• 2016

  • sierpień
  • lipiec
  • czerwiec
  • maj
  • kwiecień
  • marzec
  • luty
  • styczeń
  • 2015

  • 2014

  • 2013

  • wakacje

    02 lipca 2016, 14:44

    Tak bardziej dla kronikarskiego obowiązku, niż z jakiejkolwiek przyczyny, aby odmeldować, i mieć na pamiątkę, co się w życiu dzieje..
    Źle się dzieje. Wujek po radioterapii i chemii bardzo jest słaby, leży całymi dniami i zwija się z bólu, albo śpi, a jak wstanie, to ledwo chodzi, z powodu sterydów ma podrażniony przełyk i jedzenie czegokolwiek powoduje ból, więc wujek, zawsze filigranowy i drobniutki, chudnie w oczach. Staram się gotować jakieś mięciutkie, a pyszne rzeczy, ale mało to daje. Przygnębia mnie to okropnie, nie wiem co poradzić, pije nutridrinki, ale też niewiele... co, kroplówkę odżywczą mu dawać? Liczę na to, że to nie efekt terminalny tego zasranego raczyska, tylko pośredni leczenia.

    Mirka już na stałe mieszka u nas, boże drogi, jaki to słodki i kochany psiak jest, ale spowodowało to niespodziewaną konsekwencję w postaci tego, że moje rozrywki w postaci koncertów są mocno ograniczone - pies jest bardzo rodzinny, bardzo społeczny i bardzo towarzyski, źle znosi pobyt samej w domu - potem jest smętna i osowiała, po co. Szczęśliwie życie kulturalne tu na miejscu także jest dość bogate, więc spoko. Psa, żeby się wybiegał, trzeba wywozić do lasu autem, ale sunia ma już 8 lat, i chociaż po diecie u nas schudła, to stawy, uszkodzone i operowane za młodu dają o sobie znać. Sąsiad zbudował więc elegancką rampę, po której Mirka może sobie wejść po auta, tylko, że nie chce, bo się boi przepaści z boku rampy. Czuję, że czekają nas długie treningi.

    Młoda w pracy nad morzem, w tym roku pracuje na prawo jazdy. Czuję się dumna, że kontynuuje rodzinną tradycję, oby potem nie było tak, że będzie 15 lat przerwy i prawo jazdy będzie tylko bezużytecznym kartonikiem.

    Z sąsiadem całkiem spoko. Robi takie rzeczy, jak z tą rampą dla Mirki, że och, ale zaraz potem powie coś takiego, co mnie osłabia i nic nie mówiąc, jestem wściekła, zaciskam zęby i udając, że jest ok, wychodzę, przy czym zazwyczaj są to pierdoły i tylko dlatego się wściekam, bo nie jest tak jak ja bym chciała i potem mi przechodzi. Żadnych motylków, żadnej chemii, żadnych fajerwerków nie ma i chyba już nie będzie, cały ten etap nas ominął i teraz się czuję trochę tak, jakbym wskoczyła w stare wyciuchane kapcie, miękkie wygodne, spoko, ale nie wzbudzają emocji jak nowo zakupione szpilki, które wydłużają nogę, świetnie leżą na stopie, mają wyjątkowy kolor i pasują do ukochanej sukienki. Może to i lepiej, nie ma emocji, nie ma kłótni, nie ma powodów do zerwania, a wygoda ogromna, naprawdę. Nareszcie ja jestem wożona, a nie kogoś wożę, Sąsiad mało mówi, ale słucha i słyszy, co się do niego mówi, dostaję kwiatka czasem, miewam seks, czasem nawet udany, i chodzę do kina i teatru z kimś, kto ma garnitur i nie wstydzi się go użyć. A poza tym ma spoko podejście do Mirki i Młodej i nie zabił mi psa, kiedy okazało się, że Mirex postanowiła spędzić noc zamiast w specjalnie kupionym legowisku za miliony - na jego nowiutkiej kanapie. Co prawda trochę dziwnie być z kimś starszym od siebie - zawsze młodszy, mąż 2, L 8, Ogień 4, cała reszta też raczej młodsza, ale dobra tam. Przynajmniej czuję się młoda i ponętna ;)

    W poniedziałek rozprawa o podniesienie alimentów od ex-teściowej, jako, że exmąż, nie, nigdy, nadal nie i w ogóle, a sprawa złożona w sądzie okręgowym o zagraniczną egzekucję alimentów zamarła jakoś. Jej też w Polsce nie ma, ale ma polską emeryturę. Jak jej komornik na tę emeryturę konkretnie wsiądzie, to może zaraz się wszyscy ujawnią.

    Komentuj (5)



    powodzie wszedzie...

    01 czerwca 2016, 10:18

    Takie szybkie pytanie... Czy ktos tu jest z Paryża i moglby przenocowac moja corke 5-12 czerwca, i mieszka z dala od terenow zagrozonych powodzia? Cos uslyszalam ze tam kataklizm sie dzieje... I nawet nie wiem, jakie sa w tych warunkach szanse na zwiedzanie czegokolwiek bez pontonu;)


    albo w ogole gdziekolwiek w przyszlym tygodniu, byle poza Polska, bo moge przebukowac bilef

    Komentuj (5)



    upodobanie do muzyki

    26 maja 2016, 10:25

    Jesienią i zimą wegetuję. Przychodzę do domu po pracy i załatwieniu wszystkich spraw, wizycie u mamy, psie, zakupach, czasami chórze, zakopuję się po kołdrą przed tv czy lapem, i trwam w ogrzewającym półśnie, czasami z termoforem, aż mnie sen nie zmorzy. Od całkowitego marazmu ratują mnie obowiązkowe wyjścia na próby chóru i z rzadka jakiś koncert, który potem przeżywam tygodniami. Ale - kiedy nadchodzi wiosna, robi się ciepło i jasno, robię wszystko, aby tylko się wyrwać z domu, zachłannie łapię wszelkie okazje do wyjścia na koncert, pokaz, imprezę, kino, COKOLWIEK, aby tylko wykorzystać czas ciepła i jasności, że nie muszę ubierać się grubo, aby w ogóle przeżyć. No i w maju się zaczęło, sypnęło imprezami, organizowanymi z różnych przyczyn w okolicy. W zeszły weekend zliczyłam 5 wyjść - piknik lotniczy, koncert gwiazd i 3 x kino, w ramach projektu, organizowanego przez grupę młodzieży "W starym kinie". To był pokaz, dzień po dniu, starych filmów "Doktór Murek", "Historia Żółtej ciżemki" i "Matka Joanna od Aniołów". Jak dla mnie, trafione w dziesiątkę, nawet ostatnio rozmyślałam sobie o tym, że kiedyś było w TV taki program w niedzielę, też "W starym kinie", prowadził taki gościu w czarnych okularach, i był chodzący człowieczek w czołówce, ale wtedy nie to kompletnie nie interesowało, a teraz chętnie bym takie filmy oglądała. No i co powiecie - kino było pełne! Ludzie lubią takie filmy... tym bardziej, że wejściówki były za darmo, jak w zasadzie wszystkie imprezy w weekend, na których byłam. Poszłabym znowu!

