• 2017

  • listopad
  • październik
  • wrzesień
  • sierpień
  • lipiec
  • czerwiec
  • maj
  • kwiecień
  • marzec
  • luty
  • styczeń
  • 2016

  • 2015

  • 2014

  • 2013

  • wrzody różne

    12 listopada 2017, 19:59

    To były tak cholernie męczące dwa tygodnie, że nie da się tego opisać. Fizycznie i psychicznie mnie to wycieńczyło tak, że mogłabym wyć. Do grafiku doszło jeszcze parę urzędów, jeszcze parę wycieczek, a ciężko się to wszystko robi słuchając tych wszystkich chorych zwierzeń o przeszłości, zmagając się z mentalnością człowieka, przyzwyczajonego przez żonę do obskakiwania na każdym kroku. Córciaaa, podaj to, tamto, zrób. Kurwa, ile można mówić, że kosz na brudne pranie stoi w łazience. Nie, gacie i koszulka po każdej nocy i po każdym dniu leżą na łóżku do zgarnięcia. Ja stawałam na głowie, żeby pomyć wszystkie szafki kuchenne - zbędnie, bo ten człowiek nie jest przyzwyczajony sam sobie nawet herbatę zrobić. Oni mają jasny podział - ty przynosisz do domu kasę, a ty zajmujesz się domem i wszystkim innym. Schorowanego człowieka, przyzwyczajonego całe życie do tego, że ma wszystko pod nos stawiane, i wszyscy się do niego dostosowują, skaczą na paluszkach i spełniają życzenia, ciężko dopasować do mojego życia, gdzie wspólnie dba się o dom i uzgadnia wspólnie wszystko. A już trzymanie się mojego skrupulatnego planu tak, aby jaśnie panu wszystko udało się załatwić, co miał w planach, to była katorga - ja mam w zwyczaju mieć plan i się go trzymać, staram się być punktualna, słowna tak, żeby każdy wiedział, że jak ja coś powiem, to tak będzie. A tu, wszystko się jebie na każdy kroku i usiłowanie trzymanie całego grafiku w kupie to jakaś droga przez mękę, kuuurwa nienawidzę takiej rozlazłości i takich toksycznych ludzi. Od zaciskania zębów i sztywnych uśmiechów boli mnie już szczęka, a i mój żołądek mówi jasno - czas na wrzody. Oddałam temu człowiekowi coś, co jest dla mnie najcenniejsze i nie do odzyskania, mianowicie mój wolny czas, i mam nadzieję, że jest tego świadom.

    Przysięgam, ta kasa, którą za to mam, to najciężej zarobione pieniądze w moi życiu. Wystarczy na laptopa i na odkurzacz automatyczny, na szczęście w sobotę były wielkie wyprzedaże na aliexpress.

    Całość przypominała mi jako żywo narastanie wielkiego i bolesnego wrzodu, i na koniec operację usunięcia go w cierpieniu, płaczu i zaciskaniu zębów przed wrzaskiem. Sobota, kiedy w końcu zostałam sama, ze świadomością, że Młoda już na studiach, straszna wizyta za mną, rodzice - mama i wujek - względnie zdrowi, i nie czeka mnie już na razie nic więcej, była jak wyzwolenie umysłowe, jak objawienie, .

    Czuję się chora i wymęczona, jednak nie jest mi dany urlop i wypoczynek, muszę jakoś dotrzymać do świąt. Wytrzymam, żeby nie wiem, co. Choinkę chyba postawię w tym tygodniu, żeby się nią nacieszyć :D nie, choinki nadal nie ma gdzie postawić. Znowu będzie filar obwiązany girlandami i światełkami.

    Jezu, nic nie muszę, nie nie planuję, nic na razie nie będę robiła, NIC! nade mną gdzieś w oddali wisi tylko obietnica "Córciaaaaa, cieszę się z tej wizyty, ma nadzieję, wszystko nam [!!!!!!!!] się udało tak dobrze załatwić, za rok znowu tak miło spędzimy urlop". Za rok to ja mogę już nie żyć, tfu.

    Jak ja kocham swoje mieszkanie, swoją rodzinę, Młodą, Mamę, Wujka, czasami irytujących, ale kochanych i przewidywalnych, troszczących się o mnie, jak ja o nich, pozwalających mi na planowanie, organizowanie i dostosowujących się do mojego czasami zbyt mocno naciskającego sposobu bycia, rozumiejących, że to jedyna opcja, aby w końcu zrealizować coś, co się chce. Że jak chcą ode mnie pomocy w zorganizowaniu wyjazdu do lekarza, to muszą się dostosować jak mówię, że wyjazd o tej i o tej, musimy mieć ze sobą tato i owamto, wracamy wtedy i nie ma odstępstw. Kocham ich wszystkich, kocham moją rodzinę. Są moim wsparciem, moją OHANĄ, moim życiem, moim światem.

    Komentuj (4)



    chcę do lasu

    28 października 2017, 14:07

    Słyszałam kiedyś, że podobno ilość zwojów na mózgu świadczy o jakości jego pracy. Po ostatnim tygodniu, kiedy organizowałam sprawy ojca i kończyłam sprawy służbowe sprawił, że w piątkowe późne popołudnie wyszłam z pracy, czując się, jakbym zamiast mózgu miała kłębek wełny, sponiewierany przez wściekłego kota, dodatkowo chorego na parwowirozę. [swoją drogą, dziwna sprawa, słowo "parwowiroza" napisało się samo, i dopiero jak je zobaczyłam napisane, zastanowiłam się, skąd je mogę znać i co oznacza. Sprawdziłam, w sumie nawet prawidłowo go użyłam. dziwne.] Mózg mi rozlatuje się na strzępy, fragmenty odstają na boki, obślinione, obgryzione i bezsensowne, rozdarte na sto stron naraz, wyglądające żałośnie, nie do użycia już nigdy więcej. W końcu urlop.

    Jednak jak wielka jest siła zdolności regeneracji u człowieka, to mnie nigdy nie przestanie zadziwiać. Sobotni poranek od 3 tygodni zarezerwowany na fryzjera, ale zaraz potem zakupy, pies w bagażnik i do lasu. Dla mnie to jest jakieś magiczne miejsce, źródło siły, relaksu, odpoczynku, odrodzenia, jakkolwiek durnie i patetycznie to brzmi. Jadę tam, wdycham sosnowe, czyste, wilgotne powietrze, liście, szyszki, mech szurają pod stopami, cisza i spokój, Mirka tylko zwiedza chaszcze. I zaczynam fizycznie czuć, jak te moje pokręcone zwoje mózgowe zaczynają się pomalutku znowu scalać, prostować, łączyć, wygładzać, sączy się cisza, przestaję myśleć o 300 rzeczach naraz, zaczynam czuć bicie swojego serca, czuję, że jednak żyję i może jest szansa na to, aby mnie nie wywieźli w kaftanie. Nie ma już w lesie nikogo, parę grzybów się uchowało, ale ja tam już nie po grzyby pojechałam, ale po to, aby poczuć ten spokój, powietrze i ciszę.

    Gdzieś w moich genach jest jakiś dziki, prymitywny człowiek sprzed tysięcy lat, bojący się hałasu i zamieszania, najlepiej czujący się w cieniu, w lesie, ubrany w futra, tulący się do drzewa podczas burzy, zbierający i jedzący korzonki, i srający w kucki. Nie nadaję się na mieszczucha, chociaż oczywiście chętnie żyję w cywilizacją za pan brat, korzystając z auta, internetu i centralnego ogrzewania. Ale gdybym mogła mieć to wszystko, mieszkając lesie, pracując zdalnie, to nie wahałabym się ani chwili. Kanada - Kanada - Kanada. A już na pewno nie chciałabym mieszkać w żadnym dużym mieście, nie mając możliwości dojechania do lasu w 10 minut, aby w odosobnieniu położyć się na mchu i spojrzeć w korony sosnowe wysoko nad sobą.

    Sprzątam teraz w domu od niechcenia, świeża pościel, pranie, żeby na zero, koce, odkurzanie, ale bynajmniej nie czuję przymusu i stresu. Robię co mi się chce, czytam w międzyczasie, rozmyślam, co z tortem na za tydzień, bo teraz na pewno nie, zero spiny. Mimo napiętego grafiku, muszę coś z tego urlopu mieć dla siebie.

    Komentuj (5)



    listopad już

    26 października 2017, 19:10

    Jestem już tak zajechana, że ledwo na oczy widzę. W poniedziałek szanowny pan ojciec się zjawia w moich progach - przywieziony ofkors z lotniska - grafik na tydzień mam już tak ściśle zapełniony, że nie do końca widzę czasu na jedzenie i spanie, ale na pewno zdążę wziąć kawałek chleba w łapę podczas jazdy z psem do lasu, bo tego nie odpuszczę. 9 wizyt u 5 lekarzy, bank, notariusz, trzy urzędy, dodatkowo usługowe zakłady typu zdjęcia, dojazdy na ćwierć Polski moim biednym pełnoletnim autkiem, a przedtem wysprzątanie chałupy na błysk nad błyski, i upieczenie tortu, bo efekty moich starań się wyjątkowo panu szanownemu spodobały - będę miała czym wypełnić urlop, bo bez tego zapewne bym się nudziła :D
    Przecież to będzie jazda bez trzymanki, tym bardziej, że ojciec do łatwych charakterów nie należy.

    Może jestem wyrodną córką, ale jak za to wszystko nie da się naciągnąć na nowego lapa dla tej wyrodnej córki, to przysięgam, że to będzie ostatni tort, jaki on ode mnie zobaczy :D

    Samochodem jeździ się już bardzo ciężko - wszystko jest przyspieszone o 2 tygodnie, więc tak jakby już listopad od dawna. Liście lecą z drzew, wichury, błoto, ciemno, zimno, bynajmniej nie złota polska jesień. Psychicznie to męczy. Dlatego tak nie lubię listopada.

