• 2018

  • lipiec
  • czerwiec
  • maj
  • kwiecień
  • marzec
  • luty
  • styczeń
  • 2017

  • 2016

  • 2015

  • 2014

  • 2013

  • taki fajny blondas

    03 czerwca 2018, 21:17

    Nooo, poczułam przez chwilę, ze żyję znowu. Na działkę kupiłam troszkę mebli, krzesła ogrodowe, lodówkę, ławę, szafki, i dodatkowo szafki do domu - ponieważ chwilowo po działce nowa kuchnia odpłynęła w siną dal, postanowiłam wziąć szafki, okleić je jak reszta mebli i jakaś okryjbida będzie. Do końca Młodej studiów odkuję się i wtedy może stanie nowa kuchnia. Facet sprzedający mi te klamoty na olxie był BARDZO w moim typie, takim blond-ryżym-albinosowatym typie z białymi rzęsami, który doprowadza mnie do gorączki i wybuchu hormonów. Boże złoty, jak mnie to kręci. Facet obiecał mi powiesić te szafki w kuchni i zamontować okap, więc spędziłam z nim błogie 4 godziny na rozmowie w trakcie montażu i wieszania, obserwując bokserki wyłażące ze spodni do kolan, które uwielbiam, napięte włochate blond łydki w adidaskach, przy wieszaniu, ramiona w mięśniami w niedbałej koszulce. Już dawno się tak nie obśliniłam. Facet niesamowicie miły, co za głos w ogóle, ogarnięty jak rzadko ktoś i w sumie siedziałam koło niego zaciskając mocno kolana tak, jak ostatnio przy Ogniu. Niestety z amoku wyrwał mnie telefon od jego kobiety, jak wyjaśnił pogodnie, to nie żona, ale taki zdrowy układ. Och, człowieku, ja bym Ci rozdarła te Twoje dzinsiki do kolan nie bacząc na zdrowe układy, chore układy, szarpałabym jak reksio szynkę. No ale ja nie z tych, co wchodzą w czyjeś układy, więc zmilczałam, cierpiąc w duszy z niespełnionej żądzy. Najchętniej bym teraz powiesiła się na tych szafkach, żeby spadły, a on je przyszedł raz jeszcze powiesić, ale w obecnej sytuacji to zapewne lepiej będzie, jak wykasuję jego numer całkiem, bo nie chcę się skompromitować. Ale facet mi się śnił po nocach. Że też ja jakoś nie mogę sobie zrobić zdrowego układu, w mordę!

    Działka, jak przypuszczałam, stanowi dla mnie źródło błogości. Wpycham w ziemię kolejne cebulki, wyrywam skrzypy z kwiatków [jak się pozbyć tego gówna??], ustawiam w skrzynkach sadzonki, sikam w majty z zachwytu, bo ogórki zakwitły i pomidorki także, przeklinam, bo kupiłam lampki słoneczne ledowe, a nie mam kiedy obserwować ich słodkich światełek, wszak świecą w nocy. Chyba następny weekend będę spała sobie na działce, a warunki są jak mało gdzie.

    Młoda przyjechała na długi weekend z chłopakiem, którego już wcześniej poznałam, ale w biegu. Wyjątkowo ogarnięty młody człowiek. Wziąwszy pod uwagę, że Młoda ma 20 lat i mieszka od roku w akademiku, byli przez tydzień w górach, trudno, abym udawała, że nie wiem, co ich łączy, więc wyraziłam zgodę na wspólne spanie, bez sensu by było podtrzymywac jakąś iluzję. Oczywiście w duszy burza, jakoś wydawało mi się to nieprzyzwoite, no ale nie będę tu przecież siała hipokryzji. Pomogli mi bardzo w różnych sprawach, nie da się ukryć, że wielki chłop się przydaje.

    Mirka coś bardzo apatyczna i osowiała. Ożywiła się na przyjazd Młodej, ale wystarczyło, że dziecko znikło, pies powrócił do niemrawego leżenia bez kiwnięcia ogonem. Mam nadzieję, że jest zdrowa, a to po prostu starość, albo może pogoda upalna ją wykańcza.

    Komentuj (10)



    Z serii co głupiego zrobiłam w życiu

    20 maja 2018, 10:06

    Jak miałam 9 lat, tuż przed Komunią, rodzice dostali nowe mieszkanie. Osiedle daleko za miastem, całkiem nowe, budowane od podstaw. Na poczatku były tylko dwa bloki, trzeci zaczynali stawiać. Wszędzie walały się rusztowania, doły z wapnem, jakieś pręty, płyty, jak to na budowie. Za sklep robił barakowóz postawiony pomiędzy dwoma blokami. Jakie tam były zabawy w berka, a jakie boskie możliwości zabawy w chowanego! Rusztowania dawały wyjątkowe możliwości gry w gumę! Oczywiście, dzieciaki, jak to dzieciaki, połączone koniecznością wspólnych dojazdów do miasta do szkoły, a i po szkole jakoś trzeba było spędzać czas, zaraz pozbijały się w paczki wiekowo / klatkowe.

    Było dwóch takich braci. Tzn było ich trzech, ale trzeci w wózku. Najstarszy musiał się nim opiekować. Wszędzie targał ze sobą wózek, a potem małego bachorka - w sumie dziś się zastanawiam, dlaczego na jego głowie była aż tak totalna opieka nad maluchem i nie wiem. Siłą rzeczy natychmiast zyskał ksywę Niańka i był przez to, mimo, że najstarszy, obiektem niekończących się drwin - z racji zajęcia jego aktywność w fantastycznych zajęciach, jakim było zwiedzanie budowy po ćwiartce rusztowania, analizowanie budowy skomplikowanego układu piwnic, sprawdzanie głębokości i zawartości stawku itp - była mocno ograniczona, chociaż bardzo chciał. Chyba mu się podobałam, bo w tych rzadkich chwilach, kiedy nam towarzyszył - z brzdącem, czy bez - starał się nawiązać ze mną rozmowę. Ale wiadomo, ja, 9, 10 lat, pstro w głowie, gdzie tu o chłopakach, chłopaki som gupie i sie bijom.

    No i kiedyś wracamy ze szkoły, jak zwykle banda. Przed nami Niańka, który musiał iść prędzej, wiadomo. No i obejrzał się na mnie - ten moment zapamiętam do końca życia - mrugnął, i wyciągnął znienacka mały bukiecik kwiatów polnych, i zostawił pod kamieniem, który musiałam mijać.

    Wiecie, co zrobiłam?

    Idąc tamtędy, wzgardliwie zdeptałam ten bukiecik.

    Pożałowałam tego 2 sekundy później, widząc wzrok Niańki. Od tego momentu w ogóle przestał się z nami zadawać, znalazł inną paczkę, bardziej w jego wieku, a na mnie już nigdy nie zwrócił uwagi.
    Dorośliśmy, moje życie, wiadomo, kanał, on skończył jakieś tam studia, związał się z dziewczyną, też z osiedla, ale z nowych bloków, ślub, dzieci, dom. Pozostał w Polsce w przeciwieństwie do swoich braci, często odwiedza rodziców, więc się widujemy i zawsze miło parę słów zamienimy. Wczoraj spotkałam go w ogrodniczym, sadzonki, biohumus, psikadła na robale. Wymieniliśmy opinie na temat ich skuteczności i kosztów, ale jak zawsze, miałam w głowie ten moment zdeptania kwiatków. Zawsze pamiętam o tym momencie, kiedy go spotykam, samego czy z rodziną. To mi tak wisi, jak wyrzut sumienia, bo nigdy wcześniej, ani nigdy później nie zachowałam się celowo tak okrutnie, tak bezwzględnie, i podle. A z drugiej strony, Niańka wyrósł na fantastycznego faceta, sympatycznego, ogarniętego, zaradnego, ja, pod względem damsko męskim - porażka totalna, więc w duszy tak troszkę smuteczek i żal. I zastanawiam się cały czas, czy on to w ogóle pamięta, czy mu to gdzieś wbija się igłą we wspomnienia, czy spłynęło jak po kaczce i zaginęło w czeluściach niepamięci. Jesli mogłabym coś zmienić w przeszłości, to by było właśnie to - nie zdeptałabym tego bukieciku stokrotek i innych mleczy. Już nawet nie po to, aby snuć marzenia, co by między nami było, GDYBY - ale aby się pozbyć z sumienia tego wyrzutu, że zachowałam się jak świnia - i wiek tu mnie nie usprawiedliwiał.