    Wczoraj pojechałam z Młodą na koncert młodziutkiej śpiewaczki klasycznej Wiktorii Wizner, utalentowane dziewczę, nie ma co, chociaż na jednej arii, co do której była mowa w zapowiedzi, że trudna, niestety poległa, ale ma wdzięk, klasę, umiejętności, ciężko pracuje i bardzo mi się cały występ podobał. Podobało mi się, że, chociaż młodziutka, wie, że jednym z ważnych elementów w takich koncertach, są kreacje śpiewającej gwiazdy, i pod tym względem również prezentowała się nienagannie. Jej występ wywołał we mnie refleksję. Bardzo, bardzo czuję wewnątrz, że chciałabym śpiewać, że to może to, co powinnam była robić w życiu, ale jakoś nie odkryłam tego wcześniej. Skończyłam szkołę  muzyczną, ale okupiłam to ciężkim wysiłkiem i pracą, bynajmniej nie sprawiało mi to wtedy przyjemności, ani nie widziałam w tym upodobania, a po dyplomie z nienawiścią trzasnęłam klapą od pianina, żeby już nigdy więcej jej nie otworzyć - czego żałuję teraz bardzo, bardzo. Cieszę się, że chociaż w chórze śpiewam, jednak chciałabym więcej w życiu śpiewać, mieć do czynienia z muzyką, chyba kupię sobie keybord i za pomocą youtuba zacznę się dokształcać :D nowe zajęcie na jesień i zimę. Jak to się stało, że wcześniej nie odkryłam tego w sobie? Kiedyś, pamiętam, w starej pracy, jeden rolnik mi zaproponował pracę w zespole takim wioskowym weselnym, wtedy nie mogłam, bo Młoda była maluśka, a ja studiowałam w weekendy, ale och, gdyby mi ktoś teraz coś takiego zaproponował, wzięłabym z pocałowaniem w rękę, co tam, że kolorowe jarmarki i jesteś szalona! Byle śpiewać, byle grać, byle słuchać!

    Pamiętam, że kiedyś, w szkole muzycznej, czekałam na coś w auli, i na scenę, gdzie zawsze stał fortepian, wyszedł dyrektor szkoły, szalenie sympatyczny człowiek, i ot tak, z biegu, zaczął grać "Sealed with a kiss" Jasona Donovana, jakoś to był wtedy hit. Byłam w szoku, że tak można, jakie to piękne, cudowne i w ogóle, że usiadł i gra! Ale - przez całą szkołę muzyczną nikt mi nie powiedział, ani nie pokazał, jak to robić, żeby nie tylko grac mozolnie z nut etiudy i sonatiny, ale umieć dobrać akordy i pasaże odpowiednie, ot tak, ze słuchu. Niby na umuzykalnieniu [taki przedmiot] stary nauczyciel coś mówił o kontrapunktach, ale nie miałam pojęcia, co to i do czego służy i ogólnie jedyne co mi się podobało to zajęcia z identyfikacji utworów muzycznych. Na końcu każdej lekcji mieliśmy wysłuchać 3 utwory, a raz w miesiącu była z  tego klasówka i zawsze miałam piątki. A teraz w trakcie chóru w przerwie czasami nasz dyrygent tak sobie ot podgrywa coś tam z biegu, a ja z zaciśniętymi zębami siedzę i słucham, aby tylko po sobie nie dać poznać, jakie to robi na mnie wrażenie. No, ale to pewnie tygodnie, miesiące i lata spędzone tylko za fortepianem, a nie z maluchem w domu, wiecznie w pogoni za jakimś facetem, za pracą, kasą, w rozdarciu między sprawami i domem swoim, mamy i ojca.

    Chcę graaaać i chcę śpiewaaaaać!!!! [nie znaczy to, że umiem i powinnam, ale chcę:)]

    Dziś nasz chór śpiewa dla takiego zespołu, które gra pop-oratorium, jakież to są świetne melodie i jaka jestem szczęśliwa, że mogę brać w tym udział i być częścią takiego przedsięwzięcia:)

    Sąsiad na razie dzielnie wytrzymuje te koncerty. Chociaż wczoraj się poddał :D Nikt nie mówił, że ze mną jest łatwe życie, trzeba się nabiegać;)

    Komentuj (9)



    majówka

    14 maja 2016, 08:15

    Ale wtopiłam wczoraj. Tych koncertów w maju narobiło się od groma, więc kombinuję jak mogę, aby się załapać na co się da. Jakoś tak mam, że całą jesień i zimę wegetuję w domu pod kołdrą, więc odruchowo, jak tylko robi się ciepło, wyrywam się z domu, aby korzystać z osiągnięć kultury. Łatwo nie jest - Wujek, wiadomo, wymaga teraz sporej pomocy w wożeniu po szpitalach, zabiegach, Mama w związku z tym wymaga pomocy w zakupach i wyprowadzaniu psa, ojciec zażyczył sobie, aby mu załatwić emeryturę, więc zgadnijcie, kto traci czas w ZUS-ach, gdzie każdy oddział udziela innych informacji, często ze sobą sprzecznych, chciałabym także spędzić trochę czasu z własną cudowną córką, więc na nic nie mam czasu. Ale wolę tak, niż zimową stagnację przed kompem. No i wczoraj miał miejsce jakiś koncert z muzyką "eksperymentalną, szamańską, dawne zapomniane rytuały plemiennie, połączone z nowatorskimi wizualizacjami. Brzmi ciekawie, nie? Nie miałam z kim, więc z Młodą w auto i jedziemy. Niefortunnie zaczęło się właśnie od tej eksperymentalnej muzyki. Nie wiem, co trzeba mieć w głowie, aby coś takiego tworzyć. Ja, wielbicielka składnej, harmonicznej, poukładanej muzyki klasycznej, nie widzę w czymś takim żadnego sensu. Brzdąkanie, charczenie, wycie, z rzadka jakiś ślad dobrego bitu, wiercenie w mózgu, zryta bania, do tego wizualizacje bardzo prymitywne i nie mające związku z graną muzyką - chociaż słowo "muzyka" jest tu bardzo na wyrost. Uciekłyśmy z Młodą w trakcie przerwy, nie czekając na szamańskie rytuały, może to błąd, ale ja już potrzebowałam pilnie odetchnięcia i normalności. No co za strata 10 zł.