    Marzy mi się miesiąc nudy. Żeby się snuć, nie mieć nic do roboty, nudzić się, ziewać, oglądać głupie seriale jeden za drugim, puzzle układać, porządkować stare zdjęcia z kartonów, łazić po sklepach i słuchać christmasowego hałasu. Jest takie powiedzenie - na emeryturze sobie odpoczniesz. Ale jak pomyślę, ile to lat jeszcze, to mi słabo.

    Komentuj (2)



    rozrywki

    15 października 2017, 21:26

    W piątek wieczorem, planując próbny tort na ważną okoliczność ostatnich nastych urodzin mojego dziecka, mając już upieczony biszkopt, pojechałam do marketu po dodatkowe ozdoby. Tyle tylko, że zapomniałam, że już się wykąpałam i zdjęłam soczewki, a i okularów zapomniałam włożyć. Zorientowałam się dopiero w połowie drogi, że coś słabo widzę drogę, ale jechałam boczną drogą, z głęboką wiarą, że jakoś to będzie. No i cóż, jednak źle się skończyło, bo nie wiem, jak to się stało, ale kupiłam pościel flanelową w świątecznym wzorze. Cholera, nigdy więcej bez okularów się z domu nie ruszam.

    Tort wyszedł boski, imponujący, chaos i bogactwo, czekoladowy barok. Słodki do zemdlenia, nie sposób zjeść naraz więcej niż pół kawałka, ale ponoć taki ma być. Odkryłam przy okazji wspaniały sposób na robienie ozdób czekoladowych. Jako, że rękaw cukierniczy to coś, z czym się nie zgadzam, jako zamiennik wymyśliłam strzykawkę. Grubaśna, najgrubsza jaka była w aptece, znakomicie zastępuje szarpanie się z rękawem, którego boję się używać, bo jak nawet nałożę krem do środka, to boję się, że się rozpuści od ciepła moich rąk. A strzykawka elegancko, delikatnie, muszę nabyć zapas.

    Piesek pomału godzi się z sytuacją, ja nadal nie. Ale robię co mogę, żeby nie myśleć, sprzątam rozmaite zakamarki, od dawna nie ruszane, zrobiłam sobie wykaz takich zakątków, szuflada apteczkowa, szafka z torbami, karton schowany w łóżku, i takie tam, i sukcesywnie je obrabiam. Diagnoza, rolnik, ślub, randka, survivor, wyspa, telewizja nie daje się nudzić, chór, rodzice, praca. W firmie doroczna impreza integracyjna, bez motywu wiodącego, ale fantastyczna i bez tego udana, przetańczona, przejedzona, przepita, a przede wszystkim przegadana i prześpiewanana. W tym roku postanowiłam bawić się po całości, bez wracania na noc do domu, wzięłam sobie nocleg tuż obok, i jeszcze miałam przyjemność porannej wizyty nad morzem, pierwszy raz w tym roku zresztą. Bułka, rybka prosto z kutra, końcówka coli zwędzona z imprezy, morza szum, w głowie szum, czułam się wyśmienicie. Kupiłam jeszcze węgorza wędzonego dla mamy, co prawda zrujnował mnie ten kawałek już doszczętnie :D ale mamie się należy, wspiera mnie bardzo, bardzo.

    Grzybów finisz, ale coś się ciepło zrobiło, może jeszcze odbiją :)

    Komentuj (4)



    piki emocji

    08 października 2017, 20:44

    Nie, no, ja nie mogę spokojnie poużalać się nad sobą, pogrążyć w rozpaczy i szlochu, a w końcu popaść w żałosną i ponurą rutynę dnia codziennego. Plany ostatnich lub przedostatnich grzybów na weekend skutecznie, acz bosko radośnie popsuło mi dziecko, które postanowiło odwiedzić rodzinę, oczywiście, niespodzianie. Byłam tak zszokowana i rozemocjonowana, że wstyd powiedzieć, ale poryczałam się w sekundę i jednocześnie zesikałam się w majtki. No cóż, zdarza się w najlepszych rodzinach, nie? Ta dobra była kochana, wcale nie jakbym widziała się z dzieckiem tydzień wcześniej, ale z pół roku. Popłynęłam na kasę, jasne, bo trzeba kupić nową kurtkę, ciepły sweterek, czapkę, obiad w słoiki na wyjazd do akademika etc. Młoda wiedziała co robi, bo zaraz wyznała z ociąganiem, że za tydzień wyjazd na obóz, a za dwa na biwak, zamiast na urodziny do domu, więc od teraz to dopiero za trzy tygodnie przyjedzie. Cóż.

    To będzie ciekawy weekend, bo w poniedziałek przed Wszystkimi Świętymi zaszczyci mnie swoją obecnością mój ojciec. Muszę przymusowo wziąć 2 tygodnie urlopu, żeby go poobwozić po Polsce, urzędach, cmentarzach, rodzinach, lekarzach i stomatologach. Przy czym plany ojca są tak intensywne, że chyba nie zdaje sobie sprawy z realiów polskich, kolejek, rejestracji itd. Zła trochę jestem, bo miałam nadzieję, że jednak wezmę urlop w listopadzie / grudniu po to, aby jednak odpocząć, po raz kolejny się nie uda. No to teraz obiecuję sobie w okolicy Bożego Narodzenia długi urlop...

    Po raz kolejny wychwalam sama siebie przed sobą, że mimo grupowego stukania się w głowę, uparcie jeździłam na grzyby i suszyłam je zaraz. Bo grzyby się tak jakby skończyły. Dziś po pracy musiałam, po prostu musiałam, wziąć sierścia na sznurek, torbę w łapę i pójść do lasu. Ostatnie chyba 5 tacek się suszy. Może za tydzień jeszcze się uda? Do lasu i tak będę jeździć, ten skok adrenaliny u psa, kiedy wyskakuje z auta, czuje woń natury i budzi się w nim instynkt dzikiego zwierza, jest nie do podrobienia.

    Komentuj (3)



    żałość, ech

    30 września 2017, 12:09

    Nic na świecie, żadne rozważania, teoretyzowanie, przewidywania, myśli, plany - nie jest w stanie przygotować na to, co będzie. Świadomość tego, co ma się stać, nijak się ma do samopoczucia w momencie, kiedy to coś się już dzieje.

    Wiedziałam, że będzie źle, bo jakże inaczej miałoby być? Młodą sobie zaplanowałam, zrobiłam, urodziłam, wychowałam, zgodnie z planem, krok po kroku. Chciałam ją mieć od samego początku, a okazała się dla mnie idealna - dokładnie tak jak chciałam. Grzeczne dziecko, uprzejme, niegrymaśne, patrzące ze zdumieniem na wrzeszczące dwulatki w sklepie tarzające się po ziemi. Dziecko otwarte na świat, płaczące tylko w konkretnych powodów, z pogodą ducha i wytrzymałością godną dorosłego znoszące rozmaite dzikie pomysły swojej matki, akceptujące wszystkie wynalazki, plany, przeprowadzki, przemeblowania, dziwnych facetów, stojące za mną murem, lojalne do upadłego, stanowiące wraz ze mną prawdziwą komórkę społeczną, tym ściślejszą, że i mi, i jej, zdarzały się potknięcia, udowadniające nam wzajemnie, że nie jesteśmy idealne, i dlatego tym mocniejsza była więź między nami. Z wiekiem jej pomoc, zarówno czysto fizyczna, codzienna, zakupy, spacer z psem, sprawy domowe, wynieś słoiki do piwnicy, zawieź pranie do babci, wymyśl nowe ustawienie kanapy, zapłać podatek w urzędzie - ale i wsparcie psychiczne - "Mamuś, jesteś wspaniała, dasz radę, kocham cię, pewnie, że czekam, daj, poniosę", śmiechy, wspólne filmy i programy, czytanie w myślach, prezenciki na co dzień - stały się nieocenione, niezbędne, sprawiły, że jej bliskość zastąpiła mi wszystko inne, a każda inna osoba w życiu w zasadzie jest zbędna.


    Nie wiem, czy mi padło coś na łeb? czy znowu jakieś zaćmienie umysłowe? Jak mogłam nie dość, że się zgodzić, to jeszcze zachęcać - tak, córeczko, fajne te studia, ambitne, przyszłościowe, na tyle techniczne, że rzadkie i specjalistyczne, ale jednocześnie związane z Twoimi zainteresowaniami i nie do końca ścisłe, tu nie ma takiego kierunku, a tam, wielki ośrodek naukowy, handlowy, cywilizacja, kultura. Będziesz mogła zrobić karierę, wyjechać za granicę, ale i znaleźć miejsce pracy, gdybyś zechciała u wrócić.

    Jasne, sama pod sobą wykopałam dołek.

    Nic nie mogło mnie przygotować na to straszne, dzikie szarpanie rozrywanego serca, w miarę, jak zbliżała się chwila, kiedy definitywnie zostawiłam ją pod drzwiami akademika. Ze świadomością, że już nic nigdy nie będzie tak jak było. Pewnie, będzie przyjeżdżała czasami na weekendy, święta, ferie zimowe, może na wakacje, jeśli nie będzie miała wtedy praktyk czy pracy, czy wyjazdów ze znajomymi? nową rodziną? Nie wiem. Ale już nie będzie tu mieszkała, nie mam co liczyć na jej pomoc, nie będę miała kogo budzić z rana głaskanie po dłoni, nie będzie miłego malinowego zapachu wszędzie, gdzie to dziecko stanęło, nie będzie wariackich filmików z youtuba i wrzasków "mamaaaaa chodź zobacz, jaka beka!", nie będzie dzielenia się skarpetkami, rajstopami, koszulkami. Kto ją teraz dopilnuje, żeby wkładała koszulkę w majty, albo żeby w ogóle tę koszulkę pod spód włożyła? Kto jej zrobi syrop z cebuli i miodu, a zostawiłam ją przeziębioną? Kto mi zrobi herbatę z cytryną w proporcjach idealnych dobrze poznanych przez lata? Kto wyznaczy trasę w czasie wycieczki będzie pilotował absolutnie bezbłędnie?
    Takich retorycznych zapytań "A kto teraz..?" jest setki, tysiące, i zadanie każdego, w miarę, jak jej nieobecność staje się coraz bardziej dotkliwa, rodzi coraz więcej łez i cierpienia, wynikającego z poczucia beznadziejności i braku szans na powrót tego, co było.