    Och, Niańka, Niańka, skierowałeś swoje małoletnie, nad wiek dojrzałe uczucia w stronę smarkuli, która na to nie zasługiwała, a jej jedyną zaletą były odwaga, bezczelność i burza kręconych włosów.

    Komentuj (5)



    Pani na hektarach

    07 maja 2018, 21:58

    Wiecie co... jest mi tak dobrze, że aż się boję to artykułować, bo wiadomo, nie kuś losu szczęściem.
    Od kiedy się przeprowadziłam na nowe mieszkanie, próbuję ciągle coś grzebać w ziemi, na tych marnych paru rabatach pod oknem - jakoś grzebanie się w ziemi sprawia mi przyjemność, daje ulgę i oddech. No i - mam sąsiadkę, taką N. I ona mówi, słuchaj Ola, ja mam działkę, ale urodziłam dziecko, jak wiesz, jeżdżę do pracy za granicę i nie mam czasu się zajmować tym - może chcesz ode mnie tę działkę? No kurde - chcieć nie bardzo, ale co szkodzi zobaczyć, nie? U mnie decyzje zawsze zapadają szybko - wsiadamy w auto i jedziemy zobaczyć.

    Jezusie co za dżungla:( Wszystko przyozdobione altanką, o ile można tak nazwać budę skleconą z papy 20 lat temu, stojącą na gołej glebie i porośniętą pajęczynami. Jest ujęcie wody i jest skrzynka z prądem, ale nie podłączone. Wszystko zarośnięte tak, że nie da się opisać. No ale co, spróbować można - kazałam gościowi, takiemu Bogdanowi, co tam usługowo kosi itd - skosić całość i zaraz wszystko zaczęło lepiej wyglądać. Zagon skopany pod ogórki, które nie wiem po co kupiłam. I tak sobie siedzę na tej działce i rozmyślam. Kurde, jakieś rowy dookoła z wodą, komarów od groma. I mówi do mnie Bogdan, a czego tu pani się będzie męczyć - to najniższa działka, tu zawsze woda stała, teraz zrobili rowy, ale i tak błoto, i faktycznie, początek sezonu, a robactwa chmary. Do altanki strach wejść, ja się brzydzę pająków. A jak siku, to co. No to pokażę pani inne działki, co szkodzi, nie? no to idziemy - ja już z myślą taką, że z uwagi na Mirkę nie pojadę nad jezioro, ani nad morze - a ona tak lubi poleżeć sobie na trawie. Nigdzie dalej też nie pojadę - bo mama. Całą jesień i zimę siedzę w domu i cieszę się kanapą, ale jak robi się ciepło i jasno, to mnie aż rozrywa, żeby gdzieś wyjść, coś robić, coś, cokolwiek na zewnątrz! no i najlepiej z psem, ale ona słabo znosi deptanie w upale po betonie i duszenie się w aucie.

    Idziemy w takim razie. O tu, na przykład nowa altanka postawiona i niedrogo. No owszem, ale działka na łysej działce postawiona... inna - znowu chaszcze, pagórki, nie. Inna - ooooo, ful wypas, ale 8 tysięcy!!! No nie, nawet nie oglądałam. A tu wychodzi jakiś dziadek - te, Bogdan, a mojego syna działkę pokazałeś? a no nie, szefie - to pokaż. W ogóle w trakcie zwiedzania to zaraz a tu siąsiadkę od mamy spotkałam, a tu panią z chóru, a to panią z pracy, a to znajoma urzędniczka z poczty, wszyscy zaraz - ooo, dzień dobry, działeczkę bierzemy? jasne, jasne, brać, nie czekać! Niesamowite, jaka to zabawna społeczność. Wchodzimy na rzeczoną działkę syna i aż mi serce zabiło... oddzielona od ścieżki wysokim, grubym żywopłotem... w środku dwie rabaty z kwiatami, mini foliaczek.. altanka, widać, że niedawno postawiona... drugi mini żywopłot, oddzielający część grillową od reszty.. grill murowany, miejsce na ognisko, budka osobna na narzędzia i KIBELEK. Jest sporo drzew, dajacych cień Mirce, oczko wodne, kawał miejsca ze słońcem ze zwykłą trawą, parę krzaków owocowych... oooch... oczywiście chaszcze, ale facet - syn - nabył ćwierć domu z ogrodem, i tę działkę ma już gdzieś. Syn to budowlaniec - wyposażył działkę w różne sprytne myki, ułatwiające życie i zrobił wszystko jak dla siebie. Oczywiście, wizja mnie i Mirki na trawie zbladła, kiedy usłyszałam cenę. Nawet już nie chciałam tam być, żeby nie nabierać sympatii do tego kawałka terenu.

    Do momentu, aż wieczorem zadzwonił syn budowlaniec. A potem znowu - i finalnie cena spadła o 25%. Nadal to było poza moim zasięgiem, żeby ot tak wydać bez uszczerbku na oszczędnościach. A mam przecież dziecko na studiach. Ale och...

    Decyzje zapadają u mnie szybko, wspomniałam już? ale musiałam rozegrać to sprytnie. Mama miała do mnie wielki żal, że wskutek obecności Ognia w moim życiu, absolutnie nieakceptowalnego przez nikogo, ominął ją etap cieszenia się nowym mieszkaniem - musiałam więc zrobić tak, aby czuła się ważna, potrzebna, doradzająca, że i od niej coś zależy. Spytałam o radę, zachowując świętą cierpliwość. Także i Wujka. Także i mamy sąsiadki. Jednocześnie gorączkowo licząc, o ile zmniejszy się mój bufor, który tyle zbierałam, aby mieć zabezpieczenie na min rok studiów Młodej. Ale to jest idealne miejsce, w którym mogę spędzić wiosnę i lato - zamiast w domu na kanapie. Na szczęście była majówka - więc mimo 2 dni w pracy, i tak sporo czasu na zastanawianie się i zbieranie rad i ocen.
    I tak oto w piątek w samo południe stałam się właścicielką 400 m2 działki rekreacyjnej. Na odchodne syn skosił całość, naprawił furteczkę, wymienił zawór, który wysadził się na naszych oczach, nieużywany od 2 lat i zabrał 7 z 8 rybek z oczka wodnego. I zostawił mnie, oszołomioną tempem rozwoju sytuacji, na tych moich hektarach z niewiadomą zawartością - bo identyfikacja rosnących drzew i krzewów jest poza moimi możliwościami.

    Sobotę i niedzielę spędziłam na działce oczywiście. I tak. Zagrabiłam trawę po skoszeniu. Wyplewiłam otoczenie oczka wodnego. Wyplewiłam jedną rabatę z kwiatami. Posadziłam 3 borówki [tak, z torfem] i 1 jeżynomalinę z Biedronki, dwa bluszcze i dwie trzmieliny. Wyplewiłam foliaczka. Posadziłam 4 petunie w sprytnie rozmieszczonych donicach. Uporządkowałam narzędziownię. Wymyśliłam, co z kibelkiem - bakterie i wiaderko. Wyrównałam wewnętrzny żywopłot. Kupiłam jeden mega wygodny fotel ogrodowy, bo syn zabrał wszystko co do siedzenia. Stół wkopany w ziemię, więc został. W altance kanapa, 3 szafki i zlewozmywak. Więc uzupełniłam o kuchenkę do gotowania, naczynia podstawowe, cukier, herbatę itp, i zostawiłam miejsce na lodówkę, taką do pasa, i zaczęłam katować sąsiadów Mozartem.

    Zaprzyjaźniłam się z dwiema sąsiadkami, od jednej od razu dostałam sadzonkę BZU, którą Bogdan wkopał, ucząc przy okazji blondynkę, jak się zamula sadzonki. Dziś przywiozłam autem dwie beczki na deszczówkę, z czego jedną od razu przehandlowałam z sąsiadką za jej męża, który zrobi mi rynny. Bo syn, w całym swoim geniuszu, zapomniał o rynnach, a może nie chciał, może nie zdążył, może kasy nie starczyło. U mamy czekają moje ogórki, sadzonki pomidorów od sąsiadki i aksamitki. Taczka, którą dostałam na urodziny w pracy, okazała się błogosławieństwem, bez niej byłoby mi mega trudno taszczyć, a to 5 worków z ziemią, a to 80 l wór z torfem, a to sadzonki, a to wiadra i narzędzia, a to wszystkie inne utensylia.