    Od wczoraj ma padać, co witam z ulgą, bo ileż można szaleć ze szlauchem. Jednak pogoda o tym chyba nie wie, że miała się zepsuć, bo nadal słoneczko i ciepło. Chyba pojadę na myjnię samochodową, to niezawodny sposób na wywołanie deszczu. 5 m2 pod moim oknem zaczyna się pięknie zielenić w grządkach. Postawili nam w końcu - po roku mojej pisaniny do ADMu - siatkową wiatę na śmietniki. Całkiem elegancka. Od mojej strony Młoda pod moim światłym nadzorem przywiązała sznurki równiutko, a pod wiatą posadziła nasiona fasolki i groszku pachnącego, z odzysku po zeszłorocznym sianiu. I co powiecie? wszystko ruszyło i rośnie jak szalone, ku mojemu, mimo wszystko zdziwieniu. Już sobie wyobrażam - pachnącą, kolorową ścianę zamiast śmierdzącego śmietnika zakrytego wiatą. Konstrukcja z zeszłego roku też zapowiada się dobrze, kwiatki wysiane w równych rabatkach, zamiast luzem w szale ogrodniczym, pilnie baczę, czy nigdzie aby pomidory nie kiełkują, żeby je zaraz skancelować.

    Sąsiad z bliska, pomimo wielkiej awantury, nie odpuszcza i bardzo chciałby, abyśmy jednak, mimo wszystko, zostali dobrymi sąsiadami i przyjaciółmi. Pewnie, na to mogę przystać, dopóki daję z siebie tyle ile mogę, a nie jestem obrywana po kawałku z czasu, którego nie mam. A więc naprawa zasilacza, zerwanego naszyjnika, obiadki wspólne i film przy kawałku ciasta. Plus moje odpieranie jego zaczepek. Może to zabrzmi brutalnie, ale dopóki wszyscy nie poumierają, a Młoda nie pójdzie na studia, to ja nie widzę dla siebie szans na stworzenie stałego związku z kimkolwiek. Bo chóru KURDE nie odpuszczę. Jak ja sobie lubię tam pochodzić i pośpiewać, mimo, że wyrywa mi to 2-4 godzin cennego czasu w tygodniu + koncerty - no właśnie, niedługo znowu śpiewamy koncert, albo dwa, już czuj satysfakcję i z automatu pojawia mi się uśmiech na buzi. Tak myślę, że jak jest coś, co mnie cieszy, co raduje,  jest dla mnie odetchnięciem i czystą przyjemnością, to chyba trzeba się tego trzymać i nie odpuszczać mimo trudności. Tak sobie myślę, jak już Młoda skończy liceum i nie będzie ze mną dojeżdżać, to może uda mi się wyżebrać w pracy zmianę godzin na 7-15 - mi bardzo brakuje tej jednej godziny po południu, mimo, że to już ponad 9 lat, jak tu pracuję. [ależ ten czas leci].

    Idę nabyć ser celem zrobienia sernika - po kawałku do filmu z sąsiadem, heh.

    Miłego weekendu, Mordki.

    Komentuj (3)



    klasyka

    29 kwietnia 2016, 19:37

    Już od jakiegoś czasu jaram się muzyką klasyczną. Już ten chór mnie tak wciągnął, a jakiś tam sentyment do muzyki klasycznej został mi we krwi po szkole muzycznej, ale teraz to już jazda na całego. Nie omijam żadnego koncertu w pobliżu, oczywiście nie stać mnie na abonament do pobliskiej Filharmonii, ale ichniejsza orkiestra, którą wysoko cenię, często gra wyjazdowo, w tym i u nas, z towarzyszeniem rozmaitych solistów. Ostatnio był to tenor Dariusz Stachura. Jutro jadę na koncert dwóch połączonych chórów, w ramach pracy dyplomowej dyrygenta, więc spodziewam się ciarek. Mam już kupione bilety na galę operową w lipcu, nie wiem z kim pojadę, ale pojadę na pewno.

    Mam w domu trochę płyt z najlepszymi hitami, dziecko mnie otworzyło na wynalazki w rodzaju Open Fm, z kanałem klasycznym i zawzięcie słucham, ciesząc się własną znajomością dużej części utworów i poznając nowe. Nowe w sensie nieznane hity, bo wiekiem to one mają po parę setek lat.
    I tak na przykład, najzajebiściejsze nuty, pomijam tu najbardziej znane, chociaż zapewne dla znawców i poniższe żadną nowością nie są;) Ale też nie na tyle znane co Pachelbelle, Eine Kleine Nicht Musiki, Bolera Ravela, Symfonie Losowe, Carmeny Bizeta i inne Toccaty i Fugi d-mol, które zna dosłownie każdy :)

    Link 1  - Bach, Koncert A-dur, BWV [to taki rejestr Bacha] 1055
    Link 2 Bacha Trzeci Koncert Brandenburski G-Dur BWV 1048
    Link 3  Bacha Jesu Bleibet Meine Freude BWV 147
    Link 4 - Mało znany Delibes, Lakme, Duet Kwiatów, boska Elina Garancia, ale i Anna Netrebko w dobrej formie.
     

    Na południu często koncertuje zespół Sonori, polscy i inni soliści, mamy świetne głosy w kraju! Najbliższe koncerty Włocławek, Szczawno, Zgorzelec - u nas dopiero w listopadzie:( Ale jak ktoś mieszka blisko, polecam, polecam...

    Bach rządzi.

    Jak macie jakieś swoje hity to dawajcie :)

    Komentuj (8)



    wróciłam i nie wybuchłam

    23 kwietnia 2016, 16:00

    Super, pojechałam i wróciłam, nie wybuchając po drodze. Jednakowoż da się wyczuć wzmożona kontrola na lotnisku - zostałam wytypowana do kontroli osobistej, za parawanem do majtek, mało tego, walizka sprawdzona specjalną szmatą przeciwbombową i wrzuconą potem do maszyny. Podejrzewam, że to moja śniada cera i arabskie rysy twarzy ich do tego nakłoniły [dla niezorientowanych - to sarkazm, blondyna do białości niemal, i twarz równie biała, bo z racji ostudy smaruję się non stop kremami spf50]. Podobnie przed wejściem na targi, do hoteli i restauracji, wszędzie bramki, skanowanie ciała i wywalanie torebek. Czasu nie miałam wolnego w ogóle, udało mi się przejśc koło JEDNEGO czynnego sklepu, gdzie nabyłam dwie kawy i cztery czekolady, że niby mamusia w Paryżu była. Plus breloczek za milion złotych w wolnocłowym na lotnisku...