    Nie mogę sobie nic zarzucić - od samego początku cieszyłam się każdym dniem z tym cudnym, kochanym dzieciakiem, chłonęłam każdą chwilę, starałam się nie zmarnować ani chwili, bo wiedziałam, że czas nam danym, jest ograniczony i kiedyś się skończy, ale do chuja, czemu tak szybko!!!! ja się jeszcze nie nabyłam z nią, nie mam jej dość, nie chciałam jej wyjazdu, nie pytałam sama siebie sarkastycznie, kiedy w końcu zejdzie z mojego karku, nie czekałam na jej nieobecność jak na zbawienie. Pamiętam wszystko, jak ją robiłam, ciążę z przejściami, poród z wrzaskiem na cały szpital, objawienie, kiedy małe, ale już niemal czarne oczy zerkały sponad pogryzionych do krwi piersi, pamiętam dumę, kiedy poszła do żłobka bez żadnej dyskusji i marudzenia, otwarta na nowe przyjaźnie, później starszaki, później moja załamka, jak JUŻ JESTEŚ TAKA DUŻA, ŻE IDZIESZ DO PRZEDSZKOLA! I zerówka, szkoła, komunia, piesek, nowy członek rodziny, gimnazjum! tu już zaczęło być groźnie, ale i zabawnie, utracona opcja z emigracją, w międzyczasie choroba wszystkich bliskich wokół nas, liceum, nowe mieszkanie, w końcu nasze, nowe, wspaniałe, moje jeżdżenie, jej jeżdżenie, wszystko pamiętam jakby to było niedawno, kwestia ostatniego roku, a nie niemal 20 ostatnich lat. Nie rozumiem, jak to się mogło stać, ja się nadal czuję młodą dziewczyną, która miała malutkie dziecko.

    A teraz już nie mam malutkiego dziecka - tylko odległą studentkę, która wkroczyła w świat dla mnie obcy, daleki, który chłonie z otwartymi ramionami, nie oglądając się do tyłu, witając swoją przyszłość.

    Niby normalka, nie ona pierwsza i nie ostatnia, ale boli tak strasznie, że oddechu złapać nie mogę. Po chuj było się tak przywiązywać, być tak blisko, tak emocjonalnie związaną, po co było mieć najlepszą na świecie przyjaciółkę, na której mogłam polegać w każdej sekundzie - ale i dla niej być wsparciem i światem.

    I nawet nie mogę życzyć sobie, żeby wróciła - chcę przecież, żeby osiągnęła w życiu sukces, miała świetne wykształcenie, kochaną i kochającą rodzinę, dobrą pracę i wiem, że to niekoniecznie musi być koło mnie. Cóż, dzieciaki wyjeżdżają nie tylko 200 km dalej, ale 500 i 1000 i za ocean, i zostawiają rodziców daleko za sobą. Nie rozumiem, jak ludzie to znoszą, jak kobiety dają sobie z tym radę, bo psychicznie to jest rzeźnia. Pewnie przyzwyczaję się, nie zmniejsza to jednak tego ohydnego ściśnienia w żołądku teraz.

    Wydawało mi się, że jej wyjazd da mi wolną rękę do tego, aby zająć się swoim życiem osobistym, w końcu na spokojnie poznać kogoś normalnego, miałam nawet w komórce całą listę czekających cierpliwie prawie lowerów, których cały czas zwodziłam październikiem - ale teraz tego nie widzę. Nie chcę nikogo, chcę być sama, aż w końcu moje użalanie się nad sobą sięgnie dnia i może wtedy się odbiję i zacznę żyć pełnią samotnego życia. Póki co, idę otworzyć kolejne pudełko z chusteczkami do smarkania.

    I weź jeszcze znoś psi żałosny wzrok, wbity we mnie z wyrzutem "Tym razem matka, zjebałaś sprawę po całości".

    Komentuj (11)



    jesień za oknem

    23 września 2017, 21:40

    Noooo zaczyna się wypływa kasy na sprawy, o których nawet bym wcześniej nie myślała :D deska do krojenia, noże, patelnia, rondelek, miseczki, sztućce, talerze - problem jest taki, że ja na nowe mieszanie 3 lata temu kupiłam wszystko nowiutkie, w zestawach, i zwyczajnie nie mam jakichś starych, pojedynczych egzemplarzy, nie oddam i nie rozczłonkuję na części kawałka ukochanego mieszkania z wyposażeniem :D FARTUCH :D na zajęcia laboratoryjne. Ale HEJ! Młoda w drugim podejściu dostała akademik i to powoduje we mnie taką euforię, że niech już będzie ta patelnia i rondelek, co tam. I cała reszta w rodzaju nowej kurtki, butów, torby, no co za szczęście, że w przewidywaniu tej chwili ściubiłam każdą większa kasę, premię, zwrot podatkowy, zwrot zaległych alimentów od babci, i teraz mogę spokojnie, z komfortem powiedzieć do Młodej, która jak ja ma skrupuły przy każdym dziwnym wydatku - bierz dziecko, bo na czym będziesz patelnię smażyć.
    Tu bym chciała serdecznie podziękować Eukaliptusowi dwóch notek temu, która zaoferowała się przechować Młodą na te ewentualne dwa miesiące, mnie zawsze rozkłada na łopatki czyjaś chęć pomocy osobie, której w życiu nie widziały na własne żywe oczy. Szczęśliwie ten akademik, ale te paręnaście dni, kiedy przyszłość rysowała się ciemno, było dla mnie stresem, tak więc dzięki serdeczne, Kochana! :*

    Grzyby zaliczyłam w piątkowy popołudnio-wieczór, doprowadzając rodzinę do rozpaczy swoim szaleństwem, czy oni nie wiedzą, że mam ze sobą psa? poza tym jestem w miejscu 3 km od domu, gdzie z jednej strony szosa, a z drugiej tory i doprawdy nie sposób się zgubić, a Mirka stanowi dla mnie taką ochronę, że nawet jak jest na smyczy, to nikt nie podchodzi, każdy boi się czarnego wrednego ryja, nie mając świadomości, jak kochany, łagodny i spokojny pies to jest, i nie mówcie nikomu, ale trochę tchórzliwy, więc jak tylko się ściemniło, ciągnęła mnie do auta jak jakiś struś pędziwiatr. No i co, 4 tacki po ususzeniu się uzbierały z godzinnego przelotu. Tak więc żądza grzybowa została zaspokojona i sobotni poranek i przedpołudnie mogłam spędzić na ostatnim praniu wyciągniętych jesiennych kurtek, swetrów, i przeznaczonych do schowania letnich sukienek oraz na upłynnianiu kasy na wieszaki do szafy na przykład. Mama zaproponowała, abym wzięła ze sobą komplet firanek :O ale to jednak wydaje mi się zbyt daleko idącą próbą, zwłaszcza, że nikt nie wie, jak te pokoje w akademikach teraz wyglądają. Na pewno są w środku lodówki i umywalki! alleluja. Na wszelkie wypadek wieziemy wszystko, bagażnik w aucie duży, w razie co zabiorę z powrotem. Ale firanek nie biorę :D Młodej pokój przypomina jakieś pobojowisko. Ustaliłyśmy plan, że walizki do auta wkładamy sukcesywnie, jak psa nie ma w domu - Mirka źle reaguje na obrazy szykowania się Młodej do wyjazdu, jest markotna, smętna i przeżywa. Wychodzić też będziemy na raty. Ponadto wzięłam sobie do serca wszystkie Wasze rady :)

    Po przeliczeniu dni w kalendarzu odpuściłam sobie wyjazd służbowy, chociaż pożądany przeze mnie i przydatny w drodze kariery służbowej, nie wyrobiłabym, Młoda co prawda musi się usamodzielniać, ale jednak czuję się w obowiązku dopilnować osobiście wszystkiego co bierze, rozplanować wyjazd, przyjazd, i z trudem się hamuję przed pójściem na inaugurację roku akademickiego i dopytanie dokładnie, kto jest wychowawca klasy i kiedy termin wywiadówki. Jak również pójścia z kawą, flaszką, ciastem, czymkolwiek, do kierowniczki akademika z prośbą o zerknięcie czujnym okiem na życie mojego dziecka. No nie mogę tego zrobić, nie mogę, czego mogłam ją nauczyć przez tyle lat, to nauczyłam, reszta musi toczyć się swoim torem, Młoda musi popełnić swoje błędy, marzę o tym, aby jak najmniej, aby zapamiętała błędy moje z młodości, o których snułam jej barwne opowieści [nie wszystkie rzecz jasna, część poznała pod hasłem "znałam kiedyś jedną panią, która..."] i umiała na ich podstawie budować własną strategię na życie.

    W środę pod wieczór wyjazd. Nocleg u rodziny. Rano w czwartek badania. Potem wprowadzka do akademika.
    I na tym się chyba moja rola skończy. Aha, no te przelewy co miesiąc i może jakieś słoiki z domu :D

    A w gazetach piszą, że zima stulecia przed nami. Ja to wiedziałam miesiąc temu, jak 20 sierpnia się okazało, że bociany odleciały. Ech, czuję, że to będzie jazda bez trzymanki.

    Komentuj (9)



    leniwa niedziela i to w miarę ciepła

    17 września 2017, 09:03

    Nakładem mojego porannego wstawania w soboty i wyciągania niechętnej Mirki na eskapady leśne udało mi się zgromadzić już 13 l suszonych grzybów, i dopiero teraz się uspokajam wewnętrznie, moja podświadoma potrzeba zrobienia jak największych zapasów na zimę troszkę została zaspokojona. Są dwie sałatki w słoikach, są buraczki, soków ani kompotów nie robiłam, bo są jeszcze z poprzednich lat, mało używane, a owoce były pierońsko drogie...