    I jaram się tą działką jak szalona, nie mogę przestać o niej gadać i myśleć. Mirka się już tam czuje jak u siebie, pilnuje obejścia, chociaż nie może się pogodzić z faktem, że nie ma wychodzenia na kupę i musi robić na miejscu - oczywiście sprzątam od razu, wspominając Krychę ojca, która z szufelką latała po swoim ogrodzie, bo po psich kupach żółknie trawa. I to wszystko stało się w zasadzie w ciągu 4 dni.

    I czuję się zwyczajnie, przeogromnie szczęśliwa. Mam sobie w życiu swoją rutynę. Wpadłam w sidła dorosłości - stałam się totalnie stereotypową starszą panią z psem i działką, lubiącą gotować i piec torty, bez problemu panującą nad brudem i bałaganem, mam swoje miejsce na świecie, w końcu jest ciepło i jasno, i zielono, i spokojnie, i jak idę tak sobie za Mirką, która ciągnie do właściwej bramki, to czuję niewiarygodne, niemożliwe szczęście, spokój i taką... nienaruszalność.

    Proszę, dobry losie, nic na razie dla mnie nie szykuj, daj mi się chociaż parę miesięcy nacieszyć tym status quo. Niechaj się nagrzeję tym słońcem, nabędę na działce, nazginam karku przy pieleniu kwiatków, nacieszę kwitnącymi pomidorkami. Może poznam więcej ludzi na tych działkach, może kogoś na grilla zaproszę, a może ktoś mnie.

    A klucze od działki N oddałam. Niech kto inny ją pokocha.

    Komentuj (23)



    Byłam w Amsterdamie

    22 kwietnia 2018, 17:00

    Byłam, wiecie, w tym Amsterdamie, dłużej niż zazwyczaj na Targach – normalnie 1 dzień podróży, dwa targów i jeden na powrót. Tym razem udało mi się wynegocjować 3 dni na Targach i nie żałuję, w końcu udało mi się je obejść całe, załatwiłam parę chyba dość istotnych spraw, nawiązałam masę nowych kontaktów, zamiast tylko spotkać się z dotychczasowymi kontrahentami i mam mnóstwo nowych pomysłów. Teraz trzeba będzie to wszystko opracować i zacząć wdrażać w życie.

    Po Targach miałyśmy trochę czasu na zwiedzanie, niewiele, ale dało mi to jakiś pogląd na Amsterdam. Przede wszystkim, autostrada dowiozła nas prawie spod domu prawie pod hotel, rewelacja. Potem, architektura zewnętrzna, nowoczesna, ale bardzo spójna, miła dla oka. Architektura wewnętrzna – te domki, niesamowite! Fale na nic nie zważających rowerzystów, płynących po mieście pełnym udogodnień dla nich, rowery to niemal wszystko stare graty, pordzewiałe, ale na chodzie i widać, że tylko to się liczy. Nie widziałam ani jednego „stylowego” roweru, wiecie, białego, z eleganckim koszykiem, ale stare trupy, prowadzone przez panów w garniturach, panie w szpilkach i sukienkach biurowych, mamach z podwójnym, potrójnym ładunkiem, jak najbardziej. Jedno, co mnie zastanawia, czy oni się nie pocą, czy też biorą prysznic w firmie. A parkingi dla rowerów! Jak oni je potem odnajdują i wyciągają w górze innych bicykli, nie wiem.
    Miałam okazję zaznać wycieczki kanałami, z przewodnikiem, który objaśniał wszystko, i co prawda mówił, że Amsterdam jest drogi, ale nie sądziłam, że aż tak. Zobaczyłam na wystawie komplet bluzka i spódnica, który do mnie przemówił bardzo, więc myślę, wstąpię spytać chociaż o cenę. Kumpela mnie wyśmiała. Przestań, mówi, 4 stówy jak nic.
    No owszem, 4 stówy – za samą górę. Za spódnicę 5 stów.
    Dziękuję, nie. Ech.
    Wszędzie mnóstwo kwiatów, w większości, wiadomo, tulipany, w kolorach, że nawet nie wiedziałam, że istnieją. CUDO.

    Po powrocie była Młoda w domu, więc radocha. Ale i więcej prania i sprzątania. Dostałam w prezencie worek z cebulami dalii, które trzeba było prędko posadzić – w zasadzie już mi brakuje miejsca na moich 5 metrach kwadratowych. Potem jeszcze sąsiad doniósł 4 lilie. Rano w sobotę sobie więc grzebałam, aż mi się haczka połamała. Wiecie co, ja się w tym spełniam. Boże – kocham grzebanie się w ziemi. Oczywiście ogrodniczka ze mnie jak z koziej dupy trąba – nie mam pojęcia, co gdzie zasiałam, czy we właściwym czasie, i co z tego wyrośnie, i czy pasuje ze sobą – ale samo hakanie i wyrywanie chwastów [mam nadzieję…] przynosi mi tak ogromne ukojenie, taką błogość, taki spokój, taki relaks, że na bank będzie to moje zajęcie w niejeden sobotni i niedzielny poranek. Oczywiście to szczęście na miarę 5 kw, więcej nie potrzebuję i nawet bym nie chciała. Kucam sobie, pies obok wygrzewa na słońcu stare kości, i nic mi więcej do szczęścia nie trzeba. Aha, poza zapasem kremu przeciwko słońcu. Ale tego mi nie brakuje szczęśliwie.

    A żebyście wiedzieli, jak super mi się taczka sprawdza!

    Jakiś film bym sobie obejrzała, wiecie. Najlepiej taki, co czyta Krystyna Czubówna.

    Mama coś znowu podupada na zdrowiu. Jutro do lekarza.

    Komentuj (7)



    12 tenorów i ambiwalencja

    11 kwietnia 2018, 19:30

    Na urodziny od Mamy dostałam bilet na koncert 12 tenorów. Mało się ze szczęścia nie posikałam, dopiero co byłam na trzech tenorach, teraz dwunastu, ależ to będzie wspaniałe widowisko! We właściwym czasie więc wystroiłam się i pojechałam. Ciut byłam zaskoczona faktem, że koncert miał miejsce w Hali Widowiskowo Sportowej, a nie w Filharmonii, ale cóż, widać kultura trafia już naprawdę pod strzechy, super, że muzyka klasyczna się upowszechnia :) Aż za bardzo… przed halą strumień ludzi, z których większość bynajmniej nie była ubrana elegancko, nawet zobaczyłam nie jedną panią w leginsach i tenisówkach, naprawdę… No nic, idziemy.

    Koncert sam w sobie był super – ale trudno, żeby nie był. 12 w większości młodych, w większości przystojnych mężczyzn, z fantastycznymi głosami, śpiewa same najpopularniejsze utwory muzyki POP, do tego tańczy mniej lub bardziej udanie, a na koniec rozpinają koszule, ukazując sześciopaki, niczym czipendelsi po szkołach muzycznych. A na koniec włączamy latarki i wszyscy razem bujamy się do taktu „Time to say goodbye”, utwór, który jak żaden inny pozwala ludziom myśleć, że lubią i znają muzykę klasyczną, operową, operetkową. Śmieszne. Wszystko razem okraszone kilkoma – na palcach jednej ręki mogłabym policzyć, iloma – najbardziej znanymi utworami klasycznymi, niczym rodzynki na przesłodzonym torcie.

    Miałam naprawdę mieszane uczucia – fajne to było, ale ja nie po to tam poszłam. Chciałam posłuchać arii, solo, fragmentów oper, głębokich, fantastycznych głosów na służbie muzyki klasycznej, prezentujących znane mniej i troszkę bardziej to co piękne, dawne, stare, to co kocham.
    A tu goła klata przy piosence Prince’a. A mały grubasek, który nota bene, miał chyba jeden z lepszych głosów, robi za klauna.

    No ale w sumie czego się spodziewać, jak ludzie na halę wchodzili z czipsami, sałatkami i popcornem.

    Ja też machałam latarką i śliniłam się do umięśnionych klat, nie byłabym sobą, gdyby nie, nie jestem z kamienia, poza tym jak mówi stare chińskie przysłowie, lubimy piosenki, które znamy i znamy te piosenki, które lubimy.
    Ale jestem spragniona i wygłodniała elegancji Sali w Filharmonii, garniturów i pięknych sukien, fortepianów, skrzypiec, klarnetów, ciszy w przerwach, podniosłego, uroczystego nastroju, charakterystycznego dla tych nudziarzy, którzy jak ja, uwielbiają te starocie. Chyba wybiorę się na jakiś koncert do Filharmonii, bez okazji i bez spraszanych Gwiazd. Jak ja lubię tutejszą Orkiestrę Filharmoniczną, odróżniam niektórych członków i widzę, kiedy ich nie ma, bądź zostali zastąpieni kim innym, szanuję ich ciężką i prawdopodobnie słabo opłacaną pracę, ich starania, aby wyglądać i grać na jak najlepszym poziomie, aby robić coś, co będzie docenione przez grupkę nerdów muzycznych.