    Oczywiście zimno, ale bardziej wiosna niż u nas. Zieleniej:) Mieszkałam w hotelu, który w sumie był bardzo blisko targów, 6 przystanków tramwajem. Sam hotel wyglądał jak Warszawa w 1947, ale to tylko złudzenie, bo w trakcie rozbudowy. W środku malutkie, ale urocze pokoje, z wyposażeniem niby że z Bajek z 1001 Nocy. Wielkie łóżko niemal na wielkość pokoju, zdobienia, metaloplastyka, przepych, ornamenty wschodnie, czułam się niczym Szeherezada :D Krzesła w stołówce w kształcie płomieni i takiż żyrandol:D Ale hotel bardzo czyściutki, cichy, działające ogrzewanie, super obsługa, więc nie miałam doprawdy na co narzekać, tym bardziej, że sama rezerwowałam.

    Inteligentnie wzięłam ze sobą dwie pary szpilek. Więc chociaż obydwie pary wygodne i fajne, to jednak po 12 godzinach biegania każdemu by zdechły nogi, nie? Nie tylko durnej blondynce, co to żadnych wygodnych butów ze sobą nie wzięła.

    Przed wyjazdem poznałam tego pana, co blisko mieszka, nie? No więc był tak natrętny w wypytywaniu, kiedy w końcu pójdziemy do łóżka, albo chociaż się pocałujemy, tak nachalny w bardzo niewybrednych dowcipach, że w końcu rzekłam twardo - nie lubię seksu i go nie uprawiam, i z nim też nie będę, a w ogóle to niemoralne i co on sobie wyobraża, znamy się dwa tygodnie, a on już mnie tu widzi w swoim domu, na własność i dmuchać chce. Ale chętnie będę w przyjacielskim układzie. Na co pan dostał furii i odmówił w ogóle, mimo bliskości i sprzyjających okoliczności. Och, gdyby on tylko wiedział, gdyby znał moją historię z Ogniem, gdyby wiedział, jaka potrafię być, jak się mnie nie naciska i nie osacza chorymi dowcipami wątpliwego lotu! [mówię o hodowanych kwiatach, a on z obleśnym uśmiechem, jak to dobrej gospodyni wszystko w rękach rośnie - taki przykład]. Źle się koło niego czułam, miałam ochotę uciec, a gdy mnie przytulał na dzień dobry, sztywniałam cała, marząc o natychmiastowym odsunięciu się na co najmniej metr.

    Nie wiem, ja się już chyba nie nadaję do klasycznych związków, mam nawyki starej panny, nie chcę mieszkać z facetem na stałe, nie chcę się do niego wprowadzać, ani wprowadzać jego do mojego świętego sanktuarium, chcę się widywać z nim w weekendy i jeździć na koncerty, i może sobie patrzeć, jak kopię działkę, a sam w tym czasie dłubać coś w piwnicy, i to wszystko. Nie chcę być CZYJAŚ, żeby ktoś sobie rościł do mnie prawo własności i pretensje, że coś jest ważniejsze od niego - kurde, wracam do domu po pracy, odwiozłam Młodą do pracy na weekend, poleciałam do Mamy ogarnąć i zrobić zakupy, zakupy do domu, wracam o 19, a ten już z pretensjami, że czemu nie chcę do niego do domu wpaść na kawę czy coś, mówię, że chcę pobyć w domu i ogarnąć parę spraw, a na to foch - coś jest ważniejsze od niego? TAK KURWA , aż miałam ochotę zawyć. Ważniejsze jest moje wyciągnięcie nóg na własnej kanapie. Dwa tygodnie się znamy z czego tydzień mnie nie było, na boga jedynego! aha, no ale już się nie znamy. Było minęło. Nie, ja chyba podziękuję za szukanie tego jedynego, nie jestem w stanie nikomu dać siebie więcej niż tylko troszkę. Nie chcę być w żadnym stopniu zobowiązana.

    Dziś na spokojnie wysprzątałam domek, z myciem okien i praniem firanek, najpierw u mamy, potem u siebie, coś czuję, że odkurzanie u mamy da mi popalić w plecy, dobrze, że u siebie mam malutkie bieżniki do trzepania i tylko panele, które raz dwa się zamiata i mopem jedzie bez kłopotu.

    W lumpku kupiłam zarabistą spódnicę na lato, kremową, taką ciut elegantszą do pracy, i od razu ją uprałam. Zmniejszyła się trzy rozmiary, i dopiero potem zobaczyłam "ONLY DRY CLEANING" heh. Blondynka. Dobrze, że tylko 2 zł kosztowała, mniejszy żal.

    Komentuj (7)



    jadę

    10 kwietnia 2016, 19:27

    Jutro ten wyjazd służbowy do Paryża. Dostałam typowego Raisefiebera, jakkolwiek się to pisze. Od kilku dni budzę się przed piątą i zastanawiam, co by tu jeszcze sprzątnąć, uprać, poprasować, może inne ciuchy, i czy aby na pewno nie wybuchnę. Podświadomie obawiam się, że jakbym wybuchła w samolocie czy na lotnisku, czy cokolwiek, TFU, to już widzę procesję rodziny, nie wiem, może urzędników do domu i co, bałagan i brud, więc nie, nie, wolę sprzątnąć w nadmiarze. Łatwo nie jest, Wujek ostatecznie wylądował na onkologii w szpitalu, po półtora roku chodzenia od jednego konowała do drugiego i czeka na pobranie szpiku, wstępnie zdiagnozowany szpiczak mnogi, KURWA MAĆ. Trzymamy wszyscy kciuki za Wujka, kto wierzy, niechże poświęci mu jedną modlitwę. W międzyczasie Mirka jest u nas, bo Mama sama by nie dała rady, i pobyt Mirki u nas wymusza coraz to kolejne sprzątanie. Dziś posprzątałam ostatni raz i już koniec, trudno, jutro Mirka wraca do Mamy, wraz z Młodą, na czas mojej nieobecności.