    Mam silne postanowienie na jesień, wiadomo, w związku z uczciwym przekalkulowaniem potrzeb Młodej na studiach i dość miernym bilansie zdecydowałam na maxa zużywać wszystkie zapasy, które mam i nie kupować nic, czego nie potrzebuję naprawdę mocno i bezwzględnie. Czyli - poza psim mięsem w zamrażarce muszę zejść do zera. Z konserwami takoż. Tak samo z herbatami, których mam chyba ze 30. Kawy Inki i rozmaite Anatole - zostaną wypite najpierw. Makarony - zjedzone do zera, nawet z jakimiś gównianymi sosami z torebki, których tez mam jakiś awaryjny zapas. Ryż, kasze, tak jakby trwał jakiś kataklizm. To wszystko + jeszcze parę pomysłów + nadpłata w mieszkaniówce na jakieś 4 tysiące powinno mi wystarczyć na spokojne życie do końca roku, a potem się przekonam, jak to naprawdę wygląda, bo szczerze, nie mam pojęcia, jakie prawdziwe koszty studiów będą - ile kosztują książki, nie wiem notatniki, dojazdy, higiena, jakieś praktyki, wyposażenie? w najlepszym razie będę miała po prostu spore oszczędności, w najgorszym, wyjdę na zero, inaczej tego nie widzę.

    Rozmyślam ponadto o kredycie studenckim, jako o źródle taniej gotówki. Jeśli już, to plan mam taki - Młoda bierze kredyt, przypuśćmy 500 zł / miesiąc. Ja jej dosyłam drugie 500. Ze swojej strony wrzucam dodatkowo 800 na konto odrębne, aby tam zbierała się gotówka. Przy czym te kwoty 500, 800 są symboliczne, bo de facto Młoda będzie potrzebowała sporo więcej na przeżycie. Więc mowa tu o proporcjach.

    I teraz - w razie jakby coś, była potrzebna znienacka większa kasa - to ona tam sobie będzie, awaryjnie czekała, bez konieczności uruchamiania kredytów na normalnych warunkach.

    W razie gdyby takiej potrzeby nie było, to po studiach będzie jak znalazł na spłatę kredytu studenckiego od razu, żeby nie zaczynać życia z długiem, plus na pewno zostanie jeszcze ekstra coś, chociażby z różnicy kwot i odsetek za kapitał. Co za szczęście, że dyscyplina finansowa weszła mi w krew i nie mam kłopotu, aby sobie odmówić czegokolwiek, do momentu a mogę sobie na to pozwolić, albo zrezygnować całkiem! To mój wielki powód do dumy - że tego kredytu tak naprawdę nie muszę brać, że żadnych rad, ani kredytów nie mam, chociaż zgódźmy się, że Audi pełnoletnie to nie jest szczyt moich marzeń, a i w tym roku na przykład odmówiłam sobie wielu wyjazdów na cudowne koncerty, których, jak to zwykle w sezonie, było pełno.

    W piątek na ten przykład byłam na jednym z niewielu, bilety były względnie niedrogie i kupione na długo wcześniej, zanim dopadła mnie świadomość nędznej przyszłości. Występowali soliści chóru Teatru z naprawdę wielkiego ośrodka kulturalnego, dali absolutnie niesamowity występ, który wręcz powodował u mnie ciary co chwila. i byłam szczęśliwa, mogąc tam sobie siedzieć i słuchać Carmina Burana, w takiej aranżacji, że wyrywała z butów. Ale na przykład w październiku będzie znowu zarąbisty koncert, ale bilety 60 zł już niestety wykraczają poza moje zasady dyscypliny finansowej, poza tym będzie w piątek, kiedy na bank Młoda przyjedzie do domu, bo to są jej urodziny, więc tort, świętowanie itd. I dobrze, łatwiej będzie odżałować. Filmów mam nagromadzonych setki, poza tym telewizja rozpieszcza, Rolnik, Ślub, Randka, nowy serial na TVN, który naprawdę zostawia konkurencję w tyle, jeśli chodzi o polskie seriale sensacyjne, no i moja biblioteka ukochana, co za szczęście, że takie coś istnieje, a co lepsze, działa prężnie i co i rusz ściąga nowe pozycje. Nudzić się nie będę i bez koncertów i bez kina i bez teatru.

    To co tym uprowadzonym dzieckiem, to jakaś żenada. Ja rozumiem, mazie, szacunek do natury, karmienie piersią, czego jestem zwolenniczką, ale odmawianie dziecku szczepień to raz, że jakieś zacofanie i wiara w chore teorie spiskowe, a dwa, zbędne narażanie dziecka swojego i otoczenia na choroby. I naprawdę to powód, aby stawiać wszystko na ostrzu noża i robić jakieś sceny, histerie, ucieczki, porwania? Czy to, co chcieli w najlepszej wierze zrobić w szpitalu, groziło czymś dziecku? Nie. Nie zawsze w życiu dzieje się tak jak chcemy, o niektórych sprawach możemy decydować, w innych nie i trzeba się z tym pogodzić, i tyle. A jeśli nie, to konsekwentnie od początku stawiać sprawę - urodzić w domu, a najlepiej wyjechać w dzicz, nie szczepić, nie korzystać z lekarzy, samochodów, soczewek, kocyków, tylko upleść z trawy, trzciny i futra padłego dzika kocyk dla dziecka. Takie mam pytanie - gdyby teraz, tfu, dziecko zmarło - wskutek wychłodzenia, choroby jakiejś, zakażenia - czyja będzie wina?
    A szkoda gadać, już widzę ile dyskusji się rozpętało, jeszcze Elbanowscy ze swoją świętą misją dorzucają trzy grosze, dzięki, Opatrznosci, że dziecko mam już duże, ale gdyby kiedyś ta moja Młoda odmówiła zaszczepienia swojego dziecka, to przysięgam, pierwsza porywam jej malucha i pędzę do szpitala :D a ją wydziedziczam z testamentu, który będzie opiewał zapewne na 25 letnie Audi :D

    Plan na dziś - posadzić cebulki kwiatków, które dostałam, na pewno sponiewierać Mirexa w lesie, o kondycję trzeba dbać, gołąbki [ryż z torebki, mielone z zamrażarki, dokupiona tylko kapusta, hehehe] na obiad są i już nawet zawiezione do mamy, pranie zrobione, więc może tylko prasowanie, a co lepsze, NIE IDĘ DO PRACY, huraaaaaa! i plan grzybowy na ten weekend także zrealizowany. W ogóle z tymi grzybami - wiadomo, to lato było okropne, deszczowe, zimne, krótkie. Wczoraj na grzybach spotkałam znawcę tematu i nawiązałam z nim pożyteczną pogawędkę - dziadek lat 78, na rowerze, w kaloszach, kosz w z tyłu, a w nim kozik z I wojny światowej, przecinający powietrze w locie, więc wiadomo, że zna się na rzeczy pan - który oznajmił mi tonem nie znoszącym sprzeciwu, że gąski wysypały, a to niechybny znak, że koniec grzybów. Tym bardziej ufff, że te 13 litrów. Ale oczywiście nie będę ustawała w staraniach, zresztą, wycieczka do lasu, nawet gdyby to miało być tylko wybieganie pieska - zawsze fajna.

    Komentuj (11)



    dziwnie jakoś

    06 września 2017, 22:48

    Młoda zdała maturę, i to niemal super. Co mnie te jej matury kosztowały nerwów, to tylko współpracownicy wiedzą. Wakacje spędziła pracując u mnie w firmie całe dwa miesiące, ale w swoim kierunku, zdobywając wiedzę, doświadczenie i super wpis w CV, oraz, w mniejszym stopniu, kasę na rozpęd na sudiach. Złożyła papiery na 4 kierunki i dostała się wszędzie. Wybrała najbardziej ambitnie, ku mojemu wielkiemu oddechowi. Ale nie tak znowu blisko, jak bym chciała.
    Teraz pojechała na obóz adaptacyjny dla studentów pierwszego roku, a ja mam namiastkę, jak to będzie już niedługo. Pies nafochany siedzi w kącie z miną „wyszłaś z domu z dzieckiem i walizką, wróciłaś bez – ZNIKŁAŚ DZIECKO I TO WOJA WINA, TO TERAZ SE Z TYM RADŹ SAMA”. Dom jest tak totalnie pusty i durny, że nie da się opisać. Jak mogłam kiedykolwiek narzekać, że nigdy nie jestem sama? Teraz będę cały czas, co za kureskie uczucie. Dobrze, że mam chociaż ten swój chór – będę wychodziła do ludzi i miała pretekst, aby nie siedzieć na dupie całą jesień i zimę. Ale bezwzględnie muszę coś jeszcze wymyślić, zanim pochłonie mnie samotność, seriale, czipsy i użalanie się nad sobą. Jakiś uniwersytet trzeciego wieku czy coś? Podyplomówka może? Koło szachowe? Robienie na drutach? Torty są super, aleee zbyt niebezpieczne i kuszące. Pewno będę częściej pisać.

    Piwnicę mi zalało, i to nieraz. Szczęśliwie zanim to się stało, zrobiłam porządek i wszystko stoi na regałach metalowych, ale lęgną się tam komary, lecą mi do domu…

    W pracy ledwo skończyło się jedno zamieszanie, zrobiło się drugie – duży, ciekawy projekt, ale bardzo absorbujący. Sporo niedziel w pracy. Ale też ogromna wiedza uzyskana i doświadczenie. Ciekawe tylko, czy mi to wynagrodzi ten czas, który mogłam spędzać z Młodą, zamiast w pracy – teraz myślę, że będę żałowała każdej niedzieli w pracy. Perspektywa, że będę ją widywała w weekendy, a w czasem pewnie coraz rzadziej – straszna, okropna. Jak to w ogóle ludzie znoszą? Ja już czuję, jakby mi ktoś odrywał serce po kawałku – mając jednocześnie świadomość, że to normalna kolej rzeczy, tak ma być, że nie ona pierwsza i nie ostatnia studentka na wyjeździe, ani ja nie pierwsza nie ostatnia tęskniąca, osamotniona matka.