    Ale to po powrocie.

    A w poniedziałek Amsterdam!

    W listopadzie zrobiłam sobie wyniki, które miały wykazać zmiany reumatyczne. Nie było takowych, ale za to przypadkiem wykazały ewidentną anemię, więc suplementowałam się trzy miesiące na własną rękę. Jak wykazały nowe badania, nie wyszło mi to jakoś specjalnie na dobre, lekarz dał receptę na jakieś specjalne żelazo. Ale to wszystko wyjaśnia, czemu chodzę wiecznie taka spiczniała, wiecznie senna, nic mi się nie chce i na wszystko jestem zbyt zmęczona i za słaba. Zobaczymy znowu za 3 miesiące.

    Komentuj (2)



    nowa fajna piosenka!

    04 kwietnia 2018, 21:06

    Ja to mam zawsze spóźniony refleks. Ostatnia dowiaduję się o nowych piosenkach, filmach, aktorach, celebrytach, ciążach, nowych osobach i wypowiedzeniach, albo też te informacje omijają mnie szerokim łukiem. No mało ciekawska jestem. Ale tym razem, ha! Od razu wyczaiłam nową piosenkę Feel i yyyyy nie Morengo, nie Libre, nie Lambre….. Lanberry! Kurde, nie mogę spamiętać. Piosenka reklamuje nowy film Exterminator i mnie jak najbardziej zachęciła, chociaż nie mam bladego pojęcia, gdzie i kiedy to obejrzeć. Bo u nas w okolicy nie ma nigdzie. Być może będę musiała zaczekać aż wyjdzie płyta z gazetą, hehe. Piosenka, jak to większość polskich piosenek, treść ma bez sensu, ale co za melodia fantastyczna, jaki rytm miły dla duszy i harmonia miła dla ucha! Teledysk także ogląda się bosko, bo wiecie co… ja zapamiętałam tego Piotra Kupichę jako wymoczkowatego, lekko piskliwego wokalistę. A tu…! Jakże on zmężniał, jak on HOT! wygląda! Jak się śmieje, jak śpiewa, jak się rusza! Panienka również miła dla oka, chociaż nie mam pojęcia, kim jest, wygląda na młodziutką i zupełnie do tego MEGAHOT Kupichy nie pasuje. Oczywiście najlepiej pasowałabym ja ;)
    Piosenka, mam takie wrażenie, jeszcze nie jest super ograna, jest dopiero na początku grania jej przez Eski itp., ale czuję, że będzie hitem do porzygania, słyszanym wszędzie i o każdej godzinie. Wspomnicie moje słowa. Posłuchajcie jej teraz, póki jeszcze nie jest znana.

    No chyba, że jest, a ja jak zwykle nieogar.

    W sobotę przed Wielkanocą Młoda pojechała zawieźć do Babci świąteczne wiktuały – śniadanie oczywiście u mnie, z DZIADKIEM, TAK! Tak postanowiłam i zdecydowałam i oznajmiłam wszystkim, ze ma być rodzinnie i cywilizowanie. Chcę mieć normalne i rodzinne święta chociaż jeszcze jeden raz. No ale Mama też musi mieć u siebie troszkę świątecznych pyszności, więc Młoda, jak ten Czerwony Kapturek, zasuwa do Babci z sałatkami, ciastami itp. I wtem, telefon. Mama, bo tu na poboczu jest taki piesek, i on na pewno się zgubił i jest czyjś, i zadbany i się boi! Jessssssuuuuuuu! I to sunia. A my, przypominam, mamy już sunię w domu. Młoda pojeździła jeszcze po pobliskim osiedlu, szukając właściciela i co było robić, wróciła do domu z małym gnojkiem. Dała ogłoszenie na fb na spotted, troszkę się poudostępniało. Wet, który zna naszą rodzinę doskonale, bo Mirka to już czwarty pies, czwarty owczarek, który jest pod jego opieką, powiedział, żeby rano w niedzielę przywieźć pieska, sprawdzi czipa, a jak się nie zgłosi właściciel, to on poszuka nowego domu, ewentualnie zawiezie do schroniska, do którego ma stały dostęp na kontrakcie. No dobra. Sunia na oko 5 miesięczna, maluch! Dziki, rozbestwiony, nie widział NIC ZŁEGO w tym, aby wskoczyć na moje łóżko, które jest świętością i żaden pies tam wstępu nie ma. Sikający w domu! Więc Młoda ze szmatą za nim. Mirka, chociaż w szoku, zaakceptowała smroda małego i nie zjadła, a mogła! Gnojek w nocy wskoczył na stół i zeżarł chrupki psie z miseczki, nasikał na mój cudny dywan, latał jak z pieprzem po domu, musiałam go ze trzy razy skopywać z łóżka, a w końcu znalazł sobie kącik na Młodej łóżku i spał do rana. I to wszystko, zaznaczam, przed śniadaniem wielkanocnym, gdzie wiadomo, że pyszne jedzonko, świeże, na ostatnią chwilę robione i Młoda zaaferowana psimi interakcjami i wyprowadzaniem – nie było drugiej smyczy - więc za wiele nie pomogła. Z rana do weta, czipa nie ma, piesek został. Najgorsze nie było sprzątanie, ani karmienie, ani wyprowadzanie – najgorsze w takiej sytuacji jest tak, że nie sposób się nie przywiązać do psiego malucha, który tak się cieszy i na dodatek ładnie bawi z Mirką. No serce pęka – ale ja już i tak korzystam z ludzkiej uprzejmości przy opiece nad Mirką – nie mogę w obecnej sytuacji jeszcze dociążać kogoś i siebie dodatkowym obowiązkiem.
    Szczęśliwie na wieczór znalazła się właścicielka, niespecjalnie przejęta faktem, że pies wyskoczył z auta, pojechała dalej i obiecała pieska zabrać w poniedziałek. Dla mnie nie do pojęcia – gdyby nam Mirka zginęła i się odnalazła cudem, to ja bym w środku nocy i nad ranem leciała na pysk odebrać mojego sierściucha, a tu, lajcik, proszę, to jaaaa odbiorę Tinę w poniedziałek, tak? Ech, ludzie.

    Rolnik nowy się rozpoczął! Oczywiście ja już mam upatrzonego kandydata, z którym się widzę na starość i jest to Marek, ale za daleko i za usportowiony, więc rezygnuję tu z miłości i będę trzymała za niego kciuki. Jedna kobieta, dwóch dziadków – a wszyscy pozostali są dla mnie identyczni…
    Za dwa tygodnie będę już w Amsterdamie, ale jazda.

    Bocianowa przyleciała! Czekamy na jajka teraz.

    Komentuj (5)



    taczka ukochana

    20 marca 2018, 18:57

    Wiecie co, mam urodziny. Powiem, które, a co tam. 45. Ja w to nie mogę uwierzyć, jak zwykle zresztą, co roku gorzej. Oczywiście wewnątrz nadal młodo się czuję, tym bardziej, że nie widzę, aby się wiele we mnie zmieniło od czasu kiedy zaczęłam pisać :D

    Z tej okazji spotkało mnie wiele dobrego, a najważniejsze to to, że dostałam same prezenty, które chciałam. Tak już mam, że nie znoszę nietrafionych prezentów - autentycznie już wolę nie dostać niczego. Prezent, który świadczy o tym, że obdarowujący nie ma bladego pojęcia o tym, co mi może sprawić przyjemność, doprowadza mnie do płaczu ze wściekłości - raz, że kasa zmarnowana, a dwa, że czuję się wtedy bardzo, bardzo lekceważona i nieszanowana. Że ktoś nie poważa mnie na tyle, aby zastanowić się chwilę, co lubię, czego mogę chcieć, a czego nie. Ja mam sporo zainteresowań, naprawdę łatwo coś wymyślić takiego, co mi sprawi przyjemność, a jak nie to wystarczy spytać, zawsze coś wymyślę, odpowiednio do zasobów. Świeczka jest zawsze ok. Książka - ale sci fi. płyta z muzyką klasyczną. Kubek fioletowo różowo zielony. Stara doniczka w tychże kolorach, ręcznie malowana ze staroci. Ciepłe skarpety. No przyznajcie, że ja nie mam dużych wymagań. Ale mnie zawsze wzrusza, kiedy dostaję coś, co świadczy o tym, że ktoś o mnie POMYŚLAŁ.

