12 tenorów i ambiwalencja

Na urodziny od Mamy dostałam bilet na koncert 12 tenorów. Mało się ze szczęścia nie posikałam, dopiero co byłam na trzech tenorach, teraz dwunastu, ależ to będzie wspaniałe widowisko! We właściwym czasie więc wystroiłam się i pojechałam. Ciut byłam zaskoczona faktem, że koncert miał miejsce w Hali Widowiskowo Sportowej, a nie w Filharmonii, ale cóż, widać kultura trafia już naprawdę pod strzechy, super, że muzyka klasyczna się upowszechnia :) Aż za bardzo… przed halą strumień ludzi, z których większość bynajmniej nie była ubrana elegancko, nawet zobaczyłam nie jedną panią w leginsach i tenisówkach, naprawdę… No nic, idziemy.

Koncert sam w sobie był super – ale trudno, żeby nie był. 12 w większości młodych, w większości przystojnych mężczyzn, z fantastycznymi głosami, śpiewa same najpopularniejsze utwory muzyki POP, do tego tańczy mniej lub bardziej udanie, a na koniec rozpinają koszule, ukazując sześciopaki, niczym czipendelsi po szkołach muzycznych. A na koniec włączamy latarki i wszyscy razem bujamy się do taktu „Time to say goodbye”, utwór, który jak żaden inny pozwala ludziom myśleć, że lubią i znają muzykę klasyczną, operową, operetkową. Śmieszne. Wszystko razem okraszone kilkoma – na palcach jednej ręki mogłabym policzyć, iloma – najbardziej znanymi utworami klasycznymi, niczym rodzynki na przesłodzonym torcie.

Miałam naprawdę mieszane uczucia – fajne to było, ale ja nie po to tam poszłam. Chciałam posłuchać arii, solo, fragmentów oper, głębokich, fantastycznych głosów na służbie muzyki klasycznej, prezentujących znane mniej i troszkę bardziej to co piękne, dawne, stare, to co kocham.
A tu goła klata przy piosence Prince’a. A mały grubasek, który nota bene, miał chyba jeden z lepszych głosów, robi za klauna.

No ale w sumie czego się spodziewać, jak ludzie na halę wchodzili z czipsami, sałatkami i popcornem.

Ja też machałam latarką i śliniłam się do umięśnionych klat, nie byłabym sobą, gdyby nie, nie jestem z kamienia, poza tym jak mówi stare chińskie przysłowie, lubimy piosenki, które znamy i znamy te piosenki, które lubimy.
Ale jestem spragniona i wygłodniała elegancji Sali w Filharmonii, garniturów i pięknych sukien, fortepianów, skrzypiec, klarnetów, ciszy w przerwach, podniosłego, uroczystego nastroju, charakterystycznego dla tych nudziarzy, którzy jak ja, uwielbiają te starocie. Chyba wybiorę się na jakiś koncert do Filharmonii, bez okazji i bez spraszanych Gwiazd. Jak ja lubię tutejszą Orkiestrę Filharmoniczną, odróżniam niektórych członków i widzę, kiedy ich nie ma, bądź zostali zastąpieni kim innym, szanuję ich ciężką i prawdopodobnie słabo opłacaną pracę, ich starania, aby wyglądać i grać na jak najlepszym poziomie, aby robić coś, co będzie docenione przez grupkę nerdów muzycznych.

Ale to po powrocie.

A w poniedziałek Amsterdam!

W listopadzie zrobiłam sobie wyniki, które miały wykazać zmiany reumatyczne. Nie było takowych, ale za to przypadkiem wykazały ewidentną anemię, więc suplementowałam się trzy miesiące na własną rękę. Jak wykazały nowe badania, nie wyszło mi to jakoś specjalnie na dobre, lekarz dał receptę na jakieś specjalne żelazo. Ale to wszystko wyjaśnia, czemu chodzę wiecznie taka spiczniała, wiecznie senna, nic mi się nie chce i na wszystko jestem zbyt zmęczona i za słaba. Zobaczymy znowu za 3 miesiące.

KajaBerlin 12.04.2018, 19:09

Przyjemnosci w Amsterdamie:)
Anemia? Niedobor jedynie to w przypadku kobiet nic nadzwyczajnego, mowia lekarze;-) no ale dobra suplementacja jest wazna, przede wszystkim wybtac preparat z eit.C, ktory ulatwia wchlanianie zelaza:)

Anna 12.04.2018, 09:07

I przy anemii jest wiecznie zimno. To dlatego marzlas tak bardzo. Suplementy na moją anemię też nie działają musi być lek na receptę. Z tym koncertem rozumiem Cię jak mało kto. Też na takim byłam, że niby nie można się przyczepić ale nie o to chodziło. Pozdrawiam.