    Denerwuję się, dużo mam na głowie, zarówno w związku z czekającymi mnie obowiązkami, jak i koniecznością myślenia, co tu. Zmieniłam oponki na letnie, także w Wujka aucie, po czym okazało się, że przegląd się właśnie skończył, będę musiała załatwić to jakoś po powrocie, włącznie z ubezpieczeniem, które też się kończy.

    Czas Ognia w moim życiu definitywnie się skończył. No nie udało nam się, na koniec już nie byliśmy w stanie spędzić ze sobą godziny bez awantury, wzajemnie działaliśmy sobie wzajemnie na nerwy. Było minęło. Szkoda, z rozrzewnieniem wspominam ten stan upojenia hormonalnego z czasów początku znajomości, ach, cóż to był za ogień w lędźwiach, duszy, sercu, ciele, cóż za wspaniałe uczucie orbitowania, tęsknię do tego bardzo. Poznałam już trzech miłych Panów, jednemu daję szansę, bo jest spokojny, rozwiedziony, niepalący i mieszka bardzo blisko, co ułatwia sprawę, ale to nie to samo. Teraz muszę nauczyć się budować jakiś trwałe, długie uczucie, bez ognia, iskier, motyli, fajerwerków, adrenaliny, szału, ble, jakie tu nudne :D ale może z czasem powstanie coś głębszego, w końcu nie od razu Kraków zbudowano, nie? I może nie tylko łobuz kocha mocniej. Może ten spokojny też chwyci za włosy i pociągnie chociaż z raz:)



    Komentuj (8)



    myjnia

    29 marca 2016, 20:22

    Ja bym chciała wiedzieć, jak często myjecie samochody i czym? Kurczę, ja, szczerze, jeżdżę do myjni automatycznej, bo tej ręcznej nie jestem w stanie odgadnąć i nie chce mi się jej zgadywać, robię to jakoś raz w miesiącu i cholera, moje auto jest zawsze najbrudniejsze ze wszystkich tym bardziej, że to auto pracujące, wozi do pracy mnie, do szkoły Młodą, wszelkie zakupy małe i duże, przeprowadzkę niejedną też nim zrobiłam, no i przede wszystkim służy do wożenia psa na spacery oraz od Mamy i do Mamy. Ale nie chce mi się wierzyć, że inne auta tak regularnie są myte częściej, bo jakoś nigdy tłumów przed myjniami ani korków nie widzę, co musiałoby mieć miejsce przy takiej ilości samochodów w tym kradziejskim mieście. Więc co do cholery.

    Oczywiście na Wielkanoc piękna pogoda, trzeba zrobić auto na wiosnę. Więc myjnia, odkurzacz, worki na śmieci, szmata i wiadro z wodą na wnętrze, framugi, drzwi, chusteczki nasączone woskiem na deskę rozdzielczą, psikacz waniliowo-bzowy, auto lśni przez całe 4 godziny, po czym przychodzi mokry wieczór i deszczowy wtorek, jazda do pracy najpierw za tirem, a potem za dostawczakiem bez błotników i całe to mycie mogę sobie wsadzić wiadomo w co. Kocham tę naszą osraną pogodę. Nie rozumiem, dlaczego akurat moje auto jest zawsze najbrudniejsze... tyle ich jeździ. Ludzie mają prywatne myjnie pod domami czy co?

    Dobrze, że chociaż bociany już są:)

    Komentuj (16)



    seriale polskie

    20 marca 2016, 09:23

    Serialami zachłysnęłam się od momentu, kiedy w jakiejś Gali czy czymś takim, przeczytałam wywiad z twórcą "Skazanych na śmierć", że niby niedługo będzie u nas, jacy bohaterowie, że popularność na świecie szalona, tatuaże, tematyka dotychczas trochę tabu, itd. O kurczę, pomyślałam, obejrzałabym, tym bardziej, że prezentowany na okładce bohater, prężył niemal nagie, umięśnione, wytatuowane  ciało, miał mroczne spojrzenie, piękny był jak burzowy poranek i w ogóle tryskał samcem alfa. No matko, musiałam to obejrzeć. No i poszło - okazało się, że na Zachodzie serial już w całości wyszedł, więc cały sezon obejrzałam z zapartym tchem zanim w ogóle w Polsce ten szumnie zapowiadany 1 odcinek w ogóle został wyemitowany.
    Aż mnie zatchnęło, mówię Wam! nie spałam nocami, a jak już usnęłam, to śniły mi się ciemne korytarze amerykańskiego zakładu karnego i labirynty, wśród których tylko dzielny Michael Scofield mógł się zorientować na podstawie fragmentów swego - znowu! - nagiego ciała. Pomysł sam w sobie przedni, naprawdę wyjątkowy i z zapartym tchem śledziłam losy bohaterów aż do początku czwartego sezonu, kiedy to straciłam rozeznanie, kto co komu jest winien, kto co musi załatwić i dlaczego. To chyba wtedy był ten słynny hollywódzki strajk scenarzystów który położył masę seriali, nie?
    Zaraz za tym poszedł Lost i inne, już zapomniałam jakie seriale. Ale wiele nocy popłynęło i wiele gigabajtów się przetoczyło. Komediowe, sensacyjne, koniecznie sci-fi, niektóre oglądałam kilka sezonów pod rząd, żyjąc życiem bohaterów i wczuwając się w ich troski, z innych rezygnowałam po 1-2 odcinkach, nie mogąc jakoś wzbudzić w sobie zainteresowania.
    Starannie omijałam wszelakie polskie produkcje, w założeniu, że doprawdy nie ma co oglądać, podobnie jak nie oglądam polskich filmów i rzadko czytam polskie książki. Nie podoba mi się, że ciągle widzę te same twarze, wszędzie, zawsze, w serialach, filmach, w reklamach, w wywiadach - no to wszystko to jakaś katastrofa, jak mam uwierzyć, że ta pani w filmie jest dobrą mamą, skoro widziałam ją w roli policjantki, prostytutki, nauczycielki, narkomanki, w reklamie banku, telefonów, ubezpieczeń, margaryny, butów i fundacji ratującej wieloryby.

