    Jak miałam 9 lat, tuż przed Komunią, rodzice dostali nowe mieszkanie. Osiedle daleko za miastem, całkiem nowe, budowane od podstaw. Na poczatku były tylko dwa bloki, trzeci zaczynali stawiać. Wszędzie walały się rusztowania, doły z wapnem, jakieś pręty, płyty, jak to na budowie. Za sklep robił barakowóz postawiony pomiędzy dwoma blokami. Jakie tam były zabawy w berka, a jakie boskie możliwości zabawy w chowanego! Rusztowania dawały wyjątkowe możliwości gry w gumę! Oczywiście, dzieciaki, jak to dzieciaki, połączone koniecznością wspólnych dojazdów do miasta do szkoły, a i po szkole jakoś trzeba było spędzać czas, zaraz pozbijały się w paczki wiekowo / klatkowe.

    Było dwóch takich braci. Tzn było ich trzech, ale trzeci w wózku. Najstarszy musiał się nim opiekować. Wszędzie targał ze sobą wózek, a potem małego bachorka - w sumie dziś się zastanawiam, dlaczego na jego głowie była aż tak totalna opieka nad maluchem i nie wiem. Siłą rzeczy natychmiast zyskał ksywę Niańka i był przez to, mimo, że najstarszy, obiektem niekończących się drwin - z racji zajęcia jego aktywność w fantastycznych zajęciach, jakim było zwiedzanie budowy po ćwiartce rusztowania, analizowanie budowy skomplikowanego układu piwnic, sprawdzanie głębokości i zawartości stawku itp - była mocno ograniczona, chociaż bardzo chciał. Chyba mu się podobałam, bo w tych rzadkich chwilach, kiedy nam towarzyszył - z brzdącem, czy bez - starał się nawiązać ze mną rozmowę. Ale wiadomo, ja, 9, 10 lat, pstro w głowie, gdzie tu o chłopakach, chłopaki som gupie i sie bijom.

    No i kiedyś wracamy ze szkoły, jak zwykle banda. Przed nami Niańka, który musiał iść prędzej, wiadomo. No i obejrzał się na mnie - ten moment zapamiętam do końca życia - mrugnął, i wyciągnął znienacka mały bukiecik kwiatów polnych, i zostawił pod kamieniem, który musiałam mijać.

    Wiecie, co zrobiłam?

    Idąc tamtędy, wzgardliwie zdeptałam ten bukiecik.

    Pożałowałam tego 2 sekundy później, widząc wzrok Niańki. Od tego momentu w ogóle przestał się z nami zadawać, znalazł inną paczkę, bardziej w jego wieku, a na mnie już nigdy nie zwrócił uwagi.
    Dorośliśmy, moje życie, wiadomo, kanał, on skończył jakieś tam studia, związał się z dziewczyną, też z osiedla, ale z nowych bloków, ślub, dzieci, dom. Pozostał w Polsce w przeciwieństwie do swoich braci, często odwiedza rodziców, więc się widujemy i zawsze miło parę słów zamienimy. Wczoraj spotkałam go w ogrodniczym, sadzonki, biohumus, psikadła na robale. Wymieniliśmy opinie na temat ich skuteczności i kosztów, ale jak zawsze, miałam w głowie ten moment zdeptania kwiatków. Zawsze pamiętam o tym momencie, kiedy go spotykam, samego czy z rodziną. To mi tak wisi, jak wyrzut sumienia, bo nigdy wcześniej, ani nigdy później nie zachowałam się celowo tak okrutnie, tak bezwzględnie, i podle. A z drugiej strony, Niańka wyrósł na fantastycznego faceta, sympatycznego, ogarniętego, zaradnego, ja, pod względem damsko męskim - porażka totalna, więc w duszy tak troszkę smuteczek i żal. I zastanawiam się cały czas, czy on to w ogóle pamięta, czy mu to gdzieś wbija się igłą we wspomnienia, czy spłynęło jak po kaczce i zaginęło w czeluściach niepamięci. Jesli mogłabym coś zmienić w przeszłości, to by było właśnie to - nie zdeptałabym tego bukieciku stokrotek i innych mleczy. Już nawet nie po to, aby snuć marzenia, co by między nami było, GDYBY - ale aby się pozbyć z sumienia tego wyrzutu, że zachowałam się jak świnia - i wiek tu mnie nie usprawiedliwiał.

    Och, Niańka, Niańka, skierowałeś swoje małoletnie, nad wiek dojrzałe uczucia w stronę smarkuli, która na to nie zasługiwała, a jej jedyną zaletą były odwaga, bezczelność i burza kręconych włosów.

    Komentuj (5)




    Szablon wykonała Effy, pobrano z szablony.blogowicz.info
    Wspierane przez: Blog & dodatki na bloga.
    Grafika: Weheartit