    W tym roku dostałam od Młodej prenumeratę Nowej Fantastyki - którą uwielbiam czytać. Od Mamy - bilet na koncert 12 Tenorów, na który bardzo chciałam pójść, ale jednak kasy szkoda. Z pracy - wymarzoną od kilku lat plastikową taczkę na kółkach, taką pionową - szalenie wygodna! Podpowiedziałam koleżance z pracy, co bym chciała, ale patrzyła powątpiewająco - w końcu nie jest to powszechnie spotykany prezent. A dla mnie dostać taką taczkę to jak mała wygrana w totolotka. Jak sobie idę plewić te moje hektary, to zawsze mam kłopot z transportowaniem chwastów, kamieni, śmieci itd - więc taka taczka to od dawna było coś, co miałam już, już kupić, ale może kiedy indziej. I dziś tak rano idę do pracy, obładowana jak osioł [sernik na zimno, marchewkowe przekładane kremem z kaszy manny, rurki z bitą śmietaną, paluchy z ciasta francuskiego z szynką parmeńską i serem] i nagle mnie dreszcz ogarnął lodowaty. A jak dziewczyny powiedzą - "eee tam, to głupi pomysł, nie nadaje się - KUPMY JEJ ŁAŃCUSZEK" - myślałam, że zemdleję od razu, bo ja jestem słabą aktorką i strasznie mi ciężko zagrać zadowolenie, kiedy bynajmniej. I już zaczęłam się na wszelki wypadek nastawiać, żeby jakoś wycedzić z siebie radosne okrzyki, w końcu starali się itd. Ale nie! :) Patrzę, ciągną z jakiegoś kąta tę zachwycającą taczkę! I na dodatek zostało im funduszy, więc haczka specjalna do sadzenia i grabeczki w zestawie kolorowym, i rękawiczki. A bo jeszcze taka sprawa, że kupiłam sobie na ali specjalne rękawiczki i tak sprytnie schowałam, że nie wiem, gdzie są. No to teraz mam :)

    No więc te urodziny to wysyp wymarzonych, ulubionych prezentów i jestem przez to zwyczajnie szczęśliwa, chociaż nadal kaszlę, i te minus 12 mnie trochę denerwuje, bo już człowiek chciałby chwycić tę taczkę i te haczki i iść grzebać w ziemi, i plewić i siać kwiatki.

    UPDATE. 21.3.2018. BOCIAN PRZYLECIAŁ

    Komentuj (23)



    Wiosna is kaming jak nic

    18 marca 2018, 20:33

    W zasadzie to już przyzwyczaiłam się do nieobecności Młodej i jej okazjonalnej obecności. Mirka jeszcze nie - za każdym razem, jak Młodą odwożę na pociąg i wracam sama, to bez względu na to, w jakiej pozycji i miejscu pies został w domu, po powrocie zastaję ją w pokoju Młodej i ten bolesny wzrok psi, pełen wyrzutu. Trudno.

    Muszę powiedzieć, że z upodobaniem weszłam w rolę mamy studentki - słoika. Tak przygotowuję obiady na weekend, żeby jedną - dwie porcje z każdego obiadu móc włożyć w plastikowe pudełka - uzgodniłyśmy z Młodą, że to lepszy zamiennik szklanego słoika - a ponadto staram się zawsze, aby dawać jej na wyjazd ulubione przysmaki, a to jabłka pyszne, a to serki Kiri, a to wędliny lepsze, precelki, pół blachy ciasta, żeby miała czym dzielić w akademiku, spełniam się pod tym względem. Czuję się taka ważna i potrzebna, hehe. KARMIĘ. Opieram. I robię to wszystko z nieskrywaną przyjemnością. Ja już czuję, jaka będzie jazda, jak kiedyś Młoda z wnuczką będzie przyjeżdżać. Czy tam z rodziną całą.

    W ten weekend miał miejsce, mam nadzieję, ostatni już atak zimy. Jeszcze trwa. I już potem na pewno, na pewno, nadejdzie wiosna! Współczuję południowym województwom śnieżyc, ale i u nas nie lepiej, lodowate wichrzysko przy -6 sprawia wrażenie, że jest -600. Tym bardziej, że niestety, ale dopadło mnie paskudne przeziębienie. Cóż, biorąc pod uwagę, że nie szczepiłam się na grypę w tym sezonie - zwyczajnie nie zdążyłam - to i tak jest dobrze, bo to pierwsze choróbsko w sezonie. Cóż, odporność na przeziębienia też się buduje latami, prawda.

    Oczywiście w ekstrasie zimno na ustach, można się było spodziewać.

    Na okoliczność Wielkanocy zdejmę chyba z filara girlandy zielono srebrne ze światełkami, chociaż lubię te światełka bardzo, są super klimatyczne. A może nie zdejmę - może wystarczy, że pochowałam niezużyte świeczki Mikołajowe i zastąpiłam je jajkami kolorowymi. W tym tygodniu zasiejemy owies, rzeżuchę, może znajdę gdzieś parę gałązek brzozy i zaraz się nastrój wiosenny zrobi :)

    To miłego tygodnia życzę. :)

    Komentuj (4)



    wiosna na horyzoncie

    10 marca 2018, 11:56

    Wiecie co, jednak wrodzony bekowy charakter daje o sobie znać. Jak tu siedzieć i się martwić, jak tu narzekać na to zjebane życie, skoro wokół dzieją się takie cuda.

    Alaska odpuściła, na polach stoją żurawie, rozumiecie? Stoją sobie, wielkie, dostojne jak strusie, i bździągają tam po swojemu. A na polu, gdzie idę z pieskiem na spacer codziennie, stoją sobie sarny, Mirka je widzi, obszczekuje, ale one nic, stoją i mielą pyszczkami, a obok małe sarniątko. Na trawniku przebiśniegi. Jadę do pracy i wracam jak jest jasno. Za niedługo bociany przylecą i to dopiero będzie frajda, widzieć je znowu codziennie, rodzina ma gniazdo obok drogi, więc widać z dnia na dzień zmiany, najpierw jeden przylatuje, potem druga [załóżmy], potem sobie tam uprawiają zaloty, zakładają rodzinę i potem ona siedzi na jajkach, a potem pojawia się dwójeczka maluchów, a potem we czwórkę się huśtają na tym jednym gnieździe. No przecież to wszystko jest piękne. W lesie się za chwilę zazieleni zawilcami, za oknem na dachu zawitają wrzeszczące mewy z młodymi, nie wiem, skąd tu się biorą rok w rok.
    Ech, poradzę jakoś sobie we wszystkim, przecież nie jest jeszcze tak strasznie, odpukać, mama sprawna umysłowo, fizycznie powiedzmy, że daje radę z pomocą. Zaraz będzie słońce, przed którym, wbrew sobie, znowu będę chowała buzię, żeby plamy dostać jak najpóźniej, znowu będzie wszędzie zielono.
    W ogóle to Mirka od miesiąca już zmienia sierść, nie? Więc codziennie zamiatanie / odkurzanie doszło. Ale kochana jest, taka wdzięczna, łatwo ją mieć i kochać, usłuchana jak zawsze, spokojna i zrównoważona, i tylko jak zawsze budzi grozę czarnym ryjem.

    W tym roku targi w Amsterdamie. Moje pierwsze po awansie, dłuższe niż przedtem, ciekawa jestem ich bardzo. W ogóle dzieje się tak, jak myślałam - po pierwszym roku, kiedy w pracy był po prostu meksyk totalny, wszystko się względnie stabilizuje, zadowolona jestem.

    Ale targi to dopiero w połowie kwietnia, a w międzyczasie Wielkanoc. Pierwszy raz bez tylko we trzy. W zasadzie nie bardzo jest sens w ogóle cokolwiek gotować, czuję, że równie dobrze możemy skończyć na jajkach w majonezie na twardo, będzie świątecznie i wszyscy zadowoleni.
    Na Dzień Kobiet, ku mojemu szokowi, dostałam kwiatki od 2 sąsiadów. To właśnie piekę ciasto i im zaniosę, a co, skoro już tak sobie życzliwie sąsiadujemy. Pogoda super, ciepławo, ale słońca nie ma, to chyba wiecie co, pójdę na działkę, swoje 10 m2, próbować pokopać, chociażby kawałek, chociaż kolano daje o sobie znać.