    Pogoda w to lato była u nas bardzo wątpliwa. Dzięki temu nie dopadła mnie ostuda jakoś okropnie – a tylko troszkę. Grzyby ruszyły już miesiąc temu – w kazdą sobotę budzę się w obłąkaniem w duszy, które każe mi natychmiast wstać, chwycić psa, torbę z nożykiem, kurtkę, kanapkę, wodę i psikator przeciwkleszczowy i ruszyć w las. Pamiętam, że moimi grzybami suszonymi muszę obdzielić mamę, rodzinę z w-wy, ojca, i jego żonę no i oczywiście dla siebie na zimę, wiosnę i lato mieć. Ulubione łazanki dla studentki będą musiały być :) A ni wiadomo, jak dalej tymi grzybkami będzie. Znalazłam sobie fajne miejsce, z dala od ludzi, gdzie grzyb na grzybie rośnie, a psa strach ze smyczy puszczać, bo dzicz wokół. Tym lepiej – nie zmacha się tak sunia, jeśli idzi przy nodze, na odległość półtora metra max, a nie lata wokół mnie niczym pies pasterski wokól swojej owcy – biorąc pod uwagę moje obecnie krótkie, białe kędziorki, w sumie niewiele się to mija z prawdą.
    Za dwa tygodnie kilkudniowa delegacja w w-wie, w tym weekend. Więc też umknie okazja do grzybów. Oooo, zapasy to ja będę miała zrobione. Weków już troszkę jest.
    Bardzo dobrze, bo po uważnym policzeniu kosztów studiowania Młodej wychodzi mi, jakby nie liczyć, na to, że raczej bogata nie będę, i dobrze, że wszystko co w życiu chciałam kupić, to kupiłam, auto ubezpieczone i po przeglądzie, ciuchów mam aż nadto i herbaty pełna szafa. Nastawiam się na mocne zaciskanie pasa i obiadki u mamusi ponownie. Zasilacz do lapa! Tylko to muszę bezwzględnie naprawić… żeby jakoś funkcjonować.

    A jeśli Młoda nie dostanie akademika, to chyba przyjdzie mi gryźć ściany, albo pluć do baku, albo może sprzedawać na ulicy te suszone grzyby w ilościach tonowych. Znajoma doradziła, żeby stancję, jak już, brać tylko na dwa miesiące, przebiedować gdzieś do listopada, a wtedy są nowe nabory do akademików, bo młodzież rezygnuje.

    Nie ma ktoś kąta do przebiedowania studentki przez 2 miesiące w Gdańsku? Sopocie? Jak nie, to ten wpis będzie naprawdę ostatnim, ciężko pisać jak się umiera z głodu :D

    Czy mi się zdaje, czy ten ownlog jakoś dziwnie pomału chodzi teraz?


    Komentuj (6)



    w maju nadal jak w marcu

    07 maja 2017, 10:32

    No dobra, cieplej się nie zrobiło, bynajmniej :D a ma być jeszcze zimniej, co do cholery z tą pogodą...
    Ale w międzyczasie
    -byłam w Londynie w delegacji - jazda lewą stroną była dla mnie tak wstrząsająca, że za nic nie chciałabym tam mieszkać, chociaż zabytkowość i wiek miejsca, oszałamiająca bliskość historii, królów, bitew, książek, przytłacza mnie i przyciąga.

    -szlag trafił moją łękotkę, uszkodziła się, do tego naderwane więzadła i "zespół fałdu", cokolwiek to znaczy. Na razie wzięłam 2 tygodnie zabiegów i mam czekać co dalej, czy może się naprawi samo. Konsultacja na lipiec wyznaczona, i skierowanie wstępne na operację kolanka już mam, ale termin operacji, o ile nic się nie zmieni, na za rok :D Na razie zwyczajnie boli, muszę unikać pewnych ruchów, rower chyba odpada.

    -Młoda przystąpiła do matur. W lutym po próbnych maturach oznajmiła mi z ociąganiem, że chyba ma kłopot z matmą, włosy stanęły mi dęba. Z 30% doszłyśmy do 85%, więc o to się nie martwię. Polski, no cóż, pisze bezbłędnie, oczytana jest, słownictwo ma, więc chyba jakoś pójdzie. Angielski, tu się nie martwię. A potem rzeźnia - biologia i chemia rozszerzona. Dramat. Dodatkowe zajęcia w każdą sobotę od września, plus ekstra korepetycje z chemii MUSIAŁY coś dać. Przeżywam te matury strasznie, tak jakbym nie dość miała stresu, że Młoda za niedługo wypryśnie mi z domu i zostanę sama. Póki co, wszyscy trzymamy za nią kciuki. MOCNO!

    -znowu jestem na etapie, kiedy chcę mieć spokój i nikogo więcej nie chcę, nie potrzebuję, nie mam cierpliwości. Już 5 miłych panów w starszym wieku odpadło, bo nie rozumieli mojego pośpiechu, potrzeb, nawału pracy i obowiązków, a ja... och, brzydzą mnie starsi goście, co mam poradzić:( Bardzo jestem ciekawa, czy po tym, jak zostanę samiutka jak palec za pół roku, stanę się na tyle zdesperowana, żeby jednak się odbrzydzić i przestać grymasić. Póki co, wychodzi na to, że mój charakter to zwyczajna aspołeczna, nietowarzyska dzikuska, świetnie czująca się sama z książką i przed tv, wypisz wymaluj mój dziadek i moja mama. I tylko czysto chemiczno-hormonalny strzał, jak z Ogniem, jest w stanie mnie wyrwać z tej aspołeczności.

    -Mirka starsza psia pani, jest tak kochana, tak słodka, tak doskonale ułożona, że naprawdę zajmować się nią to czysta przyjemność. Prawdziwy członek rodziny, nieustająca pociecha. Jedyny kłopot, jaki mamy, to że jedno z niewielu miejsc do szybkiego wyprowadzania jej zostało zablokowane. Teraz siku na podwórku, a cokolwiek więcej, dalej, to do auta i do lasu, na szczęście 2 minuty autem. No ale to nie z samym psiakiem kłopot :) To duży psiak, nadal wymaga wybiegania, jak się ma takiego psiaka pod opieką, to trzeba ponosić odpowiedzialność za dobre traktowanie.

    Jak mi się coś jeszcze istotnego przypomni, to napiszę. Narka:)

    Komentuj (19)



    wiosno nadciągaj!

    26 marca 2017, 17:36

    Dobra, zrobiło się cieplej, ale nie luźniej w życiu ;) Mama miała na 13 marca wyznaczony termin operacji na kręgosłup, z niewiadomych przyczyn została odwołana, czy też przełożona na nie wiadomo kiedy. W szpitalu odmawiają udzielenia informacji, że niby wiosna i bardzo dużo operacji, bo motocykliści i wypadki. Próbowałam się dobić do lekarza z innego miasta i szpitala, byłyśmy umówione na 13:50 w sobotę w oficjalnej przychodni, gdzie przyjmuje, zarejestrowane, i pocałowałyśmy klamkę, mnie po prostu dobija takie bezsensowne jeżdżenie i brak poszanowania dla mojego czasu! mogłam sobie w tym czasie spokojnie nadrabiać zaległości w pracy, co ostatnio jest moim obyczajem - w tygodniu jestem chora od hałasu, chaosu, nawarstwiających się żądań płynących ze wszystkich stron. Nie wiem, co mam zrobić z mamą, nie dość, że stawy, że serce, że oczy, to jeszcze ten kręgosłup, jest mi jej piekielnie żal i rozrywam się, próbując coś organizować, ale już mi ręce opadają. Kurczę, całe życie była dobrym człowiekiem, pomocnym, postawiła na nogi rehabilitacją wiele dzieci i dorosłych, była szanowanym członkiem społeczności, dobrym sąsiadem, mamą WRGRRHHHRR bardo dobrą, za co ją tak pokarało:(

    Sytuacji nie poprawia planowany do Londynu wyjazd służbowy za tydzień, jak co roku, targi. A do tego wszystkiego szlag mi trafił kolano, uszkodzona łękotka, nie wiem w jaki sposób, ortopeda zmartwiony zlecił mi na razie zabiegi i dodatkowe usg kolana, i mam zapowiedziane, że jak po 3 tygodniach nie będzie poprawy, to mam się szykować na operację kolana.

    Mam świadomość, że to wszystko najprawdopodobniej jest wynikiem wieloletniej nadwagi, z którą walczę od zawsze, i nie rozumiem, jak można akceptować podejście "Jestem gruba i mi z tym dobrze". Sama padam ofiarą chyba takiego podejścia luźnego, konsekwencje są okropne, przecież wcześniej kręgosłup, teraz kolana, mam od tygodnia 44 lata, a czuję się jak wrak człowieka, jak złom wymęczony, sponiewierany przez życie, jakbym już w sumie tylko czekała na śmierć. Skóra ohydna, ciało wiotkie, cud, że przy tym wszystkim włosy szalone nadal, chociaż siwe pod blondem, a i zmarszczki znośne, spodziewałam się gorszych w tym wieku.

    Co do Londynu i kolana - nie daję rady chodzić w obcasach, więc buciorki płaskie ortopedyczne i spodnie odpada mi więc kwestia sukienek, szpilek itd. Tyle dobrego, jeden dylemat mniej :D a i włosy chyba zmienię na wygodniejsze...

    Działki metrów kwadratowych całych 10 nie dam rady przekopać, żebym zeszła. A sadzone niedbale rok temu cebulki narcyzów niespodziewanie zakwitły, radując me oczy :D wyglądają cudnie, a ja tegoroczne wyrzuciłam, co za strata...

    Na urodziny dziecko mnie powitało kwiatami, tortem ze świeczkami, starannie przemyślanymi prezentami, to mi troszkę zrekompensowało te CZTERDZIEŚCI I CZTERY. A to dziecko za miesiąc będzie zdawało maturę, czy są tu jeszcze ludzie, którzy razem ze mną pamiętają, że jak zaczynałam pisać bloga, to ona miała chyba niecałe 3 ? Nie do wiary, jak ten czas leci. Ten miesiąc do matury będzie w jej życiu chyba najtrudniejszym, wspieramy się wzajemnie jak możemy i jestem szczęśliwa, że moja rodzina, chociaż mała, jest zwarta, pomocna i lojalna. Włącznie ze starzejącą się, kulejącą jak jej pani Mirką, która jest pełnoprawnym członkiem rodziny.

