• 2019

  • styczeń
  • 2018

  • 2017

  • 2016

  • 2015

  • 2014

  • 2013

  • nie chcę

    12 listopada 2018, 10:39

    Na okoliczność Dnia Niepodległości mieliśmy z chórem zaplanowane kilka koncertów. Wstępnie były planowane z udziałem orkiestry wojskowej, na co się bardzo cieszyłam, a nuż znalazłby się tam jakiś dzielny, samotny wojak dla mnie, zbliżone zainteresowania, bliskość - z różnych powodów nie udało się, pozostał nam więc fortepian, trudno, i ilość koncertów z planowanych 4-5 zeszła do 2. Nawet lepiej, bo te koncerty i związane z nimi próby są dość wyczerpujące czasowo i fizycznie. Repertuar jest bardzo fajny, bo większość to pieśni wojskowe, wojenne. Niestety większość z pieśni patriotycznych, powstałych po wojnie, co ciekawe, te wcześniejsze nie - zawiera w sobie odniesienia do boga [przepraszam, nie chcę pisać z dużej litery, dalej napiszę, dlaczego], wiary katolickiej, krzyża, matki boskiej itd. Trudno - w zasadzie zapisywałam się do chóru cywilnego, nie kościelnego, ale członek chóru jest z zasady zależny od kogoś, więc z trudem, ale zgadzam się na udział w rozmaitych kościelnych ceremoniach, gdzie czasami jako chór bierzemy udział, w trakcie mszy stojąc sobie lub siedząc na boczku, nie wadząc nikomu, czytając książkę lub grzebiąc w komórce, starając się nie dyskutować z nikim na tematy religijne, jestem tolerancyjna i akceptuję fakt, że niektórzy wierzą, chociaż wg mnie, żaden dorosły, myślący samodzielnie człowiek, nie powinien być wierzący. No ale może niektórzy tego potrzebują. Niestety czasami jestem stawiana pod ścianą i to mnie doprowadza do białej gorączki.

    No i np wczorajszy koncert - cudowny! Harcerze z pochodniami, kościół pełen ludzi, nastrojowo, chór przygotowany, wszyscy kotyliony biało-czerwone, odpowiednie oświetlenie, akompaniator i dyrygent ubrani mega elegancko i odświętnie, czysta przyjemność.

    I bach, na sam koniec - znienacka, bez uprzedzenia, jakieś pieśni, zaśpiewki kościelne, odwołania do matki boskiej i czuwam, coś tam, coś tam - nie znam tego i nie chcę znać. A jestem zmuszona do tego, aby stać jak ten debil i ruszać ślepo ustami przed całym kościołem pełnym ludzi, i te zaśpiewki powtarzane są kilkakrotnie! A potem na dokładkę, wszyscy się ruszają, ja myślę, że to koniec, a tu mnie uczynna koleżanka szturcha, że nie, tylko się odwracamy - co? stajemy przodem do ołtarza i tam, przy towarzyszeniu dostojnej muzyki, następuje zasłonięcie ołtarza innym ołtarzem. Co trwa kolejne 5 minut, gdzie wszyscy stoją wpatrzeni w ołtarz, a ja mam ochotę wyjść z siebie i wyjść stamtąd.

    Dobra, jestem tolerancyjna, ale wszystko we mnie wewnątrz się burzy, czuję złość i niechęć, nie chcę w tym uczestniczyć i udawać, że czuję się częścią tych obrzędów, że to rozumiem, podoba mi się, akceptuję i chcę tam być - nie! Czuję się w takich chwilach jakąś hipokrytką, NIE WIERZĘ, NIE JESTEM KATOLICZKĄ, NIE OBCHODZĄ MNIE TE OBRZĘDY I NIE CHCĘ W NICH BRAĆ UDZIAŁU. Dyrygent nasz jest złotym człowiekiem, nie chcę go urazić, tym bardziej, że śpiewam w chórze od 7 lat, mam niezły, silny głos, nie fałszuję, znam repertuar, znam nuty i staram się regularnie uczestniczyć zarówno w próbach, jak i w koncertach, można na mnie liczyć. Ale jest on mocno związany z ruchem kościelnym, mocno wierzący, i dla niego współpraca chóru z kościołem jest czymś oczywistym - w przeciwieństwie do mnie. Wróciłam wczoraj z tego koncertu tak potwornie wściekła, że znowu zostałam postawiona pod ścianą, że mogłabym od razu walnąć maila, że się wypisuję. Albo, że z uwagi na różnice światopoglądowe, będę uczestniczyć wyłącznie w koncertach, które nie będą miały miejsca w kościele - poza koncertem bożonarodzeniowym, wiadomo, to największy, najdłuższy koncert w roku, wszystkie głosy na pokład.

    No zagotowali mnie wybitnie. Tym bardziej, że stanie przez półtorej godziny sztywno nie zrobiło mi dobrze na kolano. Nie chcę tak się stresować i nie chcę śpiewać wbrew sobie, i nie bardzo wiem, jak mam to wyjaśnić naszemu złotemu dyrygentowi, żeby mu nie sprawić przykrości. Po prostu wolę uczestniczyć w koncertach poza kościołem, gdzie czuję się źle i niekomfortowo, i tyle.

    Byłam sobie na działce, ogarnąć i posprzątać, jak mi się tam dobrze robi! Rozmroziłam i umyłam lodówkę, zrobiłam wszystko, co miałam zaplanowane na listopad w grafiku, jeszcze tylko okryć gałęziami winogrona. Nasiałam kontrolnie zebrane nasiona cynii, żeby sprawdzić, czy ruszą i ruszyły :O sadzonki wsadziłam w ziemię, może nic im nie będzie. A w lutym i tak nasieję.

    Po długim zwolnieniu bez problemu wróciłam do starego trybu wstawania między 5 a 6 rano, zdecydowanie wolę ten tryb życia + wczesne kładzenie się spać. Mirka spoko, dziecko spoko, rodzice spoko, odpukać.

    Ach, byłam jeszcze znowu u dentysty - już chyba z miesiąc chodzę z tym samym zębem. Tym razem u innego dentysty - siadasz na fotelu, a potem leżysz, zdjęcie zęba robione w tejże pozycji, rzucane od razu na wielki telewizor, a dentysta zamiast na mnie gapi się w mikroskop nade mną i tak se wierci. Była też asystentka, a cała ta aparatura tak warczała i bzykała, że czułam się jak auto na podnośniku.

    Komentuj (5)




    Szablon wykonała Effy, pobrano z szablony.blogowicz.info
    Wspierane przez: Blog & dodatki na bloga.
    Grafika: Weheartit