    W ogóle na Dzień Kobiet sama sobie zrobiłam super prezent, poszłam na koncert TreVoci - trzech tenorów. Koncert cudowny, chociaż tenorów było dwóch, a zamiast trzeciego jego żona, sopranistka - choróbsko zmogło. Chłopaki w młodzi, postawni, w czarnych, modnie skrojonych garniturach, przystojni tak, że w gaciach kisiel, utalentowani do bólu, z jakimi głosami! Ponoć kandydowali i przepadli w preliminacjach do Eurowizji, nie dziwię się, nasze społeczeństwo w ogóle nie jest przygotowane do takiej muzyki. Repertuar bardzo zabawny, bardzo lekki, i jedyne, co mogę zarzucić, to ja nie lubię takiego braku przygotowania do prowadzenia koncertu, takiej prowizorki, pewnie prowadzącym zazwyczaj jest ten nieobecny i chłopaki radzą sobie jak mogą bez niego. Lubię fachowość i profesjonalizm, żeby występować na scenie trzeba mieć do tego pewne obycie sceniczne i tzw gadane, czego tu zabrakło, ich wewnętrzne gadki o tym, kto jest czyim szwagrem, i yyyyyyy... nie bardzo mnie obchodzą i na takim koncercie wydają mi się troszkę nie na miejscu, no ale co tam, te głosy, te postacie! fantazja :)

    Komentuj (6)



    Syberia

    03 marca 2018, 19:31

    O panie na wysokościach, ależ mróz ścisnął! Tydzień temu zrobiłam zdjęcie pamiątkowe mojego termometru, który pokazał -21. Ale i dziś nie jest jakoś specjalnie lepiej. Zawsze zimą jest taki moment przełamania - myślę sobie, w sumie nie jest tak źle, jakoś kolejną zimę przetrwałam, przy czym PRZETRWAŁAM to doskonałe słowo, jakoś to dalej będzie, wiosna za pasem. A potem przychodzi chwila kryzysu, i właśnie taka nastała, kiedy po wyjściu z klatki schodowej dopada mnie natychmiastowy paraliż, robię się sztywna z zimna, i wtedy myślę KURWA DOŚĆ JUŻ TEJ JEBANEJ ZIMY, MROZU I ALASKOSYBERII DO CHUJA!!!!! Nie, juz naprawdę dość. Zima w całości i tak była kolejna z serii łagodnych, ale ten ostatni tydzień był straszny. Żadna kurtka, żadne swetry, żadne koszulki nakładane wielowarstwowo pod spód, żadne rajstopy i skarpety pod spodniami nie są w stanie mnie uchronić od bezlitosnego poczucia dreszczy, który odczuwam jako lodowaty oddech śmierci.
    A potem odpalam pudelka i co widzę. Idą na dzien dobry do tvnu czy tam innej śniadaniówki selebrytki, bez rajstopek, w szpilkach, w bluzeczkach wydekoltowanych, sukienki raczej letnie. Płaszcz rozwiany, czapek w ogóle, o szaliku, rękawiczkach nie ma mowy. Widzę boską Kate Middleton, która pomimo niebywałych -5 stopniowych mrozów i 8 miesiąca ciąży wysiada sobie nie dość, że w samej sukience i bez rajstop, to jeszcze w szpilkach.
    Powiedzcie mi, co one wszystkie biorą. Jakim cudem nie kulą się, nie zaciskają zębów, nie zwijają w sobie, nie ubierają się odruchowo w 5 warstw wełnianych ciuchów i dwie czapki z uszami. Jakim magicznym sposobem wyglądają kwitnąco, zadowolone z życia, jakby je rozgrzewał jakiś wewnętrzny żar. Powiedzcie mi, czy to tabletki, czy maść specjalna, alkohol silny czy narkotyk jaki, z miejsca oddaję pół pensji za taki specyfik, który pomoże mi wyjść z domu bez przeklinania świata, który kazał mi się urodzić w miejscu nader słabo przypominającym tropiki. Bo już szczerze - mam dość zimna.
    Kojarzycie film "Pojutrze"? oglądam go zawsze z masochistyczną fascynacją, owijając się kocem, szczęśliwa na kanapie, że to tylko CHYBA bajka. I jest tam taki moment, jakoś na początku, kiedy leci helikopter wśród śniegów, i pilota dopada zimno - i on tam momentalnie sztywnieje i zamarza, a z jego ust wydobywa się ostatnie tchnienie. No więc ja tak codziennie rano wyglądam i się czuję.

    No, Wujek się wyprowadził. Sytuacja dramatyczna. Pierwszy taki weekend, i nie umiem sobie wszystkiego ułożyć. Z kim się kontaktować, o jakiej porze, kogo zaprosić na obiad, a do kogo jechać. I kiedy. Czuję się jak jakieś dziecko rozwiedzionych rodziców, i oh, wait... Młoda jest też na weekend, rozbita całkiem i wściekła na dziadków. No cóż, rozumiem ją - to juz naprawdę nie jest wiek, kiedy starsze osoby się rozstają, a dziadkom chyba odbiło całkiem.

    Najlepsza jazda zacznie się od poniedziałku - głównie z uwagi na psa. Ciekawe, o której finalnie będę wracała do domu. A jeszcze lepsza jazda będzie w kwietniu, bo jadę na targi i 5 dni mnie nie będzie. Chyba wtedy zwyczajnie poproszę Wujka, żeby u mnie na te 5 dni zamieszkał.

    Komentuj (2)



    przykro mi

    21 lutego 2018, 19:32

    Bo wiecie, byłam świadkiem takiej rozmowy, gdzie ludzie się chwalili na maksa, gdzie to jadą na długą majówkę. Tu na weekend do Wrocławia "Eeee, dwa tysiące na cztery osoby to żadne pieniądze", inni do Paryża na 4 dni, inni do Tropical Island, bo dzieci chcą, ktoś jeszcze gdzieś, przykro mi było strasznie i wyszłam, i cała moja duma z siebie, tak długo i skrupulatnie budowana, poszła w kosmos. Tu człowiek się cieszy, że podwyżka, że premia czasem, że szacunek, że radzę sobie, kredytów nie mam, dach nad głową jest i dziecko na studiach dziennych, i to bez alimentów i bez 500 jebanych plus, że uda się co miesiąc tę stówkę czy dwie odłożyć, ściubię grosz do grosza, i udaje się, ale przy takich rozmowach dostaję po prostu w twarz od życia, i to nie tam klepnięcie, ale trzaśnięcie w pysk, aż głowa odskakuje. Bo okazuje się, że te wszystkie starania i drobne sukcesiki, to jakieś śmieszne grosze w porównaniu do tego, co inni mają podane na tacy. Jeden pierdolony błąd młodości, ślub nie z tym z kim trzeba, mści się tak koszmarnie do dziś. Jakie to ważne, boże, żeby związać się z mężczyzną normalnym, pracowitym, ogarniętym życiowo, że jednak te dwie pensje co miesiąc, a nie jedna, i można naprawdę spokojnie żyć.
    Chciałabym widzieć, jak jedna z drugą by sobie poradziły bez tych ogarniętych mężów, zdane tylko na siebie i na swoją pensję, gdzie ta pensja decyduje nie o wyjeździe, ale o życiu, gdzie ją mieć albo nie mieć, to być po jednej albo drugiej strony życiowej krawędzi, gdzie na kuchnię trzeba zbierać gotówkę kilka lat, a każda awaria samochodu powoduje bicie serca i trzęsące ręce, że ileż to tym razem, i czy wystarczy do pierwszego. Ciekawe, czy tak by wesoło rozprawiały o wyjazdach. Weź i jedna z drugą sama na to zarób... ech.

    I jeszcze taki kuzyn małoletni z Warszawy, programista lat 24, właśnie skończył inżynierkę, olał mgra, i zmienia pracę. Nowa - 11 tysięcy brutto, co prawda b2b, więc odejdzie trochę, ale nadal 7 tys na rękę, no do cholery, to jest przecież niemoralne w ogóle! W czym kodowanie jest aż tak dużo lepsze, że człowiek z 2 letnim doświadczeniem, o tyle młodszy, staruje od takiej kasy?
    No rozgoryczona jestem bardzo, tym bardziej, że z mojego chytrego planu zadbania o swoje potrzeby właśnie została mokra plama. Mama z wujkiem się rozstają, bo tym, jak spędzili razem 30 lat, jak Wujek wychował mnie i Młodą, ma się wyprowadzić i to zrobi za 5 dni. W ciągu których mama ma operację serca. I zagadka, kto teraz będzie znowu musiał mamie robić zakupy, wyrzucać śmieci, ogarniać sprzątanie, pomagać w higienie codziennej, załatwiać sprawy urzędowe, a przede wszystkim, znowu przejąć totalną opiekę nad psem. Miałam od 1 marca iść na siłownię, bo znowu gruba się zrobiłam, ale nie widzę, abym mogła mieć na to siły i czas.