    Zaraz po powrocie wyjazd z Wujkiem na kontrolę po chemioterapii, ostatnie wyniki były średnie, tzn nie było poprawy, ale i pogorszenia też nie - te wyniki teraz mają zadecydować, co dalej, czy kolejne chemie, czy też zdrowy.

    Czy ta seria nieszczęść się kiedyś skończy?

    Ach - oglądacie pierwszą randkę w tvp2? Nieco luźniejsza wersja programu o tym, jak zwykli ludzie szukają miłości, uwielbiam to :D najbardziej mi się podoba, że po zakończeniu programu wyświetlają krótkie podsumowanie, co zdarzyło się dalej. Ja oczywiście święcie wierzę, że to wszystko prawdziwi ludzie i bronię swojej wersji do upadłego.

    Komentuj (17)



    zmęczona

    12 lutego 2017, 20:10

    Wiecie, dziękuję Wam bardzo za wyrazy troski i miłe słowa tu i na mailu, naprawdę. To już napiszę - nie radzę sobie fizycznie ani psychicznie z niczym.

    Wujek wylazł z raka, ale walczy teraz ze skutkami ubocznymi chemii - trwa rehabilitacja, długa i męcząca, walka z nauką chodzenia, jedzenia, pisania. Mama, jakby jej mało było RZS i serca, czeka na operację na zaćmę na obydwoje oczu i na operację cementowania kręgosłupa - trzy kręgi się strzaskały przy podnoszenia wujka po którymś upadku. Wożenie ich na badania, walka z przychodniami, poradniami, oddziałami szpitalnymi, brakiem miejsc parkingowych, wynoszeniem wózka z bagażnika, w którym są uszkodzone siłowniki i bagażnik spierdala mi się łeb w każdej sekundzie, wykańcza mnie.

    Ciężka praca wykańcza mnie.

    Temperatura -1000 stopni wykańcza mnie.

    Załatwianie spraw urzędowych dla całej trójki / mama, wujek, ojciec / wykańcza mnie, urzędy są tak samo przyjazne, jak i pracownice szpitali i przychodni.

    Latanie z akumulatorem w aucie wujka, które zdechło od nieużywania, wykańcza mnie. Latam jak osioł za sprawami wszystkich, a swoich nie mogę dopilnować.

    Ojciec chce przyjechać, i ma z tym kupę problemów biurokratycznych, których rozwiązywanie i dowiadywanie się spada na mnie. Fizycznie jestem coraz słabsza, odchorowuję to wszystko, zimno mi z ust już nie złazi w ogóle, dopadła mnie grypa.

    Młoda mogłaby być bardzo pomocna i jest, na tyle, ile może, ale ona ma maturę za parę miesięcy, uczy się jak dzika, do szkoły jeździ nawet w sobotę, w międzyczasie zrobiła prawko, które zdała UWAGA ZA PIERWSZYM STRZAŁEM! teraz zamiast ferii będzie miała praktykę u mnie w fabryce, żeby sprawdzić, czy to jest to, czego szuka, a w ogóle to też jest chora, było na studniówkę ubrać się porządnie jak mama kazała w rajstopy i podkoszulkę, a nie jakieś fiubdździu, hehe. żart taki,m swoją drogą, stroje niektórych dziewczyn na studniówce były WSTRZĄSAJĄCO NIEODPOWIEDNIE.

    Do tego dochodzi Mirka, która zaraz skończy 9 lat, jest kochana i posłuszna, ale to żywe stworzenie i ma swoje potrzeby, trzeba ją wybiegać, wyczesać, nakarmić, ukochać, pobawić się, przewozić rano do mamy, wieczorem do domu, a na dodatek ostatnio dostała jakiegoś raka na ogonie i kto popłynął na 800 na operację, leki i potem dodatkowe badania [nie ma przerzutów, uf]? tak, ja. I woziłam ją nieprzytomną w bagażniku, z tymi jebanymi drzwiami spadającymi mi wiecznie na łeb.

    A na dodatek [nie wiem, który to już dodatek], w takim gorszym dniu, z głową jak bania, poszłam do bankomatu, gdzie wypłaciłam kasę i ją zostawiłam. Wydzwanianie po konsultantach i liniach nic nie dało, ale ja nie odpuszczę, może to nie jest majątek, ale cholera, tyle spraw załatwiam a swoich jakoś nie mogę. Szłam przez miasto i płakałam jak dzieciak, i nikt, nikt się nie zainteresował, i to mnie dobiło ostatecznie, kuuuuuurwaaaaaaaaaa, rozpacz i szloch.

    Albo ten mróz odpuści, albo ja wyląduję w wariatkowie.

    Jakoś teraz faceci się pchają, ale każdy chce coś za coś. Ja nie mam teraz czasu dla siebie, a co dopiero dla kogoś - jestem na etapie życia, kiedy mogę coś ewentualnie tylko brać, a już nie dawać. A nikt nie chce być tak na starcie służącym, pomagierem, przyjacielem, spowiednikiem, szoferem itd. Więc sama, coraz bardziej rozgoryczona i zmęczona, stęskniona, aby jebnąć wszystko i wyjechać do Nowej Zelandii.

    Ale nie, rodzina przecież.

    Nowy Rok spędziłam romantycznie, w piżamodresach, próbując zapanować na spanikowanym od wybuchów psem, który próbował wycyrklować pomiędzy strachem przed wybuchami, a zesikaniem się ze strachu w domu. Wywiezienie jej w środku nocy 5 km za miasto nic nie dało. A dalej to już kolejne wybuchy z innego miasta...

    I po prostu nie chce mi się pisać, bo raz, że nie mam kiedy, a dwa, ileż można pisać to samo, że nadal zmęczona, że nadal wykończona, że doszły nowe obowiązki. Jedyne, co bym teraz chciała, to żeby ktoś mi kurwa, załatwił jakoś bezszelestnie, tę jebaną klapę do bagażnika, bo przysięgam, kiedyś w chwili furii zdewastuję całe auto. Był taki jeden, który mnie chciał, miał dobre intencje. Na prośbę o zajęcie się bagażnikiem odparł, że da mi wizytówkę dobrego mechanika. Na prośbę, aby zajął się wujka kompem, który z niewiadomych przyczyn się nie uruchamiał, powiedział, że on jest tylko informatykiem, nie zna się na zasilaczach [przyczyna była taka, że kawałek plastiku haczył w środku przy włączniku, ale tego się dowiedziałam, po zawiezieniu sama kompa]. Na prośbę, aby pojechał do przychodni dowiedzieć się o mamy wyniki i wziąć od nich numer telefonu [zapisałam źle, miałam godzinę na zawiezienie Młodej na studniówkę, a on miał 2 km do szpitala], zadzwonił na infolinię do w-wy, bo innego numeru nie było w internecie, i dowiedział się, wyników nie ma w systemie. Jasne, że nie - bo to trzeba było pojechać osobiście, jak prosiłam, bo o tym wiedziałam, wyniki już były, numer bez problemu podali twarzą w twarz ponownie. Tak mnie to finalnie doprowadziło do szewskiej pasji, bo pilnie musiałam do szpitala pojechać sama i przez to nie miałam dobrego miejsca na studniówce i nie obejrzałam poloneza w wykonaniu Młodej, że kazałam w wulgarnych słowach opuścić mnie i nigdy więcej nie pojawiać się koło mnie. Na co on przyjechał o północy i próbował przebłagać czekoladą i dwiema pomarańczami - do chuja ciężkiego, mnie, taką zmęczoną, wycieńczoną, budzić o północy, żeby dać czekoladę? Jechać 30 km w tym celu to mógł, a 2 km do szpitala to już nie? nie dla mnie romantyczne gesty, sorry.

    Spierdalać.

    I tyle. Mówię Wam, w tych rzadkich chwilach, kiedy mam siłę na cokolwiek, agresja we mnie wrze i doprawdy bez kija lepiej nie podchodzić.

    Następny wpis za dwa miesiące, jak ju cieplej będzie;)

    Komentuj (25)



    tv

    27 listopada 2016, 21:31

    Czas na szczerość - tak, Ola od Marka to ja.




    Żartuję, kurde, ale palec w górę, kto tak podejrzewał ? :) [poza moją córką, która w trakcie programu co i rusz mierzyła mnie podejrzliwie wzrokiem, kocham to dziecko, bo on przecież powiedział, że Ola jest młoda, zgrabna, piękna i mądra, i moja córka uważa, że to jak najbardziej pasuje do mnie, czy ona nie jest najlepszym dzieckiem na świecie?].
    Marek zachował się jak ostatni osioł. Oczywiście trudno zmusić kogokolwiek do miłości, no ale to on sam wybierał i godził się w konwencją programu. Chociaż oczywiście ciężko nie tylko zakochać się na żądanie, ale już na wstępie dokonać wyboru tylko na podstawie listów i zdjęć, często mocno pozowanych i poprawianych. Jednak mógł to załatwić jakoś inaczej - chociaż szczerze, po poznaniu go na tyle, co pokazywali w programie, wcale się nie dziwię, że panie uciekały.. W ogóle muszę zadać to pytanie, jakim cudem on jechał do Ani autobusem? Jak rolnik może nie mieć samochodu? Czym on wozi gęsi na targ, czy tam do skupu czy gdziekolwiek? na wsi obecnie nie ma szans na życie bez auta, to nie są czasy wozów drabiniastych.