    I tak mijały lata :)

    Aż wtem - Pakt! podsunięty przez znajomego sześcioodcinkowy serial na bazie szwedzkiego, o czym nie wiedziałam, zresztą nie zrobiłoby mi to żadnej różnicy. Niesamowity! Gęsta, nieco straszna atmosfera, świetnie poprowadzone wątki główne i poboczne, aktorzy, których w sumie w życiu nie widziałam [bo przecież nie oglądam polskich filmów], znakomita tematyka, i nawet nawiązanie do polityki, czego nie znoszę, nie przeszkadzało tu za bardzo. I znowu poszło... Pitbull, Krew z Krwi, Prokurator, Paradoks, same polskie kryminały, niekoniecznie najnowsze, ale jakie świetne! Jeju, ja nie wiedziałam, że Polacy umieją kręcić seriale kryminalne, a umieją! Mój telewizor ma takie magiczne coś, że są seriale i można legalnie oglądać. To mi pozwoliło przetrwać jakoś poprzednią zimę i tę zimę, i tak, będę znowu oglądać polskie seriale.

    Ale na serial, który ma więcej niż 30 odcinków we wszystkich sezonach łącznie, nikt mnie nie namówi.

    Za tydzień Wielkanoc, za trzy tygodnie Paryż i targi znowu, a potem to już wiosna będzie i znowu ciepełko :)
    Miłe, nie?

    Komentuj (11)



    reklama

    14 lutego 2016, 08:31

    Nie mogę uwierzyć w to, co właśnie zobaczyłam w reklamie. Provident informuje z entuzjazmem, że za każde pożyczone 1000 zł oddam tylko 1200 w ciągu trzech miesięcy. Szybki, mimo pory dnia, rachunek w umyśle podpowiada mi, że skoro na kwartał oprocentowanie wynosi 20%, to oznacza to 80% oprocentowania w roku i to jest absolutnie chore. Kto takie coś weźmie?? Czy taka stopa oprocentowania jest w ogóle dopuszczalna w Polsce? Toż to przecież totalna lichwa... naprawdę, żywię wielkie współczucie ludziom, których nasze państwo doprowadziło do sytuacji, w której muszą korzystać z takich wątpliwych okazji.

    A swoją drogą, ja rozumiem, że bank głosów, reklama, praca itd, ale trzeba być ostatnim wieprzem, aby udzielić swojego głosu w takiej złodziejskiej, wykorzystującej ludzi reklamie, sugerującej, że ogromne złodziejstwo jest OKAZJĄ.

    Jestem troszkę przygnębiona. Wujek czuje się coraz gorzej, mimo kolejnych badań, wizyt u specjalistów, leków, nikt nie jest mu w stanie pomóc, Wujek coraz bardziej cierpi i ze żwawego, dziarskiego faceta zmienił się w ledwo ruszający się wrak, mały, suchy, pomarszczony, blado-szaro-żółty na twarzy. Scyntygram wykluczył nowotwór. Mama od dawna nie rusza się z domu dalej niż do samochodu, którym obolały Wujek wozi ją do sklepu. Bierzemy do siebie Mirkę na weekendy, ale ostatnio Mama wspomniała, że chyba nie dadzą sobie rady z psem dalej i może będziemy musiały wziąć pieska na stałe do nas. Ja bym nie miała nic przeciwko temu, ale tutaj NAPRAWDĘ nie ma gdzie regularnie psa wyprowadzać na długie spacery. Pod tym względem to okolica fatalna. W takim razie optymalnym wyjściem wydaje się zamiana mieszkań i na samą myśl chce mi się płakać i rozpaczać. Miałabym zostawić moje wychuchane ukochane ściany, białą sypialnię-norkę, MEBLOŚCIANKĘ, kanapy, łazienkę w pomarańczowe kwiatki, kuchnię z wielkim trudem, niemal ręcznie wypracowaną przez Ognia, ZMYWARKĘ!!! mama pali jak smok, straszliwe ilości, zaraz by tu zrobiła wędzarnię, ściany z białych zrobiłyby się żółte, garnki niedomyte, bo mama boi się zmywarki jak diabeł wody święconej, a ręcznie nie daje rady. Och nie...
    Będę psa woziła samochodem do lasu na spacery i tyle.

    Komentuj (9)



    bida z nędzą, czyli najlepiej zrobić sobie dziesiątkę dzieci, każde z kimś innym.

    02 lutego 2016, 20:17

    Nie ma kurde sprawiedliwości na tym świecie. Alimentów nie mam, bo gnój się schował w Niemczech i pracuje na lewo. Co z tego, że wiem nawet gdzie - policja nie jest zainteresowana ściganiem go.

    Alimenty z funduszu mi nie przysługują - przy jednym dziecku musiałabym być bezrobotna, bo już najniższa krajowa wyklucza mnie z takiej pomocy - ps, HAUSNER, ty gnoju - pamiętamy - obyś SCZEZŁ W CHOROBIE, BÓLU I SAMOTNOŚCI, ZNIENAWIDZONY PRZEZ RODZINĘ, ZNAJOMYCH I OBCYCH.

    Dodatek mieszkaniowy mi nie przysługuje - patrz wyżej, czemu.

    Pomoc z MOPS-u mi nie przysługuje - patrz wyżej, czemu, nawet kurde paczka makaronu nie.

    I teraz znowu genialny pomysł najnowszej ekipy rządzącej - 500 zł, ale dopiero od drugiego dziecka, przy jednym - patrz wyżej.

    Jedyna kasa, którą mam, to ta, którą sobie sama zarobię. No i ch@# wam wszystkim decydentom w dupy. Alleluja, że przynajmniej pracuję w firmie, która paczki dla dzieci i bony na święta daje i wczasy pod gruszą.

    Komentuj (12)



    trudny temat

    17 stycznia 2016, 20:40

    Idę z Mirexem na spacer, a tu - bokserek ze starszym panem. Pieski natychmiast zapałały sympatią do siebie, więc puściliśmy je ze smyczy, niech się jedno i drugie wybiega. Patrzę, a Mirka gdzieś polazła w krzaki, więc drę się MIIIIIRKKAAAA MIRAAAAAAA chodź tu sierściuuuuuu! Pan skonfundowany pyta - ona ma na imię Mirka? No tak. A bo mój się nazywa Heniu, tylko się wstydziłem powiedzieć. Czysta szczera prawda :D