    Jeśli bym miała mieć tylko jedno, jedyne marzenie, to by było - niech Młoda znajdzie sobie porządnego męża i żyją razem długo i szczęśliwie. Amen.

    Komentuj (18)



    cudowny koncert i porazka feminizmu

    14 stycznia 2018, 12:26

    Byłam w piątek w filharmonii na fantastycznym koncercie. Składał się z trzech części. Pierwsza to "Bajka, uwertura fantastyczna" Moniuszki, która, mimo nazwy - powstała jako osobna sztuka muzyczna, mająca na celu wyłącznie to, aby odbiorca mógł sobie wyobrazić dokładnie to, na co ma ochotę, więc brzmi w zasadzie jak idealny soundtrack do każdej bajki Disneya. Zawsze mi się to podobało, a teraz miałam okazję usłyszeć alive. No bajka po prostu :) Co za instrumentacja, co za harmonia niesamowita, co za bogactwo dźwięków :) Druga część to była Fantazja góralska Noskowskiego, niesamowite, na ile sposobów można przerobić jeden motyw muzyczny, i chociaż wszyscy go doskonale znają, każdy umie zanucić pod nosem "w murowanej piwnicy, tańcowali zbójnicy...", to słyszeć, co można z tego zrobić... tylko podziwiać wyobraźnię twórcy. Trzecia część to totalnie mroczne, bardzo creepy, bardzo dziwaczne "Harnasie" Szymanowskiego. W zasadzie ciężko by mi się tego słuchało, bo początek XX wieku w muzyce klasycznej to coś bardzo nietypowego, pełno eksperymentów muzycznych, zwłaszcza z rytmiką i harmonią, ale ten utwór jest przewidziany na orkiestrę, balet, chór i zespół solistów i ciekawa byłam bardzo, jak sobie z tym poradzą. Cóż, miejsca na nawet mały zespół baletowy nie było, ale był wspaniały chór, poznański chyba? oraz, jako zespól solistów, Sebastian Karpiel-Bułecka z kolegami, ubrani w góralskie ciuchy, skrzypce i śpiewający fragmenty solowe. Niesamowita charyzma artysty, super fachowe podejście, widać, że byli jako główna gwiazda programu. Ale uwierzcie mi, że chociaż chłopaki cudnie grali i śpiewali, to jednak nie mogłam oderwać oczu ani uszu od orkiestry, ani od chóru. A w ogóle cała filharmonia była pełniutka!

    Bardzo ważną częścią jest przygotowanie orkiestry do występu, to, że panie zawsze są w eleganckich czarnych sukienkach, a panowie w garniturach, ich uśmiechy, zachowanie, czasami aż widać, zwłaszcza w przypadku młodszych muzyków, jak bardzo emocjonalnie podchodzą do swojej pracy, naprawdę zazdroszczę im, że tak pokierowali swoją karierą i życiem, że mogą zarabiać na tym, co lubią. Sam budynek Filharmonii też cudowny, architektura dość nowoczesna, podziemny dwupoziomowy parking, pośrodku, bardzo sensownie, skromny, ale jednocześnie wyrafinowany bar. Gdyby nie to, że powrót nocą do domu 150 prawie kilometrów to średnia przyjemność, to pewnie byłabym tam częściej.

    No cóż, ja tez lubię swoją pracę:) ale cieszę się, że od czasu do czasu mogę mieć kontakt z muzyką klasyczną, duże formy orkiestrowe to coś, co mnie totalnie nakręca. A co najlepsze, baza danych jest tu tak ogromna, że do końca życia mogę poznawać nowe utwory i ciszyć się ich urodą.

    Wracając z koncertu odpaliłam sobie Dwójkę w radiu i akurat pan zapowiedział fragment przebudowanego przez Maxa Richtera Czterech Pór Roku Vivaldiego, no przecież to jakiś kosmos, dreszcze niesamowite, aż się płakać chce!
    Odpalcie sobie, to tylko 2,5 minuty, najlepszy fragment
    https://www.youtube.com/watch?time_continue=159&v=DLDvbnK_Sqk

    Nabuzowana muzyką dojechałam do domu, tylko po to, aby się dowiedzieć, że mama 2 godziny temu przewróciła się, zawadziła o fotel, nie może się ruszyć i czeka z telefonem na pogotowie na mój powrót. Więc zaraz pogotowie, szpital, prześwietlenie, dwa złamane żebra, poza tabletkami przeciwbólowymi i ewentualnie obowiązaniem się nic nie można zrobić.

    Załamało mnie to - taki mentalny spadek z bardzo wysokiego konia.

    Ostatni tydzień, to był pierwszy tydzień w pracy. Po urlopie byłam tak wypoczęta, tak mi było błogo z moim postanowieniem dbania o siebie, że ten wypadek mamy to był jak strzał młotem prosto w łeb od losu, gdzie się pchasz dziewczyno, co ci w głowie siedzi, odpoczynek? relaks? zapierdalaj do roboty, co ci się zdaje, że możesz myśleć o sobie? no tak to nie będzie, kochana, wybawiłaś się za młodu... koncentracja na Oli? nie rozśmieszaj mnie...

    Zaangażowałam się w zbieranie podpisów pod projektem "Ratujmy kobiety". Zbierałam je w pracy, wśród znajomych, rodziny. Tłumaczyłam, rozmawiałam. Podpisy wysłane. Śledzę losy tego projektu na fb i w tv. Czekałam na złożenie projektu ustawy do Sejmu. Ale w najgorszych snach nie sądziłam, że to się tak skończy, jak się skończyło. Dla tych, co nie w temacie - projekt zakłada znaczne złagodzenie obecnej, bardzo restrykcyjnej ustawy antyaborcyjnej [wbrew temu co się gada, to nie jest żaden kompromis, tylko już jedna z najbardziej restrykcyjnych ustaw na świecie], poprawę edukacji seksualnej, dostępu do antykoncepcji. Ku mojemu żalowi, w obecnym projekcie nie ma ani słowa na temat umożliwienie kobiecie sterylizacji na żądanie, chyba zostało to niestety przeoczone. Obecnie jest w Polsce zakaz, oczywiście tylko dla kobiet, mężczyźni mogą robić co chcą. I co się stało - na pierwszym posiedzeniu, na którym miała zapaść decyzja, czy projekt w ogóle będzie rozważany w sejmie, zabrakło głosów tych, którzy niby są za nami, kobietami. Zabrakło przede wszystkim głosów Nowoczesnej.pl, tłumaczących się potem, że to wbrew ich światopoglądowi, jakby nie rozumieli, banda kretynów, że po pierwsze, jest to tylko posiedzenie w sprawie skierowania projektu ustawy do dalszych prac, a po drugie, nie powinni swojego światopoglądu narzucać milionom kobiet i dać im zwykłą szansę. My nie potrzebujemy wrogów, mając takich przyjaciół... Katarzyna Lubnauer w wywiadzie dla Zetki stwierdziła potem, że posłowie są nowi i nie znają procedur - na litość, oni tam PRACUJĄ JUŻ PONAD DWA LATA! w ten prosty sposób projekt trafił do kosza.

    Taki Kaczyński, jak się domyślam, śmieje się w głos, on przecież będzie rządził do usranej śmierci razem z tą swoją bandą tchórzliwych nawiedzonych oszołomów, czy cała nasza opozycja to jest tylko banda idiotów? Czy naprawdę nie ma nikogo zorganizowanego, ogarniętego w polskiej polityce, nikogo charyzmatycznego, kto mógłby stanąć na tych naszych barykadach i silną ręką poprzeć kobiety? Nikogo, kto silną ręką nie obejmie tych posłów, posłanek, osłów i oślic, i wyznaczy jasno, co należy robić, aby jednak nadać naszemu prawu i środowisku jako taką równowagę? Póki co, PIS naprawdę nie ma z kim przegrać. No nie ma.