    Zbyszek, no dramat. Po przedostatnim
    odcinku byłam w gronie tych, którzy zszokowani sami sobą zmienili zdanie na temat dziadka, że jako jeden jedyny zachował się jak trzeba, a tu lipa, odrzucił piękną Irenkę [mam sentyment do tego imienia] i okazał się takim samym burakiem jak wcześniejsi dziadkowie. A jaki napalony! To było aż obleśne, dopóki nie okazało się, że chce Irenkę za żonę. Potem znowu się okazało obleśne; ja od początku nie wierzyłam w ten jego ślub kościelny.
    Łukasz, no szok, ale rozmowa z Patrycją była tak emocjonalna, że trzymałam zaciśnięte pięści i mruczałam pod nosem, no Patrycja, trzymaj się, spokojnie, Patrycja...
    Nawiedzony Szymon, tu już w ogóle szkoda słów. Nie spodobała mu się żadna, spoko, mamusia rządzi, spoko, ale kolejny prywatny casting, to jakiś żart chyba, czy on w ogóle spogląda w lustro, albo ma może pojęcie, jak się zaprezentował? jako ostatni cymbał? Która dziewczyna będzie chciała się z nim spotykać, mając świadomość istnienia magicznego kartonu z listami?
    Monika, Tomek to super facet, wcale nie za miękki, zależało mu, i okazywał to, no ale dla kapryśnej Moniki i to za mało. Ona coś czuję, ma taki charakter jak i ja, silna baba i potrzebuje kogoś jeszcze silniejszego, a nie tam wielbiciela.

    Rolnik to Rolnik, oglądałam z zapartym tchem i czekam na kolejną edycję.

    ALE

    Ślub od pierwszego wejrzenia, panie na wysokościach, to dopiero ryje banię! Jakieś tam są dramaty! w ogóle pod kątem psychologicznym to jakieś kuriozum absolutne. Ślub i rozwód to ponoć najbardziej stresogenne
    sprawy na świecie, a tu każą brać ślub obcym ludziom, ja słyszałam o tym programie wcześniej, ale nie mogłam uwierzyć, że to naprawdę. Co oni muszą czuć to ja sobie nie mogę wyobrazić w ogóle. Zamykani w 4 ścianach
    z kimś obcym, który obcością drażni, wymuszana bliskość odpycha, nie do końca usprawiedliwiam zwyczajnie chamskie zachowanie Ewy i Natalii, ale trochę je rozumiem. Mimo to mogłyby chociaż spróbować. Każda scena tam
    burzy moje myśli, budzi chęć płaczu nieomal, że mają szansę ludzi, a tak się burzą, że niby te wybory dobrane psychologicznie, ale jednak nietrafione, że Natalia, która całe życie próbowała usamodzielnić się, dla której ewidentnie kasa jest mega ważna, co może zrozumieć tylko ktoś, kto tak jak ona nie miał nic, dostała gościa, dla którego kasa to pryszcz, który ma kochającą i kochaną rodzinę i dzieli się z nią wszystkim, co ma.
    Jak dla mnie ten program zawiera materiał do badań na co najmniej 3 prace doktorskie.

    Ostatnio zaliczyłam wieczór depresji, dotarło do mnie znienacka, że takie wspólne z Młodą wieczory, z psem u stóp, herbatką, kołderką wspólną na kanapie, filmem, już niedługo będą należały do rzadkości. Że koniec naszych wspólnych przygód, wyjazdów, koncertów. Że już zaczynam odczuwać, na samą myśl o rozstaniu, jakby ktoś mi kawałek duszy wyrywał. Że świat mi ją zabiera. Że chociaż chciałam, aby zdobywała świat, uczyła się, pracowała, kochała, miała przygody, to to wszystko będzie już ze mną tylko jako obserwatorką z daleka. Boże jakie to straszne :((( Jak ja się tego boję! Młoda stała się moją przyjaciółką, powierniczką, najlepszą pomocą, wszystkim! Jak mnie kusi, och, postawić twardo, nie mam kasy na Twoje studia gdzieś daleko, zostajesz na miejscu i mieszkasz w domu. Nie, nie, niech ona idzie i podbija świat, niech ma swoje życie i swoje wybory, tylko czemu tak boli czasami.


    Komentuj (23)



    3 weekendy pełne emocji :)

    04 listopada 2016, 20:47

    Boże, co znowu za weekend pełen emocji. Znienacka dzwoni kumpela, jedziemy na basen w sobotę rano. Ja oczywiście nigdy nie mam czasu na nic, ale na wyjazd na basen to ja mam czas zawsze. 4 godziny wyjęte z życia, zjeżdżałam z rury dla dzieci, wrzeszcząc jak opętana, tak jakby to była rura kilometrowa, biegnąca przez samo dno piekieł, pływałam, siedziałam na bąbelkach i dawałam się biczować masażami i było bosko! Tylko, że zanim pojechałam na ten basen, to już musiałam pojechać rano do mamy załatwić wszystkie sprawy, zakupy, obiad, sprzątanie, więc wszystko w biegu.
    Za to po basenie luz, całe dwie godziny. Po czym z sąsiadem do kina. Sąsiad uprosił, żeby z nim pojechać, bo bardzo chce zobaczyć, a głupio samemu. Ponieważ bardzo pilnuję, abyśmy mieli dobrosąsiedzkie stosunki, zgodziłam się. Chociaż bardzo, bardzo tego Wołynia nie chciałam oglądać. No i miałam rację. Wołyn jest okropny. Okrutny, podłość, krew, okrucieństwo, mord, krew, wylewa się każdym centymetrem ekranu. Oczywiście nie żałuję, że poszłam, co innego słyszeć, że tam zginęło 100 tysięcy ludzi, a co innego zobaczyć, sceny nakręcone bardzo realistycznie. Film uczciwie pokazuje podłość po obydwu stronach. Pokazuje bezsens konfliktów. Pokazuje, że Ukraina od zawsze była zamieszkana przez różne grupy kulturowe, które na co dzień żyły obok siebie, ale wystarczyło kilku podżegaczy, parę prowokacji, kilku szaleńców opętanych wizją zaboru ziemi i ludzi i wybucha potworny konflikt, a z ludzi wychodzą najgorsze, najniższe instynkty.

    kurde

    2 tygodnie, a zaraz trzy, próbuję napisać tę notkę, więc teraz już w skrócie.

    Potem był koncert filmowy, dzięki Cilli77 - dzięki kochana :) Koncert fantastyczny, ale, no sorki, muszę to napisać, Justyna Steczkowska na żywo to ogromne rozczarowanie, co prawda kreacje oszałamiające, no i te rejestry sopranowe, ale śpiewała nieczysto miejscami, zapominała tekstu i jakoś takie, lekceważenie... Natomiast cudowna niespodzianka, objawienie, odkrycie, to Piasek na scenie! Niesamowita charyzma, głos, osobowość BARDZO sceniczna, nawiązywanie kontaktu z publicznością, poczucie humoru, coś fantastycznego. Chętnie poszłabym raz jeszcze wyłącznie dla niego.

    W międzyczasie Młoda skończyła 18 lat. Dla mnie to jeszcze większe przeżycie niż dla niej. Nie mogę w to uwierzyć! Jest już dorosła, gdyby chciała, może nawet jutro powiedzieć, Sajonara Matka, idę za mąż. Nie zrobi tego, to kumaty dzieciak, ale jednak. Na tę okoliczność dostała ode mnie m.in pakiety do SPA, takiego prawdziwego, a że dostałyśmy mega uprzejme zaproszenie od MIG - dzięki kochana :) [ile ja zawdzięczam ludziom tu poznanym to też jestem zawsze pod wrażeniem] - na spędzenie czasu w jej gościnie, więc udało mi się parę dni odpocząć, a Młoda zaliczyła sobie jeden pakiet SPA i jeszcze ma jeden w zapasie :)

    Pamiętacie Lilo i Stitch? Rozbita rodzinka, starsza siostra Nani, wieczne kłopoty z facetami, pracą, rozpaczliwie usiłująca utrzymać w garści malutki dom, młodsza Lilo, czasami nierozsądna, ale taka kochana, i do tego Stitch, stworek z kosmosu, nieziemsko inteligentny, silny, a jednak pragnący własnej rodziny. I tam pada hasło OHANA znaczy rodzina, bo w rodzinie nikogo nie wolno odtrącać, ani porzucać, rodzina to wspólnota, jesteśmy RAZEM mimo wszystko, zawsze i wszędzie, rodzina to wsparcie i lojalność. To moja ulubiona bajka, utożsamiałam się z Nani, Młoda to oczywiście Lilo, a Mirka to Stitch, może nie aż tak nieziemsko inteligentna, ale nasza i ukochana i kochająca. I my to taka szarpiąca się w przeciwnościami rodzinka i zawsze razem, i ta OHANA to nasz symbol. No więc z okazji tej osiemnastki Młodej poczułam silną wewnętrzną potrzebę zrobienia czegoś drastycznego o trwałego. Padło na tatuaż z napisem OHANA, dla nas obydwóch, mały, nie do popisywania się, ale skryty, żebyśmy miały. Nigdy i dla nikogo bym tego nie zrobiła, jestem przeciwniczką tatuaży, ale to wyjątkowa sytuacja. No i dziś, dokonało się. Nigdy więcej. Pierwszy i ostatni raz.

    Jeszcze w międzyczasie, udało się dopaść adresu ojca mojej córki - dzięki kochana wiesz kto :)
    Nie mam pojęcia, co z nim zrobić, chociaż jak się o tym dowiedziała, to niemal na zawał zeszłam. Szansa na legalną egzekucję żadna. Nielegalnej się boję, to obosieczny nóż. Wciąż myślę, jak to wykorzystać, taka okazja może się nie powtórzyć.

    Co tam się w ogóle znowu w komentarzach nadziało. Ja to uwielbiam te momenty, kiedy na bloga dostają się osoby totalnie jakieś obce i dokonują szczegółowej analizy na podstawie 1 notki. Dla jasności i ku przypomnieniu - babcia dostaje regularne informacje listem odnośnie wnuczki, kartki na święta, imieniny, urodziny, dni babci, ale NIGDY nie zrewanżowała się chociażby kartką pocztową. Także, ku pamięci - tatuś jest pozbawiony praw ojcowskich i nawet o tym nie wie, ale ponieważ nie płaci, to jakby jesteśmy kwita, co? Tyle tylko, że na starość nie będzie mógł ścigać mojej córki o jakiekolwiek świadczenia.

    A od aborcji facetom nadal - WARA.