    Uchodźcy. Kurczę, boję się ich. Nie znam ich kultury, nie znam islamu, nie miałam nigdy styczności. Tyle co wiem, ograniczona przez doniesienia prasowe, że szukają dochodów z opieki społecznej, gwałcą kobiety i wybuchają. Ja nie chcę! Słyszałam, że tylko 1 z nich na 100 to prawdziwy uchodźca wojenny, reszta to islamski najazd na Europę. Przekonuje mnie do tego argument, że przecież mają niedaleko siebie inne kraje islamskie, wolne od wojen, czemu tam nie uciekają, tylko do Europy? Od zawsze sądziłam, że ludzie w większości powinni się trzymać swoich kręgów kulturowych, a w kraju tak nietolerancyjnym jak Polska jakiekolwiek imigracje są ciężkie. Ostatnio w mojej własnej Biedronce spotkałam dziewczynę, białą, ale w chuście, zamotanej na typowo muzułmański sposób. Zmroziło mnie, od razu ujrzałam w mózgu wizję jej, że wchodzi do tej biedronki i wysadza wszystkich. Sam jej widok wzbudził we mnie z jakiegoś powodu gniew, miałam ochotę zerwać jej tę chustę i wykrzyczeć w twarz - co ty robisz, dziewucho głupia, po co ci ta szmata na głowie! Niewiedza budzi strach. Ale niewiedza nie jest powodowana brakiem zainteresowania, ale faktem, że nie wiadomo, w co wierzyć - czy są to uchodźcy, zwyczajni przerażeni ludzie, uciekający przed prześladowaniami, wojną, morderstwami, szukający spokoju i zwykłego życia, czy cyniczni bandyci, czyhający na cnotę mojego futra z kóz afgańskich, planujący wysadzić siebie i pół miasta przy okazji, aby zdobyć 70 dziewic w niebie, leniwi, bezczelni i roszczeniowi? Nie wiadomo, komu wierzyć, doniesienia z Europy są okropne i budzą w człowieku lęk przez nieznanym, ksenofobię, i niechęć do obcych. Jeśli to co piszą o Calais, to prawda, no to przecież jakaś masakra...

    Z dwojga złego uważam, że włodarz naszego miasta dobre zrobił, przyjmując uchodźców, ale Polaków, z Ukrainy i Kazachstanu - jedna taka rodzina jest naszym sąsiadem i nie mam uwag, pracują, spokój, czystość, chociaż wystrój wnętrza mieszkania budzi we mnie mieszane uczucia. Ale wiadomo, że mistrzynią dobrego gustu to ja nie jestem, więc nie krytykuję absolutnie ani dywanu na ścianie, ani kolorów wnętrza, ani mebli barokowych.

    Jak najbardziej ściągajmy tych zapomnianych przez Boga i ludzi Polaków ze Wschodu...


    Komentuj (23)



    Nowy Rok

    07 stycznia 2016, 09:57

    Urlop, zaplanowany chytrze od 11 grudnia do 11 stycznia, udał mi się nadzwyczajnie. Pierwszy tydzień to, wiadomo, załatwianie zaległych spraw urzędowych i domowych, drugi tydzień to Święta, trzeci to Nowy Rok, czwarty leci, i po weekendzie powrót do pracy. Urlop był cudny, wypoczęłam, spędziłam sporo czasu z Mamą, z Młodą, w domu sama, no i trzeba tu w końcu wyznać wstydliwą prawdę, z Ogniem, z którym po wielu miesiącach problemów, w końcu się docieramy. Facet się ewidentnie zmienia, nie jakoś spektakularnie, bez fajerwerków, ale w szczegółach, o których się nie mówi, ale które widzę. Ja pewnie też się zmieniam i mniej we mnie może już niezależnej i walecznej starej panny. Pewnie, wciąż są burze, ale coraz rzadziej, mniej ogniste, ogólnie już nie ma spraw, które mnie dręczą jak kiedyś. Nie zapeszyć, więc koniec tematu.

    Mieszkanie jest cudowne, naprawdę. Jego sprzątanie przedświąteczne to czysta przyjemność - niby to tylko ściany, okna, ale ja traktuję je niemal osobowo, dla mnie to mieszkanie to mój przyjaciel, kochające ściany, otulające mnie miękko, gdy tu wracam, witające mnie uśmiechem i sympatią, odwdzięczające się za całą moją ciężką harówkę, włożoną przy jego powstawaniu. Rzutem na taśmę przed samą Wigilią, udało mi się kupić brakującą meblościankę Kretę z Abry, na którą od dawna polowałam, ale ciągle coś mi wyskakiwało, głównie koszty związane z autem, a tu otworzyli nowy salon u nas i była w promocji. Dokupiłam pokrowce w identycznym kremowym kolorze, poduszki brązowe i pokrowce na krzesła brązowe uszył Ogień, który niespodziewanie wykazał się talentem krawieckim i pokój totalnie się zmienił. Zrobił się jeszcze przytulniejszy, jeszcze milszy, cieplejszy. Poniosłam jednak dwie straty, mianowicie dwie doniczki, ale nie ze świętej kolekcji, [która teraz, a tak, zajmuje poczesne miejsce za szkłem!], tylko takie inne, wiosenne, stłukły mi się, jakieś dziurawe ręce mi się zrobiły ostatnio, i zdechł mi kwiatek, taki sukulencik z Biedronki, z serii tych psikanych brokatem, który dzielnie wytrzymał rok, ale zaszkodziło mu nie wiem co. Liści z brokatem już od dawna nie ma, zdechły świeże listki, na pewno nie przelałam i na pewno nie zmarzł. Za to szlumbergera po trzech latach zakwitła!

    Święta były jednak u mnie, doskonale się czuję jako gospodyni w swojej kuchni, wariująca z garami, barszczem i totalnie nieudanymi uszkami - chyba trafiłam na jakąś trefną mąkę, chociaż tylko ja WIEM, że się nie udały.

    Matko jedyna, jak mróz ścisnął straszliwie! Wyciągnęłam z szafy stare futro i noszę je z dwiema czapkami, dwoma szalikami i dwoma parami rękawiczek i nie chcę słyszeć ani słowa, że jestem walnięta i mam zepsuty termostat, bo o tym wiem i nie dbam o to jak wyglądam. Dorobiłam do auta dodatkowy kluczyk, ale tylko do otwierania, do celów takich, żeby odpalić auto z rana, zamknąć i zostawić, niech się nagrzeje pod domem. Macie pojęcie, że dorobienie kluczyka do auta, który otwiera i ODPALA, kosztuje dwie stówy??? masakra jakaś. Wystarczy mi taki tylko zamykający, kosztuje, bagatelka, pięć dych. Lecę do mamy na przedostatnią kawę, kupiłam jej z rana mięcho dla psa, puszki i chleb, wypiję sobie u nich herbatkę, wyprowadzę sierścia na długi spacer, Młoda wróci ze szkoły do domu i jakoś zleci.

    Na dziś i jutro zostało mi zapłacenie zaległego mandatu [:/], i tym to miłym akcentem rozpoczynam Nowy Rok. Życzę Wam, aby się Wam udało załatwić połowę zaległych spraw i 3/4 bieżących :) Obyście Wy i Wasi najbliżsi pozostawali w zdrowiu i szczęściu.