    Ten kraj zaczyna przypominać pod względem religijnym i reprodukcyjnym, straszny świat znany z "Podręcznej". Czy my naprawdę musimy służyć wyłącznie do rodzenia dzieci, a sam seks dla przyjemności, bez groźby ponoszenia konsekwencji ma być dla nas niedostępny już nigdy? W takim świecie chcemy żyć? Mężczyźni nadal mogą robić co chcą dla swojej przyjemności, nie muszą wcale ponosić konsekwencji, przykład, mój były mąż, jedno dziecko za drugim, już piątka na świecie z czterema kobietami i co? śmieje się w twarz prawu alimentacyjnemu i wyjebane na wszystko. I każdy jeden tak może. A w telewizji reklamy viagropodobnych specyfików mają się doskonale... Przesłanie jest jasne - mnóżcie się na potęgę, tylko po to, aby ratować polski system emerytalny, i tak na skraju przepaści, nigdy w życiu ten kolos na glinianych nogach nie stanie stabilnie. A Świat sam w sobie już jest przepełniony, i życie na nim nie jest żadną nadzwyczajnością.

    Komentuj (20)



    podpisz petycję proszę

    07 stycznia 2018, 21:52

    Słuchajcie, taka prośba. Tu poniżej daję linka do petycji. Nie wiem, na ile to może przynieść skutek, ale może. Petycja dotyczy schroniska dla piesków niedaleko ode mnie. U nas są dwa schroniska, jedno miejskie, drugie prywatne - i to właśnie o to prywatne chodzi. Jest prowadzone od dawna przez człowieka, co do którego od zawsze istniały podejrzenia nie do końca etycznej działalności. Przeczytajcie, zdecydujcie. Ja podpisałam. Może to coś zmieni.

    http://tnij.at/schronisko

    Dziś ostatni dzień urlopu. Po raz pierwszy od bardzo dawna mogę powiedzieć, że naprawdę odpoczęłam. Wyleżałam się, wyspałam, wygniłam na kanapie ile mogłam, nadrobiłam seriale i filmy, wysprzątałam chałupę na błysk i to na bieżąco, spędziłam masę czasu na dworze na spacerach z sierściuchem, wygrzałam się [ciekawe ile dopłaty [przyjdzie za ciepło, hehe], załatwiłam wszystkie chyba zaległe sprawy. Boże, odpukać, jak mi dobrze. Tak mi straszliwie brakowało takiego właśnie luzu. I wracam do roboty może nie z entuzjazmem, bez przesady, ale z ciekawością, co mi nowy rok przyniesie, a na pewno nie z niechęcią i żalem. Zadowolona jestem :) Na tę okoliczność zrobiłam nawet ciacho do pracy.

    Dziś mróz ścisnął mocno na wieczór, aż odstawiłam auto do garażu, chociaż nie powiem, że odpaliłam bez trudu. Tzn odpaliłam, ale szyby musiałam skrobać długo i zawzięcie - jakoś moja skrobaczka nie jest najlepszej jakości, muszę poszukać innej. Wszystko skostniałe nawet od środka. Muszę doliczyć kwadrans rano przed pracą, czyli jutro wyjścia z domu o 6:15. Spoko :) Jestem wypoczęta :) Co innego mnie martwi - wróciły po raptem trzech miesiącach żurawie. 2 pary stoją na polu, gdzie czasami chodzę z Mirką. Co z nimi będzie:( Przecież w taką pogodę to one zaraz ech...

    Komentuj (3)



    postanowienie

    02 stycznia 2018, 21:34

    Właśnie podjęłam postanowienie noworoczne. Otóż w tym roku będę się interesowała głównie sobą i swoimi sprawami. Moje sprawy, moje potrzeby, mój czas nade wszystko. Wiem, są sprawy, których się nie da uniknąć. Ale pracuję nad asertywnością. 2016 to był rok koncentracji na rodzicach. 2017 to rok koncentracji na Młodej. 2018 to rok koncentracji na Oli. Zdrowa dawka egoizmu na pewno mi nie zaszkodzi.

    Wiecie co, na tę okoliczność zgłosiłam się do losowania biletów do Filharmonii Wiedeńskiej na Koncert Noworoczny 2019, od razu dwa bilety. Oczywiście na bilety za normalne miejsca to mnie nie stać, ale zapisałam się na balkon z organami nad orkiestrą. Cena 80Eur/sztukę. Plus dojazd i nocleg w Wiedniu - to pewno będzie dużo więcej. Ale to dla mnie ważne wydarzenie. Co prawda słyszałam, że podobnie myśli 400 tys osób na świecie, więc zapewne zginę w losowaniu, ale przez dwa miesiące będę żyła nadzieją, a potem będzie już wiosna i życie całkiem inne :)

    Nadal odpoczywam. Auto w warsztacie, więc nawet nie mogę nigdzie pojechać i nic nikomu załatwić :D no jakże mi z tego powodu wszystko jedno. Tylko Mirki szkoda, bo ominął ją dziś i pewnie jutro wyjazd do lasu - zresztą leje jak z cebra. Coś moja przepowiednia odnośnie zimy stulecia nie chce się spełniać. Chyba nie jestem jasnowidzem, ani nawet domorosłym meteorologiem.

    Dziś sobie wysprzątałam spokojniutko wszystko na błysk i rozkoszuję się nicnierobieniem. Chyba szefowi postawię kawę na okoliczność zgody na trzeci tydzień urlopu. Zużywam zapas świeczuszek, gromadzony skrzętnie cały rok. No uwielbiam ogień, nawet mały płomyk daje całkiem inną atmosferę. Uprałam mamie koc, takie rzeczy pierze się u nas ręcznie za pomocą wanny, nóg i całego dnia deptania w ciepłej wodzie, w wodzie zmienianej co godzinę. Też sposób na relaks i prawie że spa :D W ogóle jaka metoda na Sylwestra z psem, słuchajcie. Zamknęliśmy się z Mamą, Wujkiem i psem w jednym pokoju, stół pełen żarcia, tv na max cały wieczór i pies dał się oszukać, żadnych huków nie było słychać, pies nie panikował, bo wie, że w tym pokoju zawsze tv chodzi na maxa - mama słabo słyszy i te wszystkie ambitne trudne sprawy są zawsze na level 60. Polecam sposób.

    Od przyszłego poniedziałku wracam do pracy, pełna energii i zapału - ktoś musi na ten Wiedeń zarobić, nie? :) Następny Sylwester spędzę z kimś, kogo kocham, szanuję, z kim będzie mi dobrze, w pokoju hotelowym w Wiedniu. I chuj.

    Komentuj (10)



    Auto się popsuło

    30 grudnia 2017, 20:57

    Nie ma to jak kończyć stary rok z hukiem. Zawsze pilnuję starannie, aby na Nowy Rok nie zostawać z niezałatwionymi sprawami, bez długów, na zero. Żeby nic nie robić, o niczym nie myśleć, przelewy popłacone, salda posprawdzane. Wczoraj wracamy z Młodą z dorocznego koncertu z chórem, największego, z największym przytupem, najdłuższego - no w tym roku to już masakra jakaś, 3 godziny w kościele to za długo dla takiego grzesznika jak ja - i chuj, szlag by trafił, poszedł przewód do płynu hamulcowego. Cud, prawdziwy kurewski cud, że stało się to o 22 w nocy, na kompletnie pustej drodze, przy prędkości 50km/h, rozumiecie to? Wziąwszy od uwagę, że za 8 godzin miałam wyjechać w trasę 450 km, żeby odwieźć Młodą do akademika i wrócić, a to mogło się stać w każdej chwili, i jak pomyślę, że np na obwodnicy przy 120 na zegarku, to mi słabo, wiecie. To pewno nagroda z góry za ten koncert, hehe.

    Dobrze, że wujek na miejscu i auto pożyczył na rano, a moje niestety stoi i chyba we wtorek z rana na jakimś sztywnym holu do warsztatu. Ale to nie jest dobra wróżba, popsute auto pod domem w Sylwestra :D

    Młoda już w akademiku, ja z Mirką, która już teraz jest spanikowana, spędzimy Sylwka z mamą i wujkiem, głównie ze względu właśnie na psa. Niech chociaż ma nas wszystkich w kupie, skoro HUKAJĄ na zewnątrz. Na co mi przyszło na starość :D

    A potem jeszcze tydzień urlopu, co za niesamowite uczucie...

    Komentuj (2)




    Szablon wykonała Effy, pobrano z szablony.blogowicz.info
    Wspierane przez: Blog & dodatki na bloga.
    Grafika: Weheartit