    Komentuj (15)



    niech nikt nic ode mnie nie chce

    11 października 2016, 19:45

    Ja nie wytrzymie* normalnie, same nerwy, i to zamiast się cokolwiek ustawiać i wygładzać, to coraz weselej w moim życiu.
    Zaczęło się niewinnie. Wróciłam z 2-dniowej delegacji, wymarznięta, niedoubrana, przemoczona, z silnym postanowieniem wydania połowy pensji na kurtki, płaszcze, swetry, grube spódnice i rajstopki. No i idę sobie w niedzielę do sklepu firmowego takiego, który szyje na miejscu bardzo dobre jakościowo ciuchy, i rozmawiam sobie z panią sprzedawczynią na temat moim zdaniem absolutnie niewystarczającej grubości podszewek w kurtkach. A tu podchodzi do mnie mała dziewczynka i jak mi skopa w łydkę nie zasadzi! Dopóki tego nie zrobiła, nawet nie do końca zdawałam sobie sprawę, że tam jest. "oj, mówi mama, nie kop pani". Co. Odwróciłam się sztywno, włos rozwichrzony, mina straszna, pioruny wokół łba, wypisz wymaluj czarownica przed okresem, i wycedziłam złowrogo "NIE WOLNO - KOPAĆ - OBCYCH - LUDZI - I NIGDY WIĘCEJ - TEGO - NIE RÓB!". Mała usteczka w podkówkę i w ryk. Może moje zachowanie nie do końca było adekwatne, i gdyby ktoś mojej córce tak zwrócił uwagę, to bym zabiła, ale moja córka z drugiej strony nigdy w życiu nie skopała nikogo, nawet z powodem, a panią jakoś to mało obeszło. Jednakowoż jestem dziwnie przekonana, że mała już nigdy w życiu nikogo nie kopnie. Zaraz stanie jej w oczach ten poworny widok rozgniewanej mnie.
    Już lekko podminowana pojechałam do mamy. Po jej operacji serca wrócił do domu, ekspediowany na jakiś czas do rodziny Wujek. Za wcześnie moim zdaniem, przecież jak on, osłabiony, ze sparaliżowanymi rękami i nogami się przewróci, to kto go podniesie - na pewno nie mama, z niezagojoną wciąż raną na piersi, która powinna leżeć i nic nie robić. No ale dobra, jest to jest. Przywiozła wujka jego szwagierka, ciotka taka. I zaraz wydała dyspozycje mamie. Ty masz mu robić codziennie takie koktajle. Seler naciowy, pietruszka, kiwi, melon, banan, jabłko, i ma codziennie pić szklankę. Mama ma powyginane palce, cedzę, już podkurzona, i nie jest w stanie trzymać guzika blendera. To kupcie sobie taki robot, odpiera ciotka zadowolona, bzyk bzyk i jest. Ciotka nie pracuje, mieszka sama z wujek w wielkim domu, nie? kuchnia wielkości połowy mieszkania mamy, za domem działka z warzywami i sad. U mamy nie ma miejsca, ani kasy  na kupowanie robota. Aha. No to, ciotka zadowolona, już znalazła rozwiązanie, przecież Ola może po pracy na 5 minut wpaść i zrobić koktajl. CO KURWA. Stoję i słucham, bez słowa. No co tak patrzysz? chyba możesz poświęcić wujkowi chociaż z 5 minut, żeby miał zdrowy pyszny koktajl?
    Osłabłam, nie? Od początku roku z mamą i wujkiem jeżdżę po szpitalach, terapiach, chemiach, operacjach, badaniach, wynikach. Szarpię się jak osioł z wózkiem inwalidzkim, który bynajmniej nie jest najlżejszy na świecie i dostosowany do bagażnika audi, nawet kombi. Wożę tam i z powrotem psa, którego także dzień w dzień wyprowadzam na długie spacery [fakt, to mój problem]. Robię zakupy na dwa domy, sprzątam dwa domy, gotuję obiady czasami w dwóch, a czasami w trzech wersjach. Pranie zbieram, robię u siebie, prasuję, wożę z powrotem. Zostało mi raptem parę dni urlopu, z którego dla siebie nie miałam ani jednego dnia. U mamy zrobiłam mały remont w czasie operacji, tymi ręcami. Dojeżdżam do pracy, wożę do szkoły córę tam i z powrotem. Jeste fizycznie i psychicznie już wykończona. Do domu wracam , jak przed 19, to naprawdę nieźle. Znajduję w tym wszystkim czas na kontakty z córką i śpiewanie.
    A ta będzie mi mówić o 5 minutach? Dysponować moim wolnym czasem? Powiedziałam więc bezzwłocznie, co na ten temat myślę, że nic nie będę robić, że to nie będzie 5 minut, i zyskałam tym samym opinię wyrodnej, podłej, niewdzięcznej córki. [Nie jest to koniec w tej notce:D]

    No poniosło mnie. Oczywiście pojechałam do koleżanki, która też ma działkę, dobra dziewczyna dała mi z radością selera niepryskanego, pietruszkę, jabłka, kiwi, melona kupiłam w sklepie, banana w drugim. Tak, samo krojenie i miksowanie to faktycznie 5 minut, ale cała otoczka to zgodnie z moimi przewidywaniami godzina. Z tym, że mam teraz zajebane warzywami pół lodówki, a nie jest to jakaś wielka wypasiona lodówka. Zrobiłam i będę robiła wujkowi ten koktajl, bo go kocham, ale za chiny ludowe słowa ciotce o tym nie powiem, niech nie ma satysfakcji.

    Na to wszystko trafiła aktualna baba Ognia niejakiego. Ogień, po wielkiej kłótni, kiedy to poczuł się wykorzystany przeze mnie do wiadomo czego, a odmówiłam mu rzucenia sąsiada [który i tak był na wylocie, ale co to Ognia może obchodzić], zadeklarował, że poszuka młodszej, ładniejszej i zgrabniejszej kobiety. Prawie mu się udało, zgrabna kobieta jest, nie da się ukryć, ale czy 50-latka z mocno końską szczęką naprawdę jest tak bardzo atrakcyjniejsza, to nie wiem, ale grunt, że mieszka w pustym mieszkaniu obok Ognia, gotuje i utrzymuje Ognia, czym zdjęła mi z głowy wielki kłopot, krzyżyk im na drogę, nie wtrącam się nawet w huczne zaręczyny, zawiązane tydzień po ostatnim seksie ze mną.W każdym razie odezwała się do mnie, prosząc o spotkanie i rozmowę? żE CO??? no ludzie, moje nerwy mają swoje granice. Odmówiłam, w ogóle nie jestem zainteresowana, o czym też ona chce ze mną rozmawiać, rzuciła mi kiedyś, w ogóle nie zaczepiana przeze mnie na fejsie, że pewnie jestem zazdrosna, bo z nią Ogień wstawia na fejsa czułe selfie z buziakami, a ze mną to nie chciał, o! Jasne, miał tyle rozumu w swojej sytuacji, że będąc ze mną nie narażał mnie na widok swoich kolesiów. W ogóle tak zauważyłam, że ja się nie odzywam, a ludzie mnie zaczepiają, wyraźnie w jakichś agresywnych celach, ja tam sama z siebie niezaczepiana, nie czepiam się nikogo.

    No prawie nikogo.

    Ponieważ, jak wiadomo, w naszym systemie pomocy społecznej nie istnieję, 500+ mnie nie dotyczy, fundusz alimentacyjny takoż, dodatki mieszkaniowe również, policja, prokuratura odmówiły szukania exmęża celem egzekucji alimentów, sąd nie dał rady egzekucji międzynarodowej, zdecydowałam się na desperacki krok i podałam do komornika ex-teściową.Głównie celem wywarcia zdanej presji na ex-mężu. Teściowa ma zasądzone 100 zł miesięcznie, ale od 3 lat nie płaci. Od pół roku toczy się sprawa o podniesienie alimentów do 600 zł, za tydzień finał. Tak więc skorzystałam z faktu, że  z tego co wiem, exteściowa ma hojną emeryturę jako kierowniczka banku, ponadto rentę po mężu wojskowym, poza tym baluje w Berlinie, i oddałam do komornika egzekucję. Halo, córka idzie na studia, to nie są tanie sprawy. No więc komornik w końcu, po wielomiesięcznym kompletowaniu dokumentacji, w końcu ruszył dupę i wszedł jej na rentę. Zapewne teraz dopiero dostała wyciąg i zabolało, bo odnalazła mnie w necie, tel służbowy, i zadzwoniła, aby się umówić na rozmowę wieczorem. Podałam jej numer prywatny, chociaż przecież podawałam jej go w listach kilkakrotnie, i rozpoczynając rozmowę uprzedziłam, że ją nagrywam. Spoko. Dowiedziałam się [znowu!] jaka jestem wyrodna, podła, zimna i bezwzględna sucz. Mam natychmiast odwołać komornika, który zabrał jej 800 zł z 1200 zł renty [ani słowa o emeryturze]. Nie, nie ma kontaktu ze swoim synem, nie wie nic o nim. Przysięgam, gdybym nie wiedziała na bank, że kłamie, złamałabym się jak nic. Najciekawsze są dwie sprawy. Że mimo, że ponoć taka schorowana, siedzi w domu, to nie ma bladego pojęcia o sprawie sądowej, nie odbiera wezwań na rozprawy, na policję celem złożenia zeznań, a o potrąceniu komorniczym dowiedziała się prawie miesiąc po nim, a druga sprawa... podczas całej prawie 10 minutowej rozmowy, nie spytała nawet słowem o Młodą. Na koniec poinformowała mnie, że wysyła do mnie Uwaga TVN i gazetę, jaka jestem podła, że biedną schorowaną wdowę pozywam o alimenty.

    Tak więc w końcu spełniło się moje marzenie i będę sławna. Zapisy na autografy zbieram w komentarzach.

    Komentuj (18)




    Szablon wykonała Effy, pobrano z szablony.blogowicz.info
    Wspierane przez: Blog & dodatki na bloga.
    Grafika: Weheartit