    Komentuj (25)



    zima nadchodzi

    08 grudnia 2015, 17:38

    Auto stawiam pod domem od wiosny do jesieni, bo tak wygodniej [przynajmniej dopóki ktoś, TFU! nie okradnie]. Ale jak nadchodzi zima, oooo... to wtedy zdecydowanie wolę rano wstać kwadrans wcześniej, żeby do tego garażu dojść, niż skrobać i odkopywać auto ze śniegu pod domem. Dziś w nocy przymroziło, więc pełna optymizmu i satysfakcji, że to już, podjechałam do garażu z pracy. A tu - lipa. Mój garaż jest ostatni, który stoi nad nierozkopanym terenem, ale, jak się dowiedziałam od ekipy pracującej przy następnym garażu, od jutra odgradzają całość, bo kopią jakieś rury cieplne, od kotłowni do kotłowni, nie wiem. Od razu naszła mnie genialna myśl, że przecież tam ciągle jest  narzekanie, że woda stoi, to jak już kopią rury, doły, to mogliby kanalizację zrobić, żeby woda uciekała. Oczywiście, nie ma mowy, nie ma projektu, zgody i w ogóle. Ale kurde, dlaczego te garaże nie mają jakiejś wspólnoty, zarządcy, który by pilnował takich rzeczy? Coś czuję tu pole do popisu dla siebie;) Jakby to było fajnie, podpiąć si pod takie wykopy i zrobić w końcu wymarzoną przez wszystkich kanalizację. Nie wiem czemu, niektórym się zdaje, że wysypanie góry piachu / gruzu na wierzch załatwia problem.
    Ale jak się fatalnie złożyło , że akurat teraz te wykopy! Mam nadzieję, że akurat teraz nie nastąpią jakieś straszne pady śniegu połączone z trzaskającym mrozem, bo słabo to widzę.

    Postawiłyśmy już z Młodą choinkę, żywą, wielką, oplotłam światełkami nieszczęsny filar i nastrój zrobił się mocno świąteczny. W pracy jestem do piątku, potem aż do 11 stycznia urlop, hurraaaa! Zamierzam spędzić dużo czasu z mamą, miałam straszny sen, gdzie mama leżała w jakiejś menelowni, zaniedbana, niechciana, chora, półprzytomna, i miałam we śnie straszliwe wyrzuty sumienia, że ją zaniedbałam, i dlatego tak. Święta zamierzam, dla odmiany, zrobić u niej, właśnie po to, aby spędzić z nią więcej czasu. Bo mnie bez różnicy, gdzie lepię pierogi, ale jak wszystko zrobię u siebie, to zrobię to sama, a tak to z mamą. Jest w takiej kondycji, że może to ostatnia okazja spisać przepis na bigos domowy, czy super karkówkę. TFU.

    Oczywiście urlop też zamierzam spędzić na załatwianiu spraw urzędowych, których zawsze się na koniec roku nazbiera, a głównie sprawdzenie, czy aby nigdzie żadnych długów nie mam. Sylwester w domu, ot i tyle... wyśpię się za wszystkie czasy :)

    Komentuj (8)



    operowo

    24 listopada 2015, 17:51

    Tak się złożyło, że listopad obfituje u nas w rozmaite wydarzenia kulturalne, którymi jestem żywo zainteresowana, część z nich to koncerty mojego chóru, inne to koncerty w mieście i okolicy. W ten weekend na przykład niedaleko odbywał się koncert Sonori Ensamble. On niedawno miał koncert też niedaleko, ale bilety były po 50 zł, i wyprzedały się na pniu. Więc jak zobaczyłam go gdzie indziej i bilety po 35, zaraz zadzwoniłam. Tydzień przed koncertem, pani nieśmiało przyjęła rezerwację, bo słabe zainteresowanie i chyba się nie odbędzie. Boże, mniej niż 100 km pomiędzy miastami a taka różnica. Koncert się odbył, i był NIESAMOWITY. Same najlepsze hity operowe i operetkowe, który każdy zna, a wiadomo, że takie koncerty są najlepsze. Świetne miejsce, zabytkowy zamek i sala ze świetną akustyką. Koncert był uatrakcyjniony, jakby mało było hitów, ... nie wiem jak to opisać, teatralnymi akcentami, jak była aria Halki, to solistka miała na sobie narzuconą chustę góralską... w trakcie Habanery z Carmen solistka wyszła na widownię i stamtąd śpiewała - stanęła niedaleko mnie i jak dała, to aż dreszczy dostałam! boże, co za głos, co za moc w płucach, ja tak bym chciała mieć! Czemu nie jestem śpiewaczką operową, czemu nikt mnie na wokal nie pokierował... :( Sprawdzałam studia zaoczne, jedyne jakie są w Bydgoszczy, 4 tys za semestr, plus wpisowe, ech.
    Po raz pierwszy słyszałam na żywo coś, co uwielbiam, mianowicie Flower Duet Delibesa i muszę powiedzieć, że wykonanie z koncertu w niczym nie ustępuje poniższemu. Naprawdę mamy fajne solistki w Polsce, i skromny akompaniament fortepianowy zamiast orkiestry symfonicznej nie przeszkadzał.

    https://youtu.be/Vf42IP__ipw

    Czego mi zabrakło - zmiany strojów przez solistki, jednak olśniewające stroje w świecie muzycznym to rzecz przyjęta i często spotykana, solistki zmieniają cudne, eleganckie kreacje co najmniej raz w trakcie każdego koncertu, jaki dotychczas widziałam, a tu tego nie było. A szkoda, bo zawsze z upodobaniem patrzę na całość.

    Jeszcze będzie jeden koncert niedługo, ale akurat w wieczór, kiedy mój chór będzie śpiewał całkiem gdzie indziej, więc mnie to ominie:/ ach, ale cóż, kariery trzeba pilnować;)

    Żelazko wiekowe mi szlag trafił, więc wymyśliłam szatański plan. Mama i tak szuka dla mnie prezentu na święta, więc kupię sobie i wyślę na jej adres, ona mi odda kasę, a tymczasem ja pożyczę żelazko od niej i będę robiła prasowanie dla nas obydwu, ją i tak ręce bardzo bolą.

    Komentuj (2)




    Szablon wykonała Effy, pobrano z szablony.blogowicz.info
    Wspierane przez: Blog & dodatki na bloga.
    Grafika: